• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen...

[24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen...
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#5
3 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 47 minut(y) temu przez Gareth Rowle.)  
— Dobre pytanie. — przyznał rozbrojony — a same intencje się również zmieniają.
Jego myśli początkowo pochłonął poker oraz mało eleganckie ciągotki do nieswoich błyskotek, których obiecywał sobie już nikomu nie jumać, bo z upychaniem za godziwy szmal było trudniej niż z kradzieżą. A potem cierpki smak rozczarowania rozmył mu się po języku, bo zdał sobie sprawę, że to nie chodziło tu o żadne gierki — w tych wielkich planach zabezpieczeń najbardziej nie obawiał się twarzy obcych zbirów. Obawiał się tych najbliższych.
— Znam ludzi. Na pewno istnieją odpowiednie runy.
Oczywiście nie powiedział, że zna konkretnych ludzi, bo mu nikt konkretny do głowy nie przyszedł. Ale był to problem na potem, a potem mógłby mieć w ręku swój drogocenny dzienniczek z nazwiskami, oraz szklaneczkę ognistej, która odsieje to co teraz było potłuczone bądź nieskładne.

Wnętrze chaty buchnęło mu w nozdrza woskiem, ziołem i tłuszczem z knotów, wszystkim naraz, bez ładu i perfumeryjnej harmonii, jak w wylęgarni, gdzie każdy zapach przekrzykiwał poprzedni, walcząc o podium i anarchię. Skrzynie z rosłymi dyniami pod ścianami wyginały się na boki — tu spoczywały warzywa czekające na niechybną rondelkową, albo lampionową egzekucję. Ruszył między tym wszystkim bokiem, uważając na łapska, bo w domu siostry nieuważnie zawsze coś potrącał. Śmierci bibelotowej mu nie wybaczała zbyt chętnie… ale gdyby tylko chciała przyjąć pomoc, to Gary wiedział, że zwinny skrzat by tu dobrze posprzątał.

Z blatu mrugnęło na niego królicze udko.
— Lis. No jasne. Pierwszy raz słyszę, baaardzo oryginalne — mruknął, siadając okrakiem na stołku, opierając przedramiona o kolana. Oczyma przewrócił tak jak przystało, ale odwrócona Hela nie mogła tego zapewne ujrzeć. — Niechże będzie, o ile to faktycznie królik, które całe życie był królikiem…
Mięso plasnęło soczyście o drewno. A potem jej zapał wyparował w półtakcie ruchu, tak nagle, że Gareth to wnet zobaczył, chociaż wyglądał za okno wypatrując bojowe kury.
I wtedy przyszło pytanie.
Siedział z łokciami na kolanach, patrząc na nią tymi swoimi zielonoszarymi ślepiami, które, jak mu kiedyś powiedziano przy rodzinnym stole, zawsze wyglądały, jakby szukały zgubionej piątej klepki. Gary akurat wtedy zazwyczaj po prostu przeliczał stracone knuty i szacował ilu mu brakuje do stracenia jeszcze paru więcej, ale w takich momentach, może jednak coś w tym zagubieniu jednak było.
Przyszpiliła go ciężko ciosanym błękitem spojrzenia, wybudzonym spod przymrużonych powiek, i Gareth poczuł, jak coś mu się w środku osuwa zimową lawiną.
To nie była przenikliwość Helloise. To był ten sam ruch brwi, ten sam skos głowy, ta sama surowa, acz wyszyta papierowymi nićmi groźba, którą matka trzymała w zanadrzu na dzieciaki wracające do domu z rozbitą wargą i mało wiarygodną historyjką — nie podnosiła wtedy głosu, tylko lustrowała, aż chłopak w te pędy spowiadał się ze wszystkiego, włącznie z grzechami, których jeszcze nie zdążył popełnić. Dawno temu Hela była tą, która stała obok i chichotała, kiedy on się sypał, a teraz nie wiedział gdzie ta sama Hela mu się podziała.

Zmiękły mu tkanki pod mostkiem. Kark chciał zawrzeć od zimnego potu, choć nie wiedział czemu i po co.
Język rozplątał się szybciej, niż zdążył go przytrzymać.
— Co? Jak? U mnie? — Uniósł brwi. — To ja mam tu dzisiaj coś nie tak, tak? Ja?
Zamrugał szybko i deja-vu, jakkolwiek krótkie i złudne, rozpłynęło się przed jego oczami, ukazując znajome lico kobiety, która przyglądała mu się nieustępliwie. Spojrzał na jej dłonie, krótko, i zaraz z powrotem na twarz, żeby nie wyszło, że się gapi.
Obaj z Seisyllem już się dowiedzieli. Teraz, po tym co już powiedziane, powinien był stanąć przed nią z przetrawioną już emocją. Przeżutą, wyplutą. Ale on dla niej nie miał nic, nic poza rozżaleniem do niej, do siebie, do Lazarusa, nawet do Seisylla.
Do Leviathana.

Kurwa. Takie sprawy najłatwiej załatwiało się jednak pięścią, bo pięść nie zadawała zbędnych pytań, a po obiciu sobie gęby po kilka razy, każdy mógł sobie pójść w inną stronę, może nawet podać sobie rękę na zgodę. Ale nie tym razem, nie tutaj, bo nie o niego chodziło. Od kilkunastu lat był człowiekiem Lazarusa, człowiekiem-psem, który najpierw miał słuchać, robić, potem myśleć, a najlepiej to wcale. Merdania ogonkiem nauczył się sam, ale na więcej go nie było stać. Potrafił uporać się z problemami, do których ktoś już mu podał całe rozwiązanie. I niczego więcej od niego nie wymagał.
Spojrzenie przeniósł na szklistą gładziznę surowego mięsa. To było dobre mięso, z którego powstałby wyśmienity posiłek. Ale teraz za bardzo rzęziło mu za uszami, a pięść tu do niczego nie pasowała.
— Może złóżmy najpierw dary, nie chcę bardziej zagniewać bogów. Bo chyba trochę są na mnie pogniewani.
Powstał gwałtownie, buciorem zahaczając o siedzisko, które głośnym chrupotem runęło na ziemię.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gareth Rowle (2285), Helloise Rowle (1491)




Wiadomości w tym wątku
[24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Gareth Rowle - 14.08.2026, 16:34
RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Helloise Rowle - 18.08.2026, 21:27
RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Gareth Rowle - 25.08.2026, 23:36
RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Helloise Rowle - 12.09.2026, 22:02
RE: [24.10.72] Puk, puk, czy ktoś mnie słyszy? Ściana jak mur, drzwi jak zły sen... - przez Gareth Rowle - 3 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa