3 godzin(y) temu ✶
Sam na sam, powtórzył w myślach słowa mężczyzny i tym razem nie próbował już łudzić się, że można było nadać im niewinną interpretację. Jego spojrzenie przesunęło się powoli po twarzy Croucha. Zatrzymało się na oczach, potem zsunęło ku ustom, powróciło do spojrzenia. Gustaw zauważył własny błąd natychmiast. Robert również mógł go zauważyć.
— Panie Crouch… — odezwał się cicho. — Czy zdaje pan sobie sprawę, jak nieprzyzwoitą rzecz właśnie pan powiedział?
Sędzia, z którym dzielił przedział, musiał przecież być świadomy jego… szatańskiej natury, prawda? Czarodziej zasiadający w Wizengamocie przywykł z pewnością do rozpoznawania winy tam, gdzie inni widzieli jedynie pozory niewinności, toteż nie mógł nie dostrzec tych drobnych odstępstw od ludzkiej normy… Nienaturalnej bladości. Chłodu skóry. Zbyt nieruchomego oblicza.
Jednocześnie sam musiał przy tym przyznać, że określenie jego natury mianem szatańskiej było zarazem niesprawiedliwe i boleśnie trafne. Nie uważał się przecież za wcielenie diabła. Tyle że diabeł posiadałby zapewne więcej godności niż istota, która od stuleci żywiła się cudzą krwią, a mimo to wciąż przywiązywała wagę do właściwie zawiązanego krawata, nienagannych manier. Jak gdyby dobrze skrojony surdut mógł uczynić z niego człowieka. Jak gdyby nienaganny ukłon mógł przesłonić fakt, że pod całą tą starannie pielęgnowaną ogładą kryło się stworzenie, które wedle wszelkich praw natury i rozsądku powinno było już dawno spoczywać w ziemi.
(Potwór nie musiał wyglądać jak potwór. Wystarczyło, że nauczył się zachowywać jak dżentelmen).
Delacour podniósł się z koi. Znalazł się odrobinę bliżej Roberta. W ciasnym przedziale różnica była niezauważalna, jednakże nagle obecność drugiego mężczyzny stała się bardziej… wyczuwalna? Gustaw mógł słyszeć jego serce. Mógł wyczuć ciepło jego skóry. A świadomość tych rzeczy wcale mu nie pomagała!
— Gdyby był pan mniej interesujący, mógłbym pańskie słowa zbyć żartem. Gdyby był pan mniej przystojny, mógłbym udawać, że pańskie komplementy nie robią na mnie wrażenia. A gdyby był pan mniej bezczelny, prawdopodobnie zachowałbym spokój.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ten był bardziej prywatny.
— Skoro tak łatwo daje się pan oczarować, być może powinienem sprawdzić, jak daleko sięga ta pańska słabość. Jeśli to ma być pańska wada, obawiam się, że będę musiał zachęcać pana, aby częściej jej pan ulegał.
„Piękno, które bym mógł celebrować, aż zabrakłoby mi sił.” Na Matkę!
— Zresztą, po tym, co właśnie mi pan powiedział, możemy chyba porzucić formalności. Gustaw.
— Panie Crouch… — odezwał się cicho. — Czy zdaje pan sobie sprawę, jak nieprzyzwoitą rzecz właśnie pan powiedział?
Sędzia, z którym dzielił przedział, musiał przecież być świadomy jego… szatańskiej natury, prawda? Czarodziej zasiadający w Wizengamocie przywykł z pewnością do rozpoznawania winy tam, gdzie inni widzieli jedynie pozory niewinności, toteż nie mógł nie dostrzec tych drobnych odstępstw od ludzkiej normy… Nienaturalnej bladości. Chłodu skóry. Zbyt nieruchomego oblicza.
Jednocześnie sam musiał przy tym przyznać, że określenie jego natury mianem szatańskiej było zarazem niesprawiedliwe i boleśnie trafne. Nie uważał się przecież za wcielenie diabła. Tyle że diabeł posiadałby zapewne więcej godności niż istota, która od stuleci żywiła się cudzą krwią, a mimo to wciąż przywiązywała wagę do właściwie zawiązanego krawata, nienagannych manier. Jak gdyby dobrze skrojony surdut mógł uczynić z niego człowieka. Jak gdyby nienaganny ukłon mógł przesłonić fakt, że pod całą tą starannie pielęgnowaną ogładą kryło się stworzenie, które wedle wszelkich praw natury i rozsądku powinno było już dawno spoczywać w ziemi.
(Potwór nie musiał wyglądać jak potwór. Wystarczyło, że nauczył się zachowywać jak dżentelmen).
Delacour podniósł się z koi. Znalazł się odrobinę bliżej Roberta. W ciasnym przedziale różnica była niezauważalna, jednakże nagle obecność drugiego mężczyzny stała się bardziej… wyczuwalna? Gustaw mógł słyszeć jego serce. Mógł wyczuć ciepło jego skóry. A świadomość tych rzeczy wcale mu nie pomagała!
— Gdyby był pan mniej interesujący, mógłbym pańskie słowa zbyć żartem. Gdyby był pan mniej przystojny, mógłbym udawać, że pańskie komplementy nie robią na mnie wrażenia. A gdyby był pan mniej bezczelny, prawdopodobnie zachowałbym spokój.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Ten był bardziej prywatny.
— Skoro tak łatwo daje się pan oczarować, być może powinienem sprawdzić, jak daleko sięga ta pańska słabość. Jeśli to ma być pańska wada, obawiam się, że będę musiał zachęcać pana, aby częściej jej pan ulegał.
„Piękno, które bym mógł celebrować, aż zabrakłoby mi sił.” Na Matkę!
— Zresztą, po tym, co właśnie mi pan powiedział, możemy chyba porzucić formalności. Gustaw.
Wiatr kołysze w locie ćmy
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw
Wilki śpią mocno, że aż strach
I tylko ty nie śpisz Duszko ma
Boisz się nocnic, złych wietrzyc i zjaw