03.10.2026, 02:12 ✶
Na dziedziniec Kowenu Whitecroft dotarliśmy już długo po zapadnięciu zmroku, po kolacji odbytej na przedmieściach Londynu, w domu państwa Bletchleyów, którą z pewnością mógłbym zaliczyć do jednego z najbardziej nieudanych wydarzeń tego rodzaju, jakie kiedykolwiek przyszło mi odbyć, gdyby nie fakt, że w moim życiu zdarzały się wydarzenia rodowe wymagające znacznie większych nakładów sił niż przetrwanie kilku godzin w towarzystwie przemiłej gospodyni i wprost proporcjonalnie gburowatego gospodarza. Nie zamierzałem udawać, że „pierwsze” spotkanie z rodzicami mojej tymczasowej dziewczyny przebiegło pomyślnie, skoro jeszcze przed opuszczeniem domu rodzinnego Prue i Eliasa miałem ochotę sprawdzić, czy drzwi wejściowe nie zatrzasnęłyby się za mną z odpowiednio satysfakcjonującym hukiem, gdybym tylko pozwolił nerwom wymknąć się spod kontroli - powstrzymałem się, rzecz jasna, głównie ze względu na kobietę idącą teraz obok mnie, której nie zamierzałem dokładać kolejnych powodów do zmartwień i wyrzutów sumienia - szczególnie że doskonale odczułem, jak niewiele potrzeba było, by z pozoru normalna rozmowa zamieniła się w jednostronne przesłuchanie prowadzone pod przykrywką uprzejmej pogawędki. Nie byłem też na tyle obłąkany, by uznać, że najlepszym sposobem na poprawienie jej nastroju będzie natychmiastowe rozpoczęcie szczegółowej analizy wszystkich popełnionych przy stole przewinień, chociaż lista, którą zdążyłem sporządzić sobie w głowie podczas spaceru, była zaskakująco długa. Zamiast tego szedłem obok niej, trzymając dłonie w kieszeniach płaszcza i od czasu do czasu zerkając w jej stronę, gotów zaoferować Prudence swoje ramię, jeśli kamienny trakt okazałby się bardziej zdradliwy, niż sugerował jego wygląd.
Chłód wieczoru szybko otrzeźwił mnie po dusznej atmosferze kolacji, przynosząc zaskakująco kojący zapach wilgotnej ziemi, opadłych i częściowo już gnijących liści oraz dymu unoszącego się gdzieś ponad zabudowaniami Kowenu - woń wosku, suszonych ziół, owoców i palonego drewna mieszała się z kadzidlaną mgłą rozlewającą się od strony świątyni, tworząc atmosferę, której nie potrafiłem odmówić pewnego uroku, nawet jeśli wciąż byłem zbyt zirytowany, żeby w pełni docenić ten klimat - nie miałem pewności, czy przybycie tutaj było najlepszym pomysłem po takim początku wieczoru, lecz skoro już zdecydowaliśmy się wspólnie świętować Mabon, nie zamierzałem pozwolić, żeby kilka nieprzyjemnych uwag przy stole odebrało nam resztę tego sabatu. Przynajmniej tutaj nikt nie oczekiwał ode mnie, że będę udawał kogoś, kim nie byłem - no, technicznie, rzecz jasna - chociaż nie miałem złudzeń, że spędzenie wieczoru w Kowenie Whitecroft miało całkowicie uwolnić nas od cudzych opinii.
Przed fontanną z posągiem bogini o trzech twarzach ustawiono szeroki, dębowy ołtarz przykryty ciężkim płótnem w kolorach ochry i rdzawego brązu, na którym piętrzyły się kosze z owocami, haftowane tkaniny, ozdobne pasy oraz wieńce wykonane z gałęzi, szyszek i wszystkiego, co udało się znaleźć w okolicznych lasach lub na polach, niektóre wieńce wykonano z prawdziwym kunsztem, inne zaś przypominały rezultat wyjątkowo niefortunnego spotkania jutowego sznurka z fragmentami jeżynowego krzewu. Zatrzymałem się na moment, przyglądając się zgromadzonym darom, po czym wypuściłem powietrze przez nos, kiedy dostrzegłem konstrukcję złożoną z kilku wyjątkowo krzywych gałązek związanych warkoczem z drutu, której twórca najwyraźniej przecenił swoje zdolności manualne i uznał, że wystarczyło nadać całości okrągły kształt, by spełniała wszystkie wymagania stawiane rytualnemu darowi. Nie zamierzałem się jednak naśmiewać, ponieważ sam znałem się na tego typu pracy ręcznej w stopniu, powiedzmy, umiarkowanym i przy okazji tworzenia mojego własnego wieńca nairytowałem się wystarczająco dużo, by rozumieć, ile cierpliwości wymagało przygotowanie nawet prostego przedmiotu, szczególnie gdy dysponowało się ograniczonymi materiałami i jeszcze uboższym warsztatem - miałem na koncie ozdobę wykonaną z elementów, które w normalnych warunkach powinny były trafić do ogniska, nie zostać częścią jakiejkolwiek dekoracji - w tym roku takich darów było wyjątkowo dużo, co dało się zauważyć już na pierwszy rzut oka, nawet jeśli nie było się tu rok wcześniej, ich twórcy musieli najwyraźniej zadowolić się tym, co znaleźli w pobliskich lasach, zamiast kupować gotowe ozdoby u rzemieślników. Nie wiedziałem, pod jakim kątem Matka oceniała jakość składanych jej darów, ale jeśli miała kierować się przede wszystkim intencją, przynajmniej część zgromadzonych wieńców mogła liczyć na przychylne przyjęcie, niezależnie od tego, jak bardzo ich wygląd obrażał poczucie estetyki paru mamroczących starszych pań, które minęły nas przy bramie wejściowej.
- Muszę pszyznaś, sze po dzisiejszym dniu zaczynam losumieś, dlaczego ludzie składają ofialy. - Mruknąłem, nachyliwszy się ku towarzyszce, unosząc kącik ust, bo przecież oboje doskonale wiedzieliśmy, że już wcześniej dysponowałem zarówno wiedzą, jak i doświadczeniem w tym zakresie, dokładnie tak jak sama Prudence. - Sam chętnie poświęciłbym coś w intencji spokojniejszego miesiąca. - Skinąłem głową w stronę ołtarza, po czym ruszyłem z nią dalej w stronę stołu, gdzie mogliśmy złożyć nasze dary, zostawiając za sobą przynajmniej tę część wieczoru, której nie dało się już naprawić. Szedłem powoli, przyglądając się płomieniom świec drżącym na chłodnym wietrze, podczas gdy kapłani w odświętnych szatach zabierali kolejne dary do świątyni, gdzie miały zostać złożone w świętym ogniu - nie byłem szczególnie pobożny, ale szanowałem tradycje, zwłaszcza te, które przypominały o wdzięczności za rzeczy wciąż należące do nas.
!Strach przed imieniem
Chłód wieczoru szybko otrzeźwił mnie po dusznej atmosferze kolacji, przynosząc zaskakująco kojący zapach wilgotnej ziemi, opadłych i częściowo już gnijących liści oraz dymu unoszącego się gdzieś ponad zabudowaniami Kowenu - woń wosku, suszonych ziół, owoców i palonego drewna mieszała się z kadzidlaną mgłą rozlewającą się od strony świątyni, tworząc atmosferę, której nie potrafiłem odmówić pewnego uroku, nawet jeśli wciąż byłem zbyt zirytowany, żeby w pełni docenić ten klimat - nie miałem pewności, czy przybycie tutaj było najlepszym pomysłem po takim początku wieczoru, lecz skoro już zdecydowaliśmy się wspólnie świętować Mabon, nie zamierzałem pozwolić, żeby kilka nieprzyjemnych uwag przy stole odebrało nam resztę tego sabatu. Przynajmniej tutaj nikt nie oczekiwał ode mnie, że będę udawał kogoś, kim nie byłem - no, technicznie, rzecz jasna - chociaż nie miałem złudzeń, że spędzenie wieczoru w Kowenie Whitecroft miało całkowicie uwolnić nas od cudzych opinii.
Przed fontanną z posągiem bogini o trzech twarzach ustawiono szeroki, dębowy ołtarz przykryty ciężkim płótnem w kolorach ochry i rdzawego brązu, na którym piętrzyły się kosze z owocami, haftowane tkaniny, ozdobne pasy oraz wieńce wykonane z gałęzi, szyszek i wszystkiego, co udało się znaleźć w okolicznych lasach lub na polach, niektóre wieńce wykonano z prawdziwym kunsztem, inne zaś przypominały rezultat wyjątkowo niefortunnego spotkania jutowego sznurka z fragmentami jeżynowego krzewu. Zatrzymałem się na moment, przyglądając się zgromadzonym darom, po czym wypuściłem powietrze przez nos, kiedy dostrzegłem konstrukcję złożoną z kilku wyjątkowo krzywych gałązek związanych warkoczem z drutu, której twórca najwyraźniej przecenił swoje zdolności manualne i uznał, że wystarczyło nadać całości okrągły kształt, by spełniała wszystkie wymagania stawiane rytualnemu darowi. Nie zamierzałem się jednak naśmiewać, ponieważ sam znałem się na tego typu pracy ręcznej w stopniu, powiedzmy, umiarkowanym i przy okazji tworzenia mojego własnego wieńca nairytowałem się wystarczająco dużo, by rozumieć, ile cierpliwości wymagało przygotowanie nawet prostego przedmiotu, szczególnie gdy dysponowało się ograniczonymi materiałami i jeszcze uboższym warsztatem - miałem na koncie ozdobę wykonaną z elementów, które w normalnych warunkach powinny były trafić do ogniska, nie zostać częścią jakiejkolwiek dekoracji - w tym roku takich darów było wyjątkowo dużo, co dało się zauważyć już na pierwszy rzut oka, nawet jeśli nie było się tu rok wcześniej, ich twórcy musieli najwyraźniej zadowolić się tym, co znaleźli w pobliskich lasach, zamiast kupować gotowe ozdoby u rzemieślników. Nie wiedziałem, pod jakim kątem Matka oceniała jakość składanych jej darów, ale jeśli miała kierować się przede wszystkim intencją, przynajmniej część zgromadzonych wieńców mogła liczyć na przychylne przyjęcie, niezależnie od tego, jak bardzo ich wygląd obrażał poczucie estetyki paru mamroczących starszych pań, które minęły nas przy bramie wejściowej.
- Muszę pszyznaś, sze po dzisiejszym dniu zaczynam losumieś, dlaczego ludzie składają ofialy. - Mruknąłem, nachyliwszy się ku towarzyszce, unosząc kącik ust, bo przecież oboje doskonale wiedzieliśmy, że już wcześniej dysponowałem zarówno wiedzą, jak i doświadczeniem w tym zakresie, dokładnie tak jak sama Prudence. - Sam chętnie poświęciłbym coś w intencji spokojniejszego miesiąca. - Skinąłem głową w stronę ołtarza, po czym ruszyłem z nią dalej w stronę stołu, gdzie mogliśmy złożyć nasze dary, zostawiając za sobą przynajmniej tę część wieczoru, której nie dało się już naprawić. Szedłem powoli, przyglądając się płomieniom świec drżącym na chłodnym wietrze, podczas gdy kapłani w odświętnych szatach zabierali kolejne dary do świątyni, gdzie miały zostać złożone w świętym ogniu - nie byłem szczególnie pobożny, ale szanowałem tradycje, zwłaszcza te, które przypominały o wdzięczności za rzeczy wciąż należące do nas.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)