04.10.2026, 00:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2026, 00:55 przez Benjy Fenwick.)
Usłyszałem dźwięk kroków, zanim jeszcze zdążyłem oderwać wzrok od drzwi azylu, co w moim obecnym stanie ducha uznałem za okoliczność godną wykrzesania z siebie czegoś na kształt bardzo ostrożnego i niezbyt optymistycznego optymizmu, ponieważ istniała szansa, że już za chwilę mogłem przestać marznąć na zewnątrz z kartonem przyciśniętym do piersi, bo będę mógł przekazać odpowiedzialność za poranne zamieszanie komuś, kto zawodowo zajmował się podobnymi przypadkami. Wyglądałem gorzej niż zwykle, co stanowiło osiągnięcie godne odnotowania, zważywszy na to, że od wielu lat nie przywiązywałem szczególnej wagi do własnej prezencji, szczególnie po nieprzespanej nocy, zarost zdążył mi już porządnie ściemnieć na policzkach, pod oczami miałem cienie, których nie przykryłoby nawet kilka godzin snu, gdyby jakimś cudem udało mi się je zdobyć, zaś moje ubranie nosiło ślady ostatnich dni spędzonych głównie poza domem, gdziekolwiek on teraz był, nie miałem ochoty przyglądać się sobie w lustrze, w oknie ani w kałuży, więc tym bardziej nie potrzebowałem cudzej uwagi poświęconej temu, w jakim stanie się znajdowałem, ale oto byliśmy.
- MIAU.
- Ja pie… - Przerwałem na moment, sunąc językiem po spierzchniętej wardze, po czym odsunąłem od ust kolejnego papierosa, którego zdążyłem już niemal wypalić do filtra, a następnie skinąłem Norze głową na przywitanie.
- Hej. - Wyraz, który pojawił się na mojej twarzy w odpowiedzi na „dzień dobry”, nie należał do szczególnie przekonujących, chociaż nie mogłem powiedzieć, żebym nie cieszył się na jej widok - po prostu nie umiałem wykrzesać z siebie zbyt dobrych emocji, gdy moje życie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż tego pragnąłem - w gruncie rzeczy cieszyłem się nawet bardzo, ponieważ oznaczało to, że nie będę musiał samodzielnie podejmować decyzji dotyczących trzech kotów, z których żaden nie miał najmniejszego zamiaru konsultować ze mną swoich roszczeń, tylko zamiast tego syczał, drapał, miauczał i kurwił na swoje kocie sposoby. Ostatnimi czasy niewiele rzeczy sprawiało mi przyjemność, zaś sen, jedzenie i rozmowy z innymi stopniowo traciły swoje miejsce na liście czynności, które potrafiłem wykonywać bez konieczności uprzedniego zmuszania się do nich, poza tym nie lubiłem przyznawać, że nie potrafiłem załatwić czegoś samodzielnie, szczególnie w sprawach tak przyziemnych, lecz w tym przypadku nie zamierzałem udawać, że nagle zostałem ekspertem od opieki nad czymś żywym - miałem już wystarczająco dużo obowiązków i niechcianych doświadczeń związanych z nieplanowanymi zobowiązaniami, aby perspektywa zabrania ich ze sobą w podróż wydawała mi się równie rozsądna, co pakowanie do plecaka przeklętego przedmiotu, który przez cały czas próbowałby wydrapać sobie drogę na wolność.
- Znalazłem je podczas loboty. - Wyjaśniłem krótko, usiłując zabrzmieć równie przyjacielsko, co moja rozmówczyni i nie emanować chęcią oddalenia się stąd w trybie ekspresowym - a przecież musiałem to szybko załatwić - nie byłem pewien, czy mi się udało, ponieważ ostatnimi czasy miałem poważne trudności z przypominaniem sobie, jak właściwie powinienem był wyglądać w sytuacjach, które nie wymagały ode mnie ani skupienia, ani gotowości do przyjęcia ciosu od życia prosto w jaja, ale podjąłem wypowiedź. - Są tszy i chyba matka. Były cztely, ale… - Przesunąłem dłonią po karku, próbując zebrać myśli w kolejności, która pozwoliłaby mi przedstawić całą sytuację bez niepotrzebnego plątania się w szczegółach, dlaczego stałem przed azylem o tak absurdalnej porze z kartonem, który co jakiś czas wydawał z siebie dźwięki świadczące o wyjątkowo krytycznym stosunku jego pasażerów do warunków podróży, po czym spojrzałem na Norę z miną, która zapewne zdradzała, jak bardzo nie miałem ochoty opowiadać o tym wszystkim o tak wczesnej porze, i jak bardzo musiałem to zrobić, aby miała pełny obraz sytuacji.
- Kotka siedziała s małymi w miejscu, któle zdecydowanie nie nadawało się do wychowywania potomstwa, więc zablałem całą losinę, zanim wydaszyło się coś pojeb… - „Fenwick, pohamuj się ”. - Niepszyjemnego. Pszes ostatnie dni plóbowałem znaleźć im odpowiednie miejsce, ale mam pewien ploblem s dostępnością czasu. Jak jusz wiesz, niedługo wyjeszam s klaju i laszej nie zanosi się na to, szebym wlósił. - Zamilkłem na moment, po czym zerknąłem ponownie na karton, z którego okienka wystawał obecnie niewielki czubek nastroszonego ogonka. - Nie chcę ich zostawiaś byle komu tylko dlatego, sze akulat nie mam lepszego pomysłu. Jeśli moses je pszyjąś, będę wdzięczny i… Co to tam się lobi… Poklyję koszty kalmy, leczenia, wszystkiego, czego będą potszebowały. - Podkreśliłem na zaś. - Nie oczekuję, sze zlobicie to za dalmo, ani nie zamieszam zniknąś bes słowa, kiedy tylko pszekaszę komuś kalton. Chcę po prostu mieś pewność, sze tlafią w miejsce, w któlym ktoś szeszywiście będzie o nie dbał. - Spróbowałem uśmiechnąć się przy tym w sposób, który nie wyglądałby jak grymas, lecz rezultat zapewne pozostawiał sporo do życzenia, więc ostatecznie zrezygnowałem z dalszych wysiłków i ostrożnie opuściłem pudło, żeby mogła zajrzeć przez jeden z otworów, pilnując jednocześnie, by jego dno nie przechyliło się pod ciężarem kociej rodziny - w środku zaszeleściło, po czym i tak usłyszałem dwa niemal równoczesne miauknięcia, z których jedno zabrzmiało wyjątkowo donośnie.
- MIAU.
- Ja pie… - Przerwałem na moment, sunąc językiem po spierzchniętej wardze, po czym odsunąłem od ust kolejnego papierosa, którego zdążyłem już niemal wypalić do filtra, a następnie skinąłem Norze głową na przywitanie.
- Hej. - Wyraz, który pojawił się na mojej twarzy w odpowiedzi na „dzień dobry”, nie należał do szczególnie przekonujących, chociaż nie mogłem powiedzieć, żebym nie cieszył się na jej widok - po prostu nie umiałem wykrzesać z siebie zbyt dobrych emocji, gdy moje życie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż tego pragnąłem - w gruncie rzeczy cieszyłem się nawet bardzo, ponieważ oznaczało to, że nie będę musiał samodzielnie podejmować decyzji dotyczących trzech kotów, z których żaden nie miał najmniejszego zamiaru konsultować ze mną swoich roszczeń, tylko zamiast tego syczał, drapał, miauczał i kurwił na swoje kocie sposoby. Ostatnimi czasy niewiele rzeczy sprawiało mi przyjemność, zaś sen, jedzenie i rozmowy z innymi stopniowo traciły swoje miejsce na liście czynności, które potrafiłem wykonywać bez konieczności uprzedniego zmuszania się do nich, poza tym nie lubiłem przyznawać, że nie potrafiłem załatwić czegoś samodzielnie, szczególnie w sprawach tak przyziemnych, lecz w tym przypadku nie zamierzałem udawać, że nagle zostałem ekspertem od opieki nad czymś żywym - miałem już wystarczająco dużo obowiązków i niechcianych doświadczeń związanych z nieplanowanymi zobowiązaniami, aby perspektywa zabrania ich ze sobą w podróż wydawała mi się równie rozsądna, co pakowanie do plecaka przeklętego przedmiotu, który przez cały czas próbowałby wydrapać sobie drogę na wolność.
- Znalazłem je podczas loboty. - Wyjaśniłem krótko, usiłując zabrzmieć równie przyjacielsko, co moja rozmówczyni i nie emanować chęcią oddalenia się stąd w trybie ekspresowym - a przecież musiałem to szybko załatwić - nie byłem pewien, czy mi się udało, ponieważ ostatnimi czasy miałem poważne trudności z przypominaniem sobie, jak właściwie powinienem był wyglądać w sytuacjach, które nie wymagały ode mnie ani skupienia, ani gotowości do przyjęcia ciosu od życia prosto w jaja, ale podjąłem wypowiedź. - Są tszy i chyba matka. Były cztely, ale… - Przesunąłem dłonią po karku, próbując zebrać myśli w kolejności, która pozwoliłaby mi przedstawić całą sytuację bez niepotrzebnego plątania się w szczegółach, dlaczego stałem przed azylem o tak absurdalnej porze z kartonem, który co jakiś czas wydawał z siebie dźwięki świadczące o wyjątkowo krytycznym stosunku jego pasażerów do warunków podróży, po czym spojrzałem na Norę z miną, która zapewne zdradzała, jak bardzo nie miałem ochoty opowiadać o tym wszystkim o tak wczesnej porze, i jak bardzo musiałem to zrobić, aby miała pełny obraz sytuacji.
- Kotka siedziała s małymi w miejscu, któle zdecydowanie nie nadawało się do wychowywania potomstwa, więc zablałem całą losinę, zanim wydaszyło się coś pojeb… - „Fenwick, pohamuj się ”. - Niepszyjemnego. Pszes ostatnie dni plóbowałem znaleźć im odpowiednie miejsce, ale mam pewien ploblem s dostępnością czasu. Jak jusz wiesz, niedługo wyjeszam s klaju i laszej nie zanosi się na to, szebym wlósił. - Zamilkłem na moment, po czym zerknąłem ponownie na karton, z którego okienka wystawał obecnie niewielki czubek nastroszonego ogonka. - Nie chcę ich zostawiaś byle komu tylko dlatego, sze akulat nie mam lepszego pomysłu. Jeśli moses je pszyjąś, będę wdzięczny i… Co to tam się lobi… Poklyję koszty kalmy, leczenia, wszystkiego, czego będą potszebowały. - Podkreśliłem na zaś. - Nie oczekuję, sze zlobicie to za dalmo, ani nie zamieszam zniknąś bes słowa, kiedy tylko pszekaszę komuś kalton. Chcę po prostu mieś pewność, sze tlafią w miejsce, w któlym ktoś szeszywiście będzie o nie dbał. - Spróbowałem uśmiechnąć się przy tym w sposób, który nie wyglądałby jak grymas, lecz rezultat zapewne pozostawiał sporo do życzenia, więc ostatecznie zrezygnowałem z dalszych wysiłków i ostrożnie opuściłem pudło, żeby mogła zajrzeć przez jeden z otworów, pilnując jednocześnie, by jego dno nie przechyliło się pod ciężarem kociej rodziny - w środku zaszeleściło, po czym i tak usłyszałem dwa niemal równoczesne miauknięcia, z których jedno zabrzmiało wyjątkowo donośnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)