06.10.2026, 22:10 ✶
– Niewiedza jest w tym momencie bardzo niekorzystna – rzuciła, wciąż nie puszczając ręki czarownicy. Ktoś chodził za nią cały dzień! Czy to była w takim razie głębsza sprawa, niż tylko bardzo dziwny wspólny sen? Być może. Niestety, jak na złość wobec swoich poprzednich słów, sama bardzo wiele rzeczy po prostu nie wiedziała i jak na razie wiedzieć nie mogła. Nie znała się szczególnie na snach. Szczęśliwie jeśli była w czymś dobra to w detektywistycznej robocie, a śledzenie się do tego zaliczało. W końcu nie dość, że był to problem pewnej grupy jej klientów, to jeszcze nie raz sama była zmuszona kogoś obserwować. Chociażby wtedy, gdy się poznały. – Pamiętasz kto to był? Widziałaś chociaż sylwetkę? Ktoś ci może ostatnio źle życzył? Jeśli to się powtórzy, od razu mnie o tym poinformuj. Razem z Gabrielem się tym zajmiemy.
Biegły dalej, Lucy pociągnęła ją gwałtownie w lewo, potem w prawo, a potem wepchnęła ją na niewielką polankę, która była otoczona na tyle gęstymi drzewami, że napastnik nie powinien ich od razu znaleźć. Czy ten las miał jakiekolwiek wyjście? Byłoby miło, ale już prawdziwe leśne gęstwiny sprzyjały gubieniu się, a co dopiero te senne.
– Nie jestem szczególnie dobra w budzeniu się ze snów – mruknęła i wreszcie puściła Helloise. Rozejrzała się po okolicy, a gdy wreszcie dotarło do niej, że zagrożenie nie pojawi się od razu, jej twarz nieco złagodniała. – Zapewne… Zapewne mogłabym spróbować cię zabić. Oczywiście szybko i bezboleśnie nie przejmuj się. Chyba że posiadasz jakąś wiedzę, która twierdziłaby, że naraziłabym cię wtedy na jakąś krzywdę – mówiła tonem podobnym do tego, w którym troskliwa przyjaciółka pytała się chorej osoby jakiej herbaty woli się napić podczas przeziębienia. Westchnęła ciężko. Zabijanie byłoby jednak nieco ryzykowane. Potrzebowały czegoś innego. Szoku. Musiała niespodziewanie powiedzieć coś co doprowadzi Helloise do takiego stanu, że aż się obudzi. – Nigdy nie chciałam ci tego mówić, ale twoja matka miała romans, który kiedyś sama badałam – powiedziała, patrząc się prosto w oczy czarownicy, ale zdecydowanie nie zabrzmiało to przekonująco.
Biegły dalej, Lucy pociągnęła ją gwałtownie w lewo, potem w prawo, a potem wepchnęła ją na niewielką polankę, która była otoczona na tyle gęstymi drzewami, że napastnik nie powinien ich od razu znaleźć. Czy ten las miał jakiekolwiek wyjście? Byłoby miło, ale już prawdziwe leśne gęstwiny sprzyjały gubieniu się, a co dopiero te senne.
– Nie jestem szczególnie dobra w budzeniu się ze snów – mruknęła i wreszcie puściła Helloise. Rozejrzała się po okolicy, a gdy wreszcie dotarło do niej, że zagrożenie nie pojawi się od razu, jej twarz nieco złagodniała. – Zapewne… Zapewne mogłabym spróbować cię zabić. Oczywiście szybko i bezboleśnie nie przejmuj się. Chyba że posiadasz jakąś wiedzę, która twierdziłaby, że naraziłabym cię wtedy na jakąś krzywdę – mówiła tonem podobnym do tego, w którym troskliwa przyjaciółka pytała się chorej osoby jakiej herbaty woli się napić podczas przeziębienia. Westchnęła ciężko. Zabijanie byłoby jednak nieco ryzykowane. Potrzebowały czegoś innego. Szoku. Musiała niespodziewanie powiedzieć coś co doprowadzi Helloise do takiego stanu, że aż się obudzi. – Nigdy nie chciałam ci tego mówić, ale twoja matka miała romans, który kiedyś sama badałam – powiedziała, patrząc się prosto w oczy czarownicy, ale zdecydowanie nie zabrzmiało to przekonująco.