04.10.2026, 19:36 ✶
- Wyobrażam sobie, że takie trzecie oko znienacka to niezła rewolucja w życiu - westchnął. Gdyby to jego spotkała podobna niespodzianka, pewnie bałby się zasnąć - A co do mojej wróżby - Samhain za pasem. Nie spodziewałem się jakiejś specjalnej imprezy z tego powodu, ale… - ale czy Samhain nie zbiegało się czasem z mugolskim Halloween? Może mógłby po odbębnieniu obowiązków rodzinnych wymknąć się w miasto? Nie wracać na jedną noc do Brighton? Czy rodzina Kellych - Jessie - miałaby coś przeciwko? Dlaczego w ogóle to rozważał?
Powinien wreszcie docisnąć ekipę remontową i wynieść się na swoje. Wtedy nikogo nie interesowałoby, czy śpi we własnym łóżku.
Odsunął od siebie myśli o remoncie i przeprowadzkach - to wymagało decyzji, działania i Hannibal - zwykle do działania pierwszy - nie mógł się jakoś do tego zebrać. Całkiem nie miał głowy do problemów technicznych, z jakimi przychodzili do niego fachowcy od magicznych zabezpieczeń, a na kwestiach budowlanych to już w ogóle się nie znał. Do wyprowadzki z pełnego ludzi domu Jonathana w Brighton, choć obiecującej powrót do wolności, też wcale mu się tak znowu nie spieszyło.
Skupił się na wróżbie Guinevere. Niezawodny przyjaciel - dobrze było to słyszeć. Dobrze było mieć kogoś takiego. Hannibal uśmiechnął się w zadumie. Opowieść Ginny - nie tylko treścią, ale samym faktem swego istnienia, dość jasno wskazywała na to, że McGonagall potrzebuje bliskiej osoby. Być może nie tak w ogóle, tylko teraz, w tej chwili. Selwyn nie wnikał.
- To chyba dobrze - odparł spokojnie - W dzisiejszych czasach niezawodni przyjaciele są na wagę złota.
Ginny, która usłyszawszy w Spaloną Noc o zamieszkach przez radio specjalnie przybyła do ogarniętego pożogą miasta, by nieść pomoc - która nie wahała się pozbierać do kupy ani jego, ani obcych ludzi z tamtej piekarni, sama wyglądała na niezawodną. Najwyższa pora, żeby karma wróciła, nie taka dla kota oczywiście, tylko ta o której opowiadali znajomi hipisi, którym przedstawiła Hannibala kiedyś Electra - energia uczynionego dobra i zła, która krążyła po wszechświecie (zdumiewająco sensowny koncept, jak na mugoli). W każdym razie tak - jeżeli istniała jakaś kosmiczna sprawiedliwość, to Ginny zasługiwała na dobrą wróżbę i niezawodnego przyjaciela. Selwyn włożył rękę do kieszeni i przesunął palcami po kamieniach bransoletki.
Dotarli do końca alejki.
- Chyba obeszliśmy już wszystko - zerknął na uzdrowicielkę. Ich spotkanie było, całkiem, jak poprzednio, przypadkowe, ale rozmowa nad wyraz interesująca. Hannibal nie miałby nic przeciwko kontynuowaniu jej, być może w spokojniejszych warunkach, a miał jeszcze dobrych kilka godzin do lekkiego treningu, stanowiącego właściwie rozgrzewkę przed wieczornym przedstawieniem.
- Masz tu jeszcze coś do załatwienia? Spieszysz się gdzieś potem?
Powinien wreszcie docisnąć ekipę remontową i wynieść się na swoje. Wtedy nikogo nie interesowałoby, czy śpi we własnym łóżku.
Odsunął od siebie myśli o remoncie i przeprowadzkach - to wymagało decyzji, działania i Hannibal - zwykle do działania pierwszy - nie mógł się jakoś do tego zebrać. Całkiem nie miał głowy do problemów technicznych, z jakimi przychodzili do niego fachowcy od magicznych zabezpieczeń, a na kwestiach budowlanych to już w ogóle się nie znał. Do wyprowadzki z pełnego ludzi domu Jonathana w Brighton, choć obiecującej powrót do wolności, też wcale mu się tak znowu nie spieszyło.
Skupił się na wróżbie Guinevere. Niezawodny przyjaciel - dobrze było to słyszeć. Dobrze było mieć kogoś takiego. Hannibal uśmiechnął się w zadumie. Opowieść Ginny - nie tylko treścią, ale samym faktem swego istnienia, dość jasno wskazywała na to, że McGonagall potrzebuje bliskiej osoby. Być może nie tak w ogóle, tylko teraz, w tej chwili. Selwyn nie wnikał.
- To chyba dobrze - odparł spokojnie - W dzisiejszych czasach niezawodni przyjaciele są na wagę złota.
Ginny, która usłyszawszy w Spaloną Noc o zamieszkach przez radio specjalnie przybyła do ogarniętego pożogą miasta, by nieść pomoc - która nie wahała się pozbierać do kupy ani jego, ani obcych ludzi z tamtej piekarni, sama wyglądała na niezawodną. Najwyższa pora, żeby karma wróciła, nie taka dla kota oczywiście, tylko ta o której opowiadali znajomi hipisi, którym przedstawiła Hannibala kiedyś Electra - energia uczynionego dobra i zła, która krążyła po wszechświecie (zdumiewająco sensowny koncept, jak na mugoli). W każdym razie tak - jeżeli istniała jakaś kosmiczna sprawiedliwość, to Ginny zasługiwała na dobrą wróżbę i niezawodnego przyjaciela. Selwyn włożył rękę do kieszeni i przesunął palcami po kamieniach bransoletki.
Dotarli do końca alejki.
- Chyba obeszliśmy już wszystko - zerknął na uzdrowicielkę. Ich spotkanie było, całkiem, jak poprzednio, przypadkowe, ale rozmowa nad wyraz interesująca. Hannibal nie miałby nic przeciwko kontynuowaniu jej, być może w spokojniejszych warunkach, a miał jeszcze dobrych kilka godzin do lekkiego treningu, stanowiącego właściwie rozgrzewkę przed wieczornym przedstawieniem.
- Masz tu jeszcze coś do załatwienia? Spieszysz się gdzieś potem?
Koniec sesji