04.10.2026, 19:54 ✶
— Nie wypada się śmiać, Ise! To naprawdę powinno nas przerażać — odpowiedziała kobiecie. Tak naprawdę podzielała jej pewność, że to wszystko mogło się kiedyś skończyć. Że czarnoksiężnik, który zwał się Czarnym Panem, upadnie. Widziała przecież konstelacje. Czasem wskazywały na wzrost, a czasem na upadek królestw, ale nigdy nie pokazywały jednej, prawdziwej drogi. Tylko mnogość możliwości. Każdy wybór tworzył nową ścieżkę wśród gwiazd. — Ten człowiek działa tak jakby wierzył, że może przekształcić wszystkie możliwe wszechświaty w jeden, własny. To szaleństwo — skomentowała, ale czy szaleństwo, mające tak wiele posłusznych rąk, nie stawało się siłą samą w sobie?
Czy wiara w jego porażkę to nie była jedynie nasza własna, rozpaczliwa modlitwa?, pomyślała.
Kamienna cisza wypełniona została szumem krwi w uszach Lydii. Jej oczy, które do tej pory były utkwione w obliczu Bogini, zaczynały tracić ostrość, rozmazywać się, gdy ciepło ciała Helloise i jej oddech na szyi stawały się jedynymi punktami odniesienia w ich świecie. Pod skórą zawrzało. Gorąco, jakie zawsze uważała za oznakę gniewu, wstydu, spływało do brzucha. Dłoń Heli była prawem własności, jakie Lydia pragnęła przyjąć bez zastrzeżeń.
— Helo — wyszeptała, a imię to brzmiało jak skarga i jak prośba i jak poddanie się, wszystko naraz. Odsłoniła szyję, kiedy przymknęła oczy, a usta wilgotne oraz rozchylone szukały warg czarownicy na oślep. Słowa Rowle zawirowały w jej głowie, tracąc pierwotny kontekst, stając się obietnicą całkiem inną. — Tu? — spytała. — Tu, przy Matce?
Całe życie należała do Bogini. Do Jej księżyców, Jej tajemnic, Jej szeptów pozostawionych w snach. Pani Księżyca była w niej tak głęboko, że trudno było oddzielić wiarę od samej Lydii. Wiara stanowiła szkielet jej codzienności, rytm jej oddechu, światło, wedle którego orientowała się w moralnej nocy. Bogini była wszechobecna, ale i odległa. Była siłą natury, porządkiem kosmosu, matczynym ciepłem rozlanym po całym stworzeniu. Była wszystkim, a przez to w pewnym sensie niczym konkretnym.
Jednocześnie Hela nie musiała z nią konkurować. Wystarczyło, że ją dotknęła. Miała bliskość, jaką mogła ofiarować jednej kobiecie druga kobieta. Była jednostką. Była wyborem. Była konkretem, który wypełniał przestrzeń między teorią a doświadczeniem.
(Wiesz, że Ona widzi). Tak. Widzi. Ale czy osądza? Czy dla Bogini, która stworzyła ciało i jego odruchy, które widziała narodziny i śmierć, miłość i nienawiść splątane w jednym węźle — czy dla Niej pocałunek złożony w świątyni był świętokradztwem?
Blackówna oderwała się od Helloise i obróciła się ku niej. Położyła swoją dłon na policzku kobiety. Popatrzyła w niebieskie oczy. Poczuła, jak cały jej uporządkowany świat z Boginią na szczycie, Kowenem jako ramami, gwiazdami jako przewodnikami — chylił się i pękał. Nie niszczył się, a tylko przepuszczał światło przez nowe szczeliny. Światło, które nie pochodziło z księżyca, ale z pojedynczego płomienia świecy. Z pojedynczej pary oczu. Z posągu żywej bogini z Kniei.
Czy wiara w jego porażkę to nie była jedynie nasza własna, rozpaczliwa modlitwa?, pomyślała.
Kamienna cisza wypełniona została szumem krwi w uszach Lydii. Jej oczy, które do tej pory były utkwione w obliczu Bogini, zaczynały tracić ostrość, rozmazywać się, gdy ciepło ciała Helloise i jej oddech na szyi stawały się jedynymi punktami odniesienia w ich świecie. Pod skórą zawrzało. Gorąco, jakie zawsze uważała za oznakę gniewu, wstydu, spływało do brzucha. Dłoń Heli była prawem własności, jakie Lydia pragnęła przyjąć bez zastrzeżeń.
— Helo — wyszeptała, a imię to brzmiało jak skarga i jak prośba i jak poddanie się, wszystko naraz. Odsłoniła szyję, kiedy przymknęła oczy, a usta wilgotne oraz rozchylone szukały warg czarownicy na oślep. Słowa Rowle zawirowały w jej głowie, tracąc pierwotny kontekst, stając się obietnicą całkiem inną. — Tu? — spytała. — Tu, przy Matce?
Całe życie należała do Bogini. Do Jej księżyców, Jej tajemnic, Jej szeptów pozostawionych w snach. Pani Księżyca była w niej tak głęboko, że trudno było oddzielić wiarę od samej Lydii. Wiara stanowiła szkielet jej codzienności, rytm jej oddechu, światło, wedle którego orientowała się w moralnej nocy. Bogini była wszechobecna, ale i odległa. Była siłą natury, porządkiem kosmosu, matczynym ciepłem rozlanym po całym stworzeniu. Była wszystkim, a przez to w pewnym sensie niczym konkretnym.
Jednocześnie Hela nie musiała z nią konkurować. Wystarczyło, że ją dotknęła. Miała bliskość, jaką mogła ofiarować jednej kobiecie druga kobieta. Była jednostką. Była wyborem. Była konkretem, który wypełniał przestrzeń między teorią a doświadczeniem.
(Wiesz, że Ona widzi). Tak. Widzi. Ale czy osądza? Czy dla Bogini, która stworzyła ciało i jego odruchy, które widziała narodziny i śmierć, miłość i nienawiść splątane w jednym węźle — czy dla Niej pocałunek złożony w świątyni był świętokradztwem?
Blackówna oderwała się od Helloise i obróciła się ku niej. Położyła swoją dłon na policzku kobiety. Popatrzyła w niebieskie oczy. Poczuła, jak cały jej uporządkowany świat z Boginią na szczycie, Kowenem jako ramami, gwiazdami jako przewodnikami — chylił się i pękał. Nie niszczył się, a tylko przepuszczał światło przez nowe szczeliny. Światło, które nie pochodziło z księżyca, ale z pojedynczego płomienia świecy. Z pojedynczej pary oczu. Z posągu żywej bogini z Kniei.
Nie każ mi odchodzić, moja gwiazdo
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?