04.10.2026, 20:09 ✶
Niektórzy czarodzieje wierzyli, że świnie są zwierzętami nieczystymi, a kontakt z nimi - czymś niegodnym szanującego się członka społeczeństwa. Ba, byli i tacy, którzy wręcz łączyli wstręt do tych zwierząt z czystością krwi. Hannibal, jako mieszczuch z krwi i kości, nie miewał kontaktu ze zwierzętami gospodarskimi w formie innej, niż potrawki albo kotleta na talerzu. Nigdy też szczególnie nie dbał o to czym jego posiłek był za życia, a obudziwszy się tuż obok świni, która zapewne ważyła ze trzy razy więcej od niego, właściwie nawet się wystraszył. Nie wspominając już o błocie i smrodzie, chociaż on i Zenek sami, brudni i po przepiciu, zapewne fiołkami nie pachnieli.
Teraz jednak, kiedy z wciąż odbijającym się echem pod czaszką “do rzeźni” popatrzył na małe, łagodne oczka ocienione oklapniętymi, różowymi uszami, zrobiło mu się jakoś niewyraźnie. Uhh, powinni się stąd wynosić, atmosfera była nieprzyjemna na więcej, niż jednym poziomie. Odepchnął się od ściany, stając o własnych siłach, ale wciąż zachowując z nią kontakt, tak na wszelki wypadek.
- Chchch… chwila. Pan pozwoli, łyka wezmę i już nas nie ma. Spokojnie - zwrócił się prawie wcale nie bełkotliwie do mężczyzny, ale farmer nie był skłonny ani go posłuchać, ani w ogóle chyba rozmawiać, bo zamiast poczekać i napoić spragnionych (albo przynajmniej pozwolić im się napoić samodzielnie), schylił się po węża.
- Ja wam dam łyka obu! Ja wam dam spokojnie! A poszli mi z chlewika, ale to już!
Selwynowi przyszło do głowy, że te krzyki mogą zestresować biedne zwierzęta bardziej, niż jego i Zenka skacowana, lecz w gruncie rzeczy nieszkodliwa obecność. Ba, ten prosiak, obok którego się obudził, to w sumie nawet zyskał na znajomości z Hannibalem, jeżeli wierzyć zainteresowaniu, z jakim przenosił wzrok to na czarodzieja, to na swoje - puste już - koryto. Nie zdążył jednak wyrazić tych podejrzeń, bo mugol szarpnął za kurek i wycelował strumień zimnej wody w jego stronę, sprawnie manewrując wężem.
Hannibal krzyknął, a właściwie (kompromitująco, choć pasująco do okoliczności) kwiknął panicznie. Oszołomiony rozbryzgiem nie miał nawet tyle przytomności umysłu, by uciekać i po prostu skulił się pod ścianą.
- Nngh! Nie! - wrzasnął ponownie, wciąż żenująco wysoko.
- Ale już, powiedziałem! - ryknął właściciel obory, chlewika, czy co to tam było i okręcił się, by i Zenkowi zafundować poranny prysznic. Selwyn, łapiąc gwałtownie powietrze i szczękając zębami, chwiejnie ruszył ku wyjściu, obchodząc wściekłego gospodarza szerokim łukiem.