3 godzin(y) temu ✶
Teleportacja nigdy nie należała do moich ulubionych sposobów przemieszczania się, choć po latach pracy z klątwami, zabezpieczeniami oraz rzeczami znacznie gorszymi od zwykłego zawrotu głowy nauczyłem się znosić ją bez większego marudzenia, zawsze zostawiała po sobie jednak ten sam krótki, nieprzyjemny ślad w moim ciele, ucisk za oczami, szarpnięcie w żołądku i wrażenie, że przez ułamek sekundy wszystkie moje wnętrzności postanowiły znaleźć się gdzieś indziej, dlatego kiedy pojawiłem się w Dolinie Godryka chwilę przed umówionym spotkaniem z Gerdą, odczekałem kilka oddechów, zanim ruszyłem przed siebie, poprawiając płaszcz ze skóry i uważnie rozglądając się po okolicy. Tegoroczne Samhain z pewnością nie było i nie miało być tak tłumne jak niegdyś, nie musiałem tutaj bywać przez ostatnią dekadę, aby to wiedzieć, lecz sam środek dnia przyciągnął tutaj wystarczająco wielu ludzi, żeby zlokalizowanie jednej konkretnej osoby wymagało więcej uwagi niż zwykle, na moje szczęście, Geraldine nie należała jednak do tych kobiet, które potrafiły zniknąć w podobnym otoczeniu, więc po krótkiej obserwacji wypatrzyłem ją stojącą nieco na uboczu i lustrującą okolicę z miną kogoś, kto zamiast świętować zdążył już policzyć wszystkie możliwe drogi wyjścia. Nie to, abym sam się temu dziwił, wręcz przeciwnie, chociaż nie dało się ukryć, iż dostrzegłszy ją taką poczułem się jednocześnie tak samo rozbawiony, co odrobinę zbity z tropu, bo przez lata zdążyłem przywyknąć do tego, że to ja sam zazwyczaj byłem tym typem osoby.
Podszedłem do niej miarowym krokiem, skinąłem głową na powitanie i zatrzymałem się obok, jeszcze przez moment patrząc w stronę ulicy, zanim przeniosłem uwagę na nią, przez chwilę zastanawiając się, czy bardziej wypatrywała mnie, Sebastiana, czy czegoś, co mogło wyłonić się spomiędzy drzew. Nie musiała mi właściwie tłumaczyć powagi sytuacji i znaczenia tego, że kapłan Macmillan napisał do niej z obawami dotyczącymi przebiegu wieczornej części celebracji sabatu, sam fakt wystarczał, żebym potraktował sprawę poważnie, szczególnie że chodziło o noc, podczas której zwykła ostrożność potrafiła okazać się niedostatecznie dużym zabezpieczeniem.
Zresztą od chwili, kiedy moja kuzynka pokazała mi wspomnienie ze swojego spotkania z widmami, mniej lub bardziej regularnie wracałem myślami do Kniei, kromlechu, układu run na tamtejszych kamieniach i tego wszystkiego, co jeszcze mogło się kryć wewnątrz zamkniętego terenu, próbując zrozumieć, czy działanie konstrukcji utrzymującej tamte stwory na dystans wynikało z konkretnej kombinacji znaków, właściwości budulca, miejsca, czy może z czegoś, czego jeszcze nie potrafiłem nazwać ani wymyślić. Prototyp znaku ściśle odwzorowany w pomniejszonej wersji na talizmanach, nad którymi pracowaliśmy, mógł zweryfikować część teorii, naprowadzając nas na właściwy tok pojmowania całego problemu - to fakt - chociaż zdecydowanie wolałem, żeby jego pierwszym prawdziwym testem nie było dzisiejsze pospolite ruszenie, ponieważ czas, w którym Zasłona stawała się szczególnie cienka nie był dobrym momentem na lekceważenie tych kilku żelaznych zasad zdrowego rozsądku, jakich nawet ja nie potrafiłem zbyć lekką ręką, szczególnie kiedy kilka niezależnych informacji wskazywało w tę samą stronę. Preferowałem nie przekonywać się dzisiaj, czy zabezpieczenie działało pod rzeczywistym obciążeniem, jeżeli musiałbym sprawdzać je przy okazji ataku widm albo czegoś jeszcze gorszego, oznaczałoby to, że dzień poszedł zdecydowanie nie w tę stronę, którą planowałem, chociaż większość moich planów przecież i tak poszła się gonić. Cóż, tym razem niewątpliwie mogło być gorzej.
Spojrzałem w stronę linii lasu majaczącego ponad zabudowaniami - drzewa wyglądały spokojnie, lecz spokój nie oznaczał bezpieczeństwa, szczególnie w dzień taki jak ten, kiedy granice były słabsze i bardziej rozmyte, rytuały silniejsze, zaś okolica była pełna ludzi, którzy mogli spróbować wleźć tam z czystej ciekawości. Niepokoiła mnie przede wszystkim ta część historii, której nadal nie potrafiliśmy zamknąć w żadnym rozsądnym wyjaśnieniu - stworzenia pozostające w gęstwinie, ponieważ znajdowało się tam coś, czego pragnęły, brzmiały lepiej niż stworzenia mogące w każdej chwili zostać stamtąd wywabione lub uwolnione, by swobodnie przemieszczać się po okolicy - jeżeli rzeczywiście istniał bodziec utrzymujący je w jednym miejscu, należało jednak ustalić jego naturę, zanim ktoś spróbował wejść między drzewa z przekonaniem, że skoro miał przewagę liczebną pod postacią innych oszołomów, to nic szczególnie złego nie mogło się wydarzyć.
- Liczę, sze kowen postanowił pszygotowaś coś odpowiednio… Celemonialnego. - Odparłem, bo właściwie niewiele wiedziałem na temat tego, jak dotychczas wyglądały stragany rozstawiane przez nich w tym miejscu, ale doświadczenia z podobnymi instytucjami podpowiadały mi, iż mało która lubowała się w skromności i braku teatralnego przesytu. Nie czekałem jednak na odpowiedź, tylko ruszyłem obok niej, czujnie obserwując drogę prowadzącą w stronę straganów i wypatrując czegoś, co zdecydowanie nie przypominało oszczędnego w asortymencie, lecz jednocześnie poukładanego stoiska, które nagle wyrosło na horyzoncie.
- No. - Odchrząknąłem, darując sobie chwilowo dalszy komentarz, tylko przyspieszając kroku. Im szybciej mieliśmy porozmawiać z Sebastianem, tym szybciej mogliśmy dowiedzieć się, czego właściwie powinniśmy się obawiać - jeżeli kapłan miał przeczucia, wolałem ich wysłuchać już teraz, przed zachodem słońca, zanim przeczucia postanowiły zamienić się w raport z miejsca zdarzenia.
Podszedłem do niej miarowym krokiem, skinąłem głową na powitanie i zatrzymałem się obok, jeszcze przez moment patrząc w stronę ulicy, zanim przeniosłem uwagę na nią, przez chwilę zastanawiając się, czy bardziej wypatrywała mnie, Sebastiana, czy czegoś, co mogło wyłonić się spomiędzy drzew. Nie musiała mi właściwie tłumaczyć powagi sytuacji i znaczenia tego, że kapłan Macmillan napisał do niej z obawami dotyczącymi przebiegu wieczornej części celebracji sabatu, sam fakt wystarczał, żebym potraktował sprawę poważnie, szczególnie że chodziło o noc, podczas której zwykła ostrożność potrafiła okazać się niedostatecznie dużym zabezpieczeniem.
Zresztą od chwili, kiedy moja kuzynka pokazała mi wspomnienie ze swojego spotkania z widmami, mniej lub bardziej regularnie wracałem myślami do Kniei, kromlechu, układu run na tamtejszych kamieniach i tego wszystkiego, co jeszcze mogło się kryć wewnątrz zamkniętego terenu, próbując zrozumieć, czy działanie konstrukcji utrzymującej tamte stwory na dystans wynikało z konkretnej kombinacji znaków, właściwości budulca, miejsca, czy może z czegoś, czego jeszcze nie potrafiłem nazwać ani wymyślić. Prototyp znaku ściśle odwzorowany w pomniejszonej wersji na talizmanach, nad którymi pracowaliśmy, mógł zweryfikować część teorii, naprowadzając nas na właściwy tok pojmowania całego problemu - to fakt - chociaż zdecydowanie wolałem, żeby jego pierwszym prawdziwym testem nie było dzisiejsze pospolite ruszenie, ponieważ czas, w którym Zasłona stawała się szczególnie cienka nie był dobrym momentem na lekceważenie tych kilku żelaznych zasad zdrowego rozsądku, jakich nawet ja nie potrafiłem zbyć lekką ręką, szczególnie kiedy kilka niezależnych informacji wskazywało w tę samą stronę. Preferowałem nie przekonywać się dzisiaj, czy zabezpieczenie działało pod rzeczywistym obciążeniem, jeżeli musiałbym sprawdzać je przy okazji ataku widm albo czegoś jeszcze gorszego, oznaczałoby to, że dzień poszedł zdecydowanie nie w tę stronę, którą planowałem, chociaż większość moich planów przecież i tak poszła się gonić. Cóż, tym razem niewątpliwie mogło być gorzej.
Spojrzałem w stronę linii lasu majaczącego ponad zabudowaniami - drzewa wyglądały spokojnie, lecz spokój nie oznaczał bezpieczeństwa, szczególnie w dzień taki jak ten, kiedy granice były słabsze i bardziej rozmyte, rytuały silniejsze, zaś okolica była pełna ludzi, którzy mogli spróbować wleźć tam z czystej ciekawości. Niepokoiła mnie przede wszystkim ta część historii, której nadal nie potrafiliśmy zamknąć w żadnym rozsądnym wyjaśnieniu - stworzenia pozostające w gęstwinie, ponieważ znajdowało się tam coś, czego pragnęły, brzmiały lepiej niż stworzenia mogące w każdej chwili zostać stamtąd wywabione lub uwolnione, by swobodnie przemieszczać się po okolicy - jeżeli rzeczywiście istniał bodziec utrzymujący je w jednym miejscu, należało jednak ustalić jego naturę, zanim ktoś spróbował wejść między drzewa z przekonaniem, że skoro miał przewagę liczebną pod postacią innych oszołomów, to nic szczególnie złego nie mogło się wydarzyć.
- Liczę, sze kowen postanowił pszygotowaś coś odpowiednio… Celemonialnego. - Odparłem, bo właściwie niewiele wiedziałem na temat tego, jak dotychczas wyglądały stragany rozstawiane przez nich w tym miejscu, ale doświadczenia z podobnymi instytucjami podpowiadały mi, iż mało która lubowała się w skromności i braku teatralnego przesytu. Nie czekałem jednak na odpowiedź, tylko ruszyłem obok niej, czujnie obserwując drogę prowadzącą w stronę straganów i wypatrując czegoś, co zdecydowanie nie przypominało oszczędnego w asortymencie, lecz jednocześnie poukładanego stoiska, które nagle wyrosło na horyzoncie.
- No. - Odchrząknąłem, darując sobie chwilowo dalszy komentarz, tylko przyspieszając kroku. Im szybciej mieliśmy porozmawiać z Sebastianem, tym szybciej mogliśmy dowiedzieć się, czego właściwie powinniśmy się obawiać - jeżeli kapłan miał przeczucia, wolałem ich wysłuchać już teraz, przed zachodem słońca, zanim przeczucia postanowiły zamienić się w raport z miejsca zdarzenia.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)