3 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 47 minut(y) temu przez Gareth Rowle.)
— Dobre pytanie. — przyznał rozbrojony — a same intencje się również zmieniają.
Jego myśli początkowo pochłonął poker oraz mało eleganckie ciągotki do nieswoich błyskotek, których obiecywał sobie już nikomu nie jumać, bo z upychaniem za godziwy szmal było trudniej niż z kradzieżą. A potem cierpki smak rozczarowania rozmył mu się po języku, bo zdał sobie sprawę, że to nie chodziło tu o żadne gierki — w tych wielkich planach zabezpieczeń najbardziej nie obawiał się twarzy obcych zbirów. Obawiał się tych najbliższych.
— Znam ludzi. Na pewno istnieją odpowiednie runy.
Oczywiście nie powiedział, że zna konkretnych ludzi, bo mu nikt konkretny do głowy nie przyszedł. Ale był to problem na potem, a potem mógłby mieć w ręku swój drogocenny dzienniczek z nazwiskami, oraz szklaneczkę ognistej, która odsieje to co teraz było potłuczone bądź nieskładne.
Wnętrze chaty buchnęło mu w nozdrza woskiem, ziołem i tłuszczem z knotów, wszystkim naraz, bez ładu i perfumeryjnej harmonii, jak w wylęgarni, gdzie każdy zapach przekrzykiwał poprzedni, walcząc o podium i anarchię. Skrzynie z rosłymi dyniami pod ścianami wyginały się na boki — tu spoczywały warzywa czekające na niechybną rondelkową, albo lampionową egzekucję. Ruszył między tym wszystkim bokiem, uważając na łapska, bo w domu siostry nieuważnie zawsze coś potrącał. Śmierci bibelotowej mu nie wybaczała zbyt chętnie… ale gdyby tylko chciała przyjąć pomoc, to Gary wiedział, że zwinny skrzat by tu dobrze posprzątał.
Z blatu mrugnęło na niego królicze udko.
— Lis. No jasne. Pierwszy raz słyszę, baaardzo oryginalne — mruknął, siadając okrakiem na stołku, opierając przedramiona o kolana. Oczyma przewrócił tak jak przystało, ale odwrócona Hela nie mogła tego zapewne ujrzeć. — Niechże będzie, o ile to faktycznie królik, które całe życie był królikiem…
Mięso plasnęło soczyście o drewno. A potem jej zapał wyparował w półtakcie ruchu, tak nagle, że Gareth to wnet zobaczył, chociaż wyglądał za okno wypatrując bojowe kury.
I wtedy przyszło pytanie.
Siedział z łokciami na kolanach, patrząc na nią tymi swoimi zielonoszarymi ślepiami, które, jak mu kiedyś powiedziano przy rodzinnym stole, zawsze wyglądały, jakby szukały zgubionej piątej klepki. Gary akurat wtedy zazwyczaj po prostu przeliczał stracone knuty i szacował ilu mu brakuje do stracenia jeszcze paru więcej, ale w takich momentach, może jednak coś w tym zagubieniu jednak było.
Przyszpiliła go ciężko ciosanym błękitem spojrzenia, wybudzonym spod przymrużonych powiek, i Gareth poczuł, jak coś mu się w środku osuwa zimową lawiną.
To nie była przenikliwość Helloise. To był ten sam ruch brwi, ten sam skos głowy, ta sama surowa, acz wyszyta papierowymi nićmi groźba, którą matka trzymała w zanadrzu na dzieciaki wracające do domu z rozbitą wargą i mało wiarygodną historyjką — nie podnosiła wtedy głosu, tylko lustrowała, aż chłopak w te pędy spowiadał się ze wszystkiego, włącznie z grzechami, których jeszcze nie zdążył popełnić. Dawno temu Hela była tą, która stała obok i chichotała, kiedy on się sypał, a teraz nie wiedział gdzie ta sama Hela mu się podziała.
Zmiękły mu tkanki pod mostkiem. Kark chciał zawrzeć od zimnego potu, choć nie wiedział czemu i po co.
Język rozplątał się szybciej, niż zdążył go przytrzymać.
— Co? Jak? U mnie? — Uniósł brwi. — To ja mam tu dzisiaj coś nie tak, tak? Ja?
Zamrugał szybko i deja-vu, jakkolwiek krótkie i złudne, rozpłynęło się przed jego oczami, ukazując znajome lico kobiety, która przyglądała mu się nieustępliwie. Spojrzał na jej dłonie, krótko, i zaraz z powrotem na twarz, żeby nie wyszło, że się gapi.
Obaj z Seisyllem już się dowiedzieli. Teraz, po tym co już powiedziane, powinien był stanąć przed nią z przetrawioną już emocją. Przeżutą, wyplutą. Ale on dla niej nie miał nic, nic poza rozżaleniem do niej, do siebie, do Lazarusa, nawet do Seisylla.
Do Leviathana.
Kurwa. Takie sprawy najłatwiej załatwiało się jednak pięścią, bo pięść nie zadawała zbędnych pytań, a po obiciu sobie gęby po kilka razy, każdy mógł sobie pójść w inną stronę, może nawet podać sobie rękę na zgodę. Ale nie tym razem, nie tutaj, bo nie o niego chodziło. Od kilkunastu lat był człowiekiem Lazarusa, człowiekiem-psem, który najpierw miał słuchać, robić, potem myśleć, a najlepiej to wcale. Merdania ogonkiem nauczył się sam, ale na więcej go nie było stać. Potrafił uporać się z problemami, do których ktoś już mu podał całe rozwiązanie. I niczego więcej od niego nie wymagał.
Spojrzenie przeniósł na szklistą gładziznę surowego mięsa. To było dobre mięso, z którego powstałby wyśmienity posiłek. Ale teraz za bardzo rzęziło mu za uszami, a pięść tu do niczego nie pasowała.
— Może złóżmy najpierw dary, nie chcę bardziej zagniewać bogów. Bo chyba trochę są na mnie pogniewani.
Powstał gwałtownie, buciorem zahaczając o siedzisko, które głośnym chrupotem runęło na ziemię.
Jego myśli początkowo pochłonął poker oraz mało eleganckie ciągotki do nieswoich błyskotek, których obiecywał sobie już nikomu nie jumać, bo z upychaniem za godziwy szmal było trudniej niż z kradzieżą. A potem cierpki smak rozczarowania rozmył mu się po języku, bo zdał sobie sprawę, że to nie chodziło tu o żadne gierki — w tych wielkich planach zabezpieczeń najbardziej nie obawiał się twarzy obcych zbirów. Obawiał się tych najbliższych.
— Znam ludzi. Na pewno istnieją odpowiednie runy.
Oczywiście nie powiedział, że zna konkretnych ludzi, bo mu nikt konkretny do głowy nie przyszedł. Ale był to problem na potem, a potem mógłby mieć w ręku swój drogocenny dzienniczek z nazwiskami, oraz szklaneczkę ognistej, która odsieje to co teraz było potłuczone bądź nieskładne.
Wnętrze chaty buchnęło mu w nozdrza woskiem, ziołem i tłuszczem z knotów, wszystkim naraz, bez ładu i perfumeryjnej harmonii, jak w wylęgarni, gdzie każdy zapach przekrzykiwał poprzedni, walcząc o podium i anarchię. Skrzynie z rosłymi dyniami pod ścianami wyginały się na boki — tu spoczywały warzywa czekające na niechybną rondelkową, albo lampionową egzekucję. Ruszył między tym wszystkim bokiem, uważając na łapska, bo w domu siostry nieuważnie zawsze coś potrącał. Śmierci bibelotowej mu nie wybaczała zbyt chętnie… ale gdyby tylko chciała przyjąć pomoc, to Gary wiedział, że zwinny skrzat by tu dobrze posprzątał.
Z blatu mrugnęło na niego królicze udko.
— Lis. No jasne. Pierwszy raz słyszę, baaardzo oryginalne — mruknął, siadając okrakiem na stołku, opierając przedramiona o kolana. Oczyma przewrócił tak jak przystało, ale odwrócona Hela nie mogła tego zapewne ujrzeć. — Niechże będzie, o ile to faktycznie królik, które całe życie był królikiem…
Mięso plasnęło soczyście o drewno. A potem jej zapał wyparował w półtakcie ruchu, tak nagle, że Gareth to wnet zobaczył, chociaż wyglądał za okno wypatrując bojowe kury.
I wtedy przyszło pytanie.
Siedział z łokciami na kolanach, patrząc na nią tymi swoimi zielonoszarymi ślepiami, które, jak mu kiedyś powiedziano przy rodzinnym stole, zawsze wyglądały, jakby szukały zgubionej piątej klepki. Gary akurat wtedy zazwyczaj po prostu przeliczał stracone knuty i szacował ilu mu brakuje do stracenia jeszcze paru więcej, ale w takich momentach, może jednak coś w tym zagubieniu jednak było.
Przyszpiliła go ciężko ciosanym błękitem spojrzenia, wybudzonym spod przymrużonych powiek, i Gareth poczuł, jak coś mu się w środku osuwa zimową lawiną.
To nie była przenikliwość Helloise. To był ten sam ruch brwi, ten sam skos głowy, ta sama surowa, acz wyszyta papierowymi nićmi groźba, którą matka trzymała w zanadrzu na dzieciaki wracające do domu z rozbitą wargą i mało wiarygodną historyjką — nie podnosiła wtedy głosu, tylko lustrowała, aż chłopak w te pędy spowiadał się ze wszystkiego, włącznie z grzechami, których jeszcze nie zdążył popełnić. Dawno temu Hela była tą, która stała obok i chichotała, kiedy on się sypał, a teraz nie wiedział gdzie ta sama Hela mu się podziała.
Zmiękły mu tkanki pod mostkiem. Kark chciał zawrzeć od zimnego potu, choć nie wiedział czemu i po co.
Język rozplątał się szybciej, niż zdążył go przytrzymać.
— Co? Jak? U mnie? — Uniósł brwi. — To ja mam tu dzisiaj coś nie tak, tak? Ja?
Zamrugał szybko i deja-vu, jakkolwiek krótkie i złudne, rozpłynęło się przed jego oczami, ukazując znajome lico kobiety, która przyglądała mu się nieustępliwie. Spojrzał na jej dłonie, krótko, i zaraz z powrotem na twarz, żeby nie wyszło, że się gapi.
Obaj z Seisyllem już się dowiedzieli. Teraz, po tym co już powiedziane, powinien był stanąć przed nią z przetrawioną już emocją. Przeżutą, wyplutą. Ale on dla niej nie miał nic, nic poza rozżaleniem do niej, do siebie, do Lazarusa, nawet do Seisylla.
Do Leviathana.
Kurwa. Takie sprawy najłatwiej załatwiało się jednak pięścią, bo pięść nie zadawała zbędnych pytań, a po obiciu sobie gęby po kilka razy, każdy mógł sobie pójść w inną stronę, może nawet podać sobie rękę na zgodę. Ale nie tym razem, nie tutaj, bo nie o niego chodziło. Od kilkunastu lat był człowiekiem Lazarusa, człowiekiem-psem, który najpierw miał słuchać, robić, potem myśleć, a najlepiej to wcale. Merdania ogonkiem nauczył się sam, ale na więcej go nie było stać. Potrafił uporać się z problemami, do których ktoś już mu podał całe rozwiązanie. I niczego więcej od niego nie wymagał.
Spojrzenie przeniósł na szklistą gładziznę surowego mięsa. To było dobre mięso, z którego powstałby wyśmienity posiłek. Ale teraz za bardzo rzęziło mu za uszami, a pięść tu do niczego nie pasowała.
— Może złóżmy najpierw dary, nie chcę bardziej zagniewać bogów. Bo chyba trochę są na mnie pogniewani.
Powstał gwałtownie, buciorem zahaczając o siedzisko, które głośnym chrupotem runęło na ziemię.