02.10.2026, 23:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2026, 23:09 przez Benjy Fenwick.)
z samego rana przed Azylem Figgów
Niebo ledwie przebijało się przez gęstą pokrywę szarych chmur, a widoczny pomiędzy jej pasmami błękit pozostawał tak blady, że trudno było uznać go za zapowiedź słonecznego dnia. Koniec września przyniósł ze sobą ten rodzaj poranków, które skutecznie odbierały mi resztki dobrego humoru, zanim jeszcze zdążyłem porządnie otworzyć oczy, a ponieważ ostatnimi czasy moje usposobienie i tak pozostawiało sporo do życzenia, zdecydowanie nie potrzebowałem dodatkowych atrakcji w postaci wilgotnego chłodu wciskającego się pod kołnierz kurtki i mglistej mżawki, która rozlała się po okolicy - a jednak - pomimo upływu kolejnych minut, wszechobecna chłodna biel nadal wisiała nisko nad okolicą, gęsta i mleczna, rozpełzając się pomiędzy budynkami, przykrywając ogrodzenia i rozmywając kontury drzew, przez co nawet najbliższe zabudowania wyglądały odlegle i odrobinę nierealnie. Wilgoć osiadała na kamiennych stopniach, drewnianych ramach okien i wszystkim, co miało nieszczęście znaleźć się na zewnątrz, mnie również nie oszczędzając, nawet jeśli miałem wystarczająco dużo powodów do irytacji bez dopisywania do tej listy brytyjskiej pogody, która, jak wiadomo, miała w głębokim poważaniu moje plany, obowiązki i potrzebę przespania przynajmniej jednej przytłaczająco samotnej nocy bez niepokojących snów, nieprzewidzianych komplikacji ani konieczności podejmowania decyzji, których skutki musiałem później brać na własne barki.
Stałem przed wejściem do kociego azylu Figgów, z papierosem wetkniętym między palce skostniałej dłoni i z umiarkowanie ciężkim kartonem przyciśniętym do brzucha, próbując przekonać samego siebie, że załatwienie tej sprawy o tak wczesnej porze miało jakikolwiek sens, chociaż im dłużej przyglądałem się mlecznym oparom snującym się nad ulicą, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że mogłem równie dobrze zostać w łóżku - nieważne, jak zimnym i twardym - przykryć głowę kołdrą i udawać, że świat poza czterema ścianami przestał istnieć. Zaciągnąłem się, czując znajomą gorycz tytoniu na języku, po czym powoli wypuściłem dym, który niemal natychmiast zlał się z otoczeniem.
- Miau. - Karton poruszył się lekko w moich ramionach, podczas gdy ze środka dobiegł odgłos drobnych, ostrych pazurów przesuwających się po tekturze.
- Nie zaczynaj. - Opuściłem wzrok na pudło, z którego dobiegł cichy, nieco urażony protest, po czym zacisnąłem usta, powstrzymując westchnienie, które cisnęło mi się na nie z wyjątkową intensywnością - zawartość paczki pozostawała dla mnie zagadką o tyle niewielką, że od samego początku wiedziałem, co tam siedziało, bo sam to w nim umieściłem, natomiast jej aktualny stan emocjonalny stanowił już znacznie bardziej skomplikowaną kwestię, ponieważ od chwili, w której zdecydowałem się zabrać te małe nieszczęścia ze sobą, zdążyłem wysłuchać całej serii miauknięć wyrażających niezadowolenie z warunków transportu, temperatury otoczenia oraz, jak podejrzewałem, samego faktu, że nie konsultowałem z pasażerami szczegółów naszej podróży, tylko po prostu się tu z nimi teleportowałem.
-Miauuu! - Odpowiedziało mi kolejne miauknięcie, tym razem odrobinę głośniejsze.
- Wiem, wiem, fatalna obsługa, niewygodne walunki, żadnego śniadania i kielowca, któly najwylaśniej nie losumie twoich potszeb. - Mruknąłem, zerkając na niewielkie otwory wycięte w tekturze. - Pozwij mnie. - Skrzywiłem się, wsunąłem dłonie nieco głębiej pod karton i jeszcze raz spojrzałem na zegarek, po czym wypuściłem powietrze z płuc, przyjmując do wiadomości, że pozostawało mi tylko czekać, aż będę mógł przekazać problem komuś zdecydowanie bardziej kompetentnemu - ja sam nie miałem nawet pojęcia, czy koty tak naprawdę rozumiały ludzką mowę, chociaż z mojego doświadczenia wynikało, że nawet jeśli, to wybiórczo, a już z pewnością nie wtedy, gdy chodziło o zaakceptowanie argumentów przemawiających za zachowaniem choćby odrobiny spokoju.
- MIAU. - Miauknięcie było tym razem krótsze, ale za to zdecydowanie bardziej oburzone, coś zaszurało w środku i pazury ponownie przejechały po kartonowej ściance - nie miałem pojęcia, który dokładnie delikwent z całego grona miał największe pretensje do przebiegu sytuacji, ale najwyraźniej zdążył wyrobić sobie na mój temat opinię, której nie zamierzał zmieniać bez względu na okoliczności - cóż, uczucie było poniekąd wzajemne, chociaż ja przynajmniej nie próbowałem wydrapać sobie drogi ucieczki przez opakowanie transportowe, nawet jeśli w kwestii zwyczajnych, codziennych kłopotów moje kompetencje okazywały się zaskakująco ograniczone. Wystarczyło, że na mojej drodze pojawiło się coś małego, zagubionego albo ewidentnie potrzebującego pomocy, aby wszystkie rozsądne plany szły do diabła, ustępując miejsca działaniom, których sens dostrzegałem dopiero wtedy, gdy było już za późno, by się z nich wycofać. Właśnie dlatego stałem teraz przed azylem Figgów, marznąc w porannej mgle, z papierosem dopalającym się między palcami i kartonem, którego zawartość uważała, że należała jej się znacznie lepsza obsługa.
Zaciągnąłem się ostatni raz, po czym przydeptałem niedopałek o kamienny stopień i schowałem go do kieszeni, nie zamierzając zostawiać śmieci przed wejściem do miejsca, które prawdopodobnie i tak miało wystarczająco dużo problemów. Przeniosłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą i zerknąłem na drzwi azylu, licząc na to, że Eleonora Figg okaże się osobą, która nie tylko potrafiła zajmować się wypiekami, prowadzeniem biznesu i kotami, ale również nie miała zwyczaju pojawiać się po ustalonym czasie nieprzewidzianego spotkania, który zbliżał się nieubłaganie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)