Może nie było to oczywiste, kiedy spoglądało się na Victorię, na jej chłodną powierzchowność, w której rzadko kiedy odbijały się jakieś uczucia, ale była kobietą pasji i czynu, która nie lubiła siedzieć w miejscu. Która lubiła, kiedy coś się dzieje, kiedy dzień miała zapełniony od rana do nocy, kiedy widziała, że jej praca do czegoś się przyczynia. Jej często zblazowana, może zdystansowania mina nijak miała się do tego, co działo się w środku. To był ten przykład osoby, która na pierwszy rzut oka wydaje się być zupełnie inna, niż odkrywało się po bliższym poznaniu. Tak jak teraz – wydawała się zmęczona, znudzona, jakby bardzo chciała już po prostu wrócić do domu. Ale prawdę powiedziawszy… czuła, że jest tutaj praca do wykonania i o żadnym wygodnym fotelu wcale teraz nie myślała.
Szczerze myślała, że sprawę z tym czarodziejem mają już skończoną; zakuty w kajdanki, odprowadzany na bok… I wtedy z tłumu wbiegł na niego, nie zważając w ogóle na dwójkę brygadzistów, postawny, naprawdę wysoki mężczyzna. Całe szczęście, że Victoria miała już ręce wolne, bo nie wahała się, kiedy sięgnęła po swoją ciemną różdżkę, teraz wycelowaną prosto w Cathala.
- Ręce przy sobie, albo inaczej porozmawiamy – krzyknęła ostrzegawczo. W tym samym czasie jej kolega pchnął Cathala, by rozdzielić jego i tego drugiego, odsuwając faceta w kajdankach na bok.
- Odpierdol się, zjebie! – krzyknął w tym czasie atakowany, który został pozbawiony różdżki i ewidentnie nie miał się jak bronić przed nagłym atakiem.
- Spokój! – krzyknęła Victoria i wtedy dotarło do niej znaczenie słów, jakie wykrzyczał mężczyzna, kiedy rzucił się na swojego… rywala. Przeciwnika. - Jaki dzieciak? Proszę się uspokoić i wyjaśnić o co chodzi – dodała, nie opuszczając wycelowanej w blondyna różdżki, taksując go chłodnym spojrzeniem. A przynajmniej mogło się wydawać chłodne – a było po prostu neutralne. - Bez rękoczynów – przypomniała.