06.10.2026, 21:50 ✶
Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy los nie miał przypadkiem poczucia humoru paskudnie podobnego do mojego własnego, bo trudno było mi uwierzyć, że spośród wszystkich możliwych osób, które mogły znaleźć się na tym weselu, musiała trafić mi się właśnie Prudence Bletchley - nie wystarczało najwyraźniej, że widywałem ją niemal codziennie w szkole, że potrafiliśmy pokłócić się o rzeczy tak absurdalne, że po wszystkim sam nie wiedziałem, od czego właściwie zaczęła się sprzeczka, ani że wakacje były jedynym okresem, kiedy można było liczyć na odrobinę rozsądnego dystansu - nie, najwyraźniej ktoś na górze uznał, że powinienem był dostać ją jeszcze w pakiecie z cudzym weselem, darmowym alkoholem i z grupą podpitych czarodziejów, którzy byli gotowi uwierzyć we wszystko, co tylko powiedziałem wystarczająco pewnym tonem. Trudno było uznać to jednak za karę, im dłużej bowiem przyglądałem się tej sytuacji, tym bardziej wyglądało to dla mnie raczej jak bardzo osobliwy prezent, który po prostu musiałem przyjąć, tym bardziej, iż miałem świadomość, że moja partnerka właśnie również pokrętnie zadeklarowała zaangażowanie się w tę grę - mogła próbować udawać, że robiła to tylko po to, żeby nie skompromitować nas przed obcymi, ale znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że kiedy już przyjmowała wyzwanie, nie potrafiła odpuścić - to było zresztą jedną z rzeczy, które najbardziej mnie w niej irytowały, a jednocześnie jedną z tych cech, które najbardziej lubiłem, chociaż oczywiście nie zamierzałem tego mówić na głos.
„Musiałam się nauczyć przy tobie cierpliwości, ale warto było” zabrzmiało tak słodko, że aż prawie sam uwierzyłem, iż ta wersja Audacii rzeczywiście była skłonna mnie tolerować, prawie, znałem ją jednak na tyle dobrze, żeby usłyszeć jad starannie przesączający się pod uprzejmym tonem, subtelnie otulający jej sztucznie wykrzywione wargi, dlatego uśmiechnąłem się szerzej i pokręciłem głową. Dotychczas uważałem, że większość naszych sprzeczek wygrywałem przez samą przewagę w gadaniu, ale sugestia, że po prostu pozwalała mi mówić, dopóki nie znudziło jej się słuchanie, zabrzmiała całkiem urzekająco. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że skoro już nazwała mnie zakochanym, powinienem wykorzystać to przeciwko niej. „Tylko jak?”
Nie wiedziałem, czy alkohol rzeczywiście jej pomógł, czy po prostu potrzebowała czegoś, na czym mogła skupić uwagę, ale kiedy dostała kieliszek i wypiła go do końca, spojrzałem na nią z pewnym niedowierzaniem, tym razem nie zaśmiałem się jednak z jej miny, chociaż ledwo się powstrzymałem.
- Oczywiście. - Odpowiedź przyszła natychmiast, była najzupełniej oczywista. - Nie po to wprosiliśmy się na cudze wesele, żeby wyjść po pierwszym kieliszku. - Rozejrzałem się po sali, oceniając ilość jedzenia na stołach. - Poza tym spójrz na te wszystkie rzeczy. Mają ciasta, mięsa, pieczone ziemniaki, chyba nawet pudding. Nie zamierzam obrażać gospodarzy, wychodząc przed deserem. - Nachyliłem się do niej jeszcze niżej i dodałem konspiracyjnym tonem. - Po oczepinach mogę rozważyć ewakuację. Wcześniej nie. - Nie było sensu udawać, że jej groźby robiły na mnie większe wrażenie, niż rzeczywiście robiły, w pewnym sensie właśnie ta obietnica zemsty sprawiała, że cała sytuacja była jeszcze zabawniejsza. Musiałem przyznać, że mimo wszystko, pomimo tej chwili zawahania, zaczynała sobie radzić z tą sytuacją zdecydowanie lepiej, niż zakładałem. Jeszcze kilka minut wcześniej wyglądała, jakby samo moje pojawienie się na jej drodze miało wystarczająco skutecznie zepsuć jej cały dzień, tymczasem teraz nie tylko postanowiła uczestniczyć w całej farsie, lecz najwyraźniej uznała, że mogła ją również wykorzystać przeciwko mnie, to było niebezpieczne odkrycie, ponieważ do tej pory uważałem, że przewaga należała w głównej mierze wyłącznie do mnie, bo miałem łatwość gadania, ona niestety miała natomiast tę irytującą zdolność do wypowiadania jednego zdania, po którym rozmówca przez kilka sekund zastanawiał się, czy właśnie został obrażony, czy może jednak powinien być pod wrażeniem.
- Poza tym, skarbie, znam cię. Jeżeli rzeczywiście zamierzasz się zemścić, to i tak nic, co powiem teraz, nie ma już znaczenia. Więc równie dobrze możemy zatańczyć, najeść się, wypić za zdrowie ludzi, których nie znamy, i poczekać na moment, w którym postanowisz udowodnić mi, że ostrzeganie mnie przed konsekwencjami było czymś więcej niż pustą groźbą. - Uśmiechnąłem się pod nosem, przy niej nigdy nie można było mieć pewności, co było gorsze.
„Musiałam się nauczyć przy tobie cierpliwości, ale warto było” zabrzmiało tak słodko, że aż prawie sam uwierzyłem, iż ta wersja Audacii rzeczywiście była skłonna mnie tolerować, prawie, znałem ją jednak na tyle dobrze, żeby usłyszeć jad starannie przesączający się pod uprzejmym tonem, subtelnie otulający jej sztucznie wykrzywione wargi, dlatego uśmiechnąłem się szerzej i pokręciłem głową. Dotychczas uważałem, że większość naszych sprzeczek wygrywałem przez samą przewagę w gadaniu, ale sugestia, że po prostu pozwalała mi mówić, dopóki nie znudziło jej się słuchanie, zabrzmiała całkiem urzekająco. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że skoro już nazwała mnie zakochanym, powinienem wykorzystać to przeciwko niej. „Tylko jak?”
Nie wiedziałem, czy alkohol rzeczywiście jej pomógł, czy po prostu potrzebowała czegoś, na czym mogła skupić uwagę, ale kiedy dostała kieliszek i wypiła go do końca, spojrzałem na nią z pewnym niedowierzaniem, tym razem nie zaśmiałem się jednak z jej miny, chociaż ledwo się powstrzymałem.
- Oczywiście. - Odpowiedź przyszła natychmiast, była najzupełniej oczywista. - Nie po to wprosiliśmy się na cudze wesele, żeby wyjść po pierwszym kieliszku. - Rozejrzałem się po sali, oceniając ilość jedzenia na stołach. - Poza tym spójrz na te wszystkie rzeczy. Mają ciasta, mięsa, pieczone ziemniaki, chyba nawet pudding. Nie zamierzam obrażać gospodarzy, wychodząc przed deserem. - Nachyliłem się do niej jeszcze niżej i dodałem konspiracyjnym tonem. - Po oczepinach mogę rozważyć ewakuację. Wcześniej nie. - Nie było sensu udawać, że jej groźby robiły na mnie większe wrażenie, niż rzeczywiście robiły, w pewnym sensie właśnie ta obietnica zemsty sprawiała, że cała sytuacja była jeszcze zabawniejsza. Musiałem przyznać, że mimo wszystko, pomimo tej chwili zawahania, zaczynała sobie radzić z tą sytuacją zdecydowanie lepiej, niż zakładałem. Jeszcze kilka minut wcześniej wyglądała, jakby samo moje pojawienie się na jej drodze miało wystarczająco skutecznie zepsuć jej cały dzień, tymczasem teraz nie tylko postanowiła uczestniczyć w całej farsie, lecz najwyraźniej uznała, że mogła ją również wykorzystać przeciwko mnie, to było niebezpieczne odkrycie, ponieważ do tej pory uważałem, że przewaga należała w głównej mierze wyłącznie do mnie, bo miałem łatwość gadania, ona niestety miała natomiast tę irytującą zdolność do wypowiadania jednego zdania, po którym rozmówca przez kilka sekund zastanawiał się, czy właśnie został obrażony, czy może jednak powinien być pod wrażeniem.
- Poza tym, skarbie, znam cię. Jeżeli rzeczywiście zamierzasz się zemścić, to i tak nic, co powiem teraz, nie ma już znaczenia. Więc równie dobrze możemy zatańczyć, najeść się, wypić za zdrowie ludzi, których nie znamy, i poczekać na moment, w którym postanowisz udowodnić mi, że ostrzeganie mnie przed konsekwencjami było czymś więcej niż pustą groźbą. - Uśmiechnąłem się pod nosem, przy niej nigdy nie można było mieć pewności, co było gorsze.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)