06.10.2026, 22:14 ✶
W normalnych warunkach Mabon powinno być świętem, przy którym nawet ponurak miałby przynajmniej jeden powód, żeby się uśmiechnąć, lecz nie dzisiaj, nie w tych czasach. Stragany ustawiono ciasno między latarniami, na których ktoś zawiesił wstążki w kolorze bursztynu oraz kasztanowego brązu, więc z daleka wszystko mogło nawet sprawiać wrażenie przygotowanego z myślą o zwyczajnym jesiennym kiermaszu, dopiero gdy podchodziło się bliżej, szczegóły zaczynały psuć ten obraz. Bruk został wyszorowany niemal do przesady, lecz w głębszych szczelinach nadal tkwiły czarne drobiny sadzy, nie było też tutaj tłumów, to drugie rzucało się w oczy już niemal natychmiast, zwłaszcza komuś, kto pamiętał Pokątną z czasów, kiedy przy podobnych okazjach można było utknąć między jednym straganem a drugim tylko dlatego, że połowa Londynu postanowiła kupić jednocześnie suszone jabłka, kubek grzanego cydru, świecę ochronną albo kolejny kompletnie niepotrzebny amulet. Teraz przejście pozostawało niemal swobodne, chociaż ludzie mijali się w nim z tym szczególnym rodzajem ostrożności, który pojawiał się po przeżyciu czegoś, czego nie powinno się było przeżyć. Nie dało się nie dostrzec, iż przyszli tutaj nie z chęci wystrojenia się pod pozorem świętowania, typowej dla tego okresu rewii mody i potrzeby obkupienia się w sezonowe pierdoły, lecz po rzeczy, które miały pomóc im wytrzymać nadchodzącą przygnębiającą jesień - ciepłe ubrania, jedzenie, świece, lekarstwa, czasem jakiś mniej skomplikowany element biżuteryjny albo niewielką przekąskę - coś użytecznego albo coś, co przez kilka chwil pozwalało udawać, że życie nadal składało się z drobnych przyjemności, lecz jednocześnie nie nadwyrężało szczególnie domowego budżetu.
Zatrzymałem wzrok na kolczykach w kształcie jesiennych liści zawieszonych na standzie przy jednym ze straganów, obok wisiały ceramiczne żołędzie, niewielkie posrebrzane pierścienie oraz kilka prostych zawieszek z runami. Sprzedawczyni siedziała pod grubym kocem i miała przed sobą kartkę informującą, że część dochodu zostanie przeznaczona na odbudowę warsztatu jednej z rodzin poszkodowanych podczas Spalonej Nocy, kilka stoisk dalej podobne ogłoszenie dotyczyło domu, jeszcze następne wspominało o pomocy dla dzieci - w pewnym momencie przestałem je czytać, bo zaczęły wyglądać zbyt podobnie - „dom”. „Warsztat”. „Rodzina”. „Pomoc”. „Odbudowa”. Słowa, które miały oznaczać przyszłość, lecz tego późnego wieczoru brzmiały raczej jak rachunek strat.
Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie policzka i spojrzałem dalej, w stronę końca placu, gdzie dwóch aurorów stało przy latarni, najpewniej udając, że rozmawiali o czymś zupełnie nieistotnym - jeden trzymał kubek czegoś ciepłego i parującego, drugi ściskał w dłoniach papierową torebkę z jakimś wypiekiem, lecz zamiast jeść i pić, obaj co chwilę przesuwali spojrzeniem po tłumie, nie byli w tym sami, brygadziści krążyli między straganami w równie „dyskretny” sposób, niektórzy pewnie rzeczywiście próbowali odpocząć po długim dniu i ze względów czasowych nie wrócili do domu, by zmienić ubrania, inni najwyraźniej nadal byli na służbie, nawet jeśli ich różdżki pozostawały schowane pod płaszczami - znałem ten sposób patrzenia - człowiek postawiony w stan czuwania mógł wypić kawę, zjeść ciastko oraz prowadzić zwyczajną rozmowę, lecz jego oczy nadal liczyły wyjścia, odległości, ludzi oraz wszystko, co mogło w ciągu kilku sekund przestać być zwyczajne.
Spojrzałem kątem oka na Prue, ale nie otworzyłem ust - nie musiałem pytać, czy również to wszystko zauważyła - wiedziałem, że naturalnie dostrzegała naprawdę wiele szczegółów, ponieważ potrafiła zarejestrować rzeczy, na które inni zwykle nawet nie zwracali uwagi, przy czym następnie przechowywała je w głowie przez kolejne dni, tygodnie, miesiące czy wreszcie lata, okazjonalnie rozkładając na części każdą przypomnianą sobie rozmowę, spojrzenie oraz informację. Zamiast więc mówić coś wyjątkowo odkrywczego o sytuacji politycznej kraju, wyciągnąłem rękę i poprawiłem kołnierz płaszcza, który wiatr odchylił jej od szyi - był to gest prosty, niemal automatyczny, z pozoru zupełnie odruchowy, lecz w tej chwili wydawał mi się ważniejszy od wszystkich wielkich słów, którymi mógłbym opisać kulminację naszego spaceru. Mieliśmy jeszcze w planach zrobić drobne zakupy, pokręcić się odrobinę po Pokątnej i wrócić do domu, potem mogliśmy uznać Mabon za zakończone, nawet jeśli w rzeczywistości odkupiliśmy je większym kosztem niż ten materialny, wydany na pierdoły.
Zatrzymałem wzrok na kolczykach w kształcie jesiennych liści zawieszonych na standzie przy jednym ze straganów, obok wisiały ceramiczne żołędzie, niewielkie posrebrzane pierścienie oraz kilka prostych zawieszek z runami. Sprzedawczyni siedziała pod grubym kocem i miała przed sobą kartkę informującą, że część dochodu zostanie przeznaczona na odbudowę warsztatu jednej z rodzin poszkodowanych podczas Spalonej Nocy, kilka stoisk dalej podobne ogłoszenie dotyczyło domu, jeszcze następne wspominało o pomocy dla dzieci - w pewnym momencie przestałem je czytać, bo zaczęły wyglądać zbyt podobnie - „dom”. „Warsztat”. „Rodzina”. „Pomoc”. „Odbudowa”. Słowa, które miały oznaczać przyszłość, lecz tego późnego wieczoru brzmiały raczej jak rachunek strat.
Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie policzka i spojrzałem dalej, w stronę końca placu, gdzie dwóch aurorów stało przy latarni, najpewniej udając, że rozmawiali o czymś zupełnie nieistotnym - jeden trzymał kubek czegoś ciepłego i parującego, drugi ściskał w dłoniach papierową torebkę z jakimś wypiekiem, lecz zamiast jeść i pić, obaj co chwilę przesuwali spojrzeniem po tłumie, nie byli w tym sami, brygadziści krążyli między straganami w równie „dyskretny” sposób, niektórzy pewnie rzeczywiście próbowali odpocząć po długim dniu i ze względów czasowych nie wrócili do domu, by zmienić ubrania, inni najwyraźniej nadal byli na służbie, nawet jeśli ich różdżki pozostawały schowane pod płaszczami - znałem ten sposób patrzenia - człowiek postawiony w stan czuwania mógł wypić kawę, zjeść ciastko oraz prowadzić zwyczajną rozmowę, lecz jego oczy nadal liczyły wyjścia, odległości, ludzi oraz wszystko, co mogło w ciągu kilku sekund przestać być zwyczajne.
Spojrzałem kątem oka na Prue, ale nie otworzyłem ust - nie musiałem pytać, czy również to wszystko zauważyła - wiedziałem, że naturalnie dostrzegała naprawdę wiele szczegółów, ponieważ potrafiła zarejestrować rzeczy, na które inni zwykle nawet nie zwracali uwagi, przy czym następnie przechowywała je w głowie przez kolejne dni, tygodnie, miesiące czy wreszcie lata, okazjonalnie rozkładając na części każdą przypomnianą sobie rozmowę, spojrzenie oraz informację. Zamiast więc mówić coś wyjątkowo odkrywczego o sytuacji politycznej kraju, wyciągnąłem rękę i poprawiłem kołnierz płaszcza, który wiatr odchylił jej od szyi - był to gest prosty, niemal automatyczny, z pozoru zupełnie odruchowy, lecz w tej chwili wydawał mi się ważniejszy od wszystkich wielkich słów, którymi mógłbym opisać kulminację naszego spaceru. Mieliśmy jeszcze w planach zrobić drobne zakupy, pokręcić się odrobinę po Pokątnej i wrócić do domu, potem mogliśmy uznać Mabon za zakończone, nawet jeśli w rzeczywistości odkupiliśmy je większym kosztem niż ten materialny, wydany na pierdoły.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)