10 godzin(y) temu ✶
Sprzedawczyni rzeczywiście dawała nam sporo czasu, co od razu wziąłem za dobrą monetę, ponieważ ostatnim, czego potrzebowałem, był ktoś stojący nade - czy tam pode - mną i próbujący przekonać mnie, że dana peleryna została dla mnie stworzona, podczas gdy ja nie byłem w stanie dopiąć się na brzuchu. Kobieta obserwowała nas z pewnej odległości, najwyraźniej rozumiejąc, że jeśli będziemy czegoś potrzebowali, sami się odezwiemy, doceniałem takie podejście, zwłaszcza że przy większości stoisk wystarczało dotknąć jakiegoś przedmiotu, żeby natychmiast pojawiał się sprzedawca gotowy opowiedzieć o jego siedemnastu zaletach, trzech pokoleniach rzemieślników oraz niezwykłej historii rodzinnej właściciela warsztatu, tutaj panował spokój.
Faktycznie trudno było mi zaprzeczyć, że miałem w takich miejscach pewną przewagę, bo jeśli coś wisiało wyżej albo znajdowało się za głowami innych osób, zwykle mogłem to dostrzec bez większego wysiłku, była to jedna z niewielu sytuacji, w których mój wzrost nie oznaczał konieczności zastanawiania się, czy ktoś projektował świat z myślą o ludziach o mniej znaczących wymiarach. Przez większość życia słyszałem, że jestem za wysoki, za szeroki albo że powinienem uważać na niskie framugi, dobrze było zatem wiedzieć, że nie wszystko poszło na marne, i że ktoś potrafił docenić posiadanie przeze mnie tej niewątpliwej zalety, jaką było wystawanie ponad tłum.
Skinąłem głową, jakbym od początku wiedział, że tak będzie, chociaż prawda była taka, że po prostu miałem szczęście, przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie uznałem, że nie było potrzeby psuć naprawdę dobrej sytuacji własnym gadaniem - czasem nawet ja potrafiłem zachować umiar, choć były to przypadki dość rzadkie.
- Mówiłem. - Przesunąłem spojrzeniem po czarnej tkaninie, która nadal połyskiwała delikatnie w świetle pobliskiej latarni. - A więc będzie twoja. - Nie zamierzałem oczywiście pozwolić, żeby ta chwila samozadowolenia trwała zbyt długo, więc kiedy moja dziewczyna zaczęła przyglądać się kasztanowym pelerynom, uznałem, że najwyraźniej nadszedł moment, w którym los postanowił wyrównać rachunki. Przez moment rzeczywiście uwierzyłem, że tym razem przemysł odzieżowy postanowił przestać sobie ze mnie drwić. O jakże się myliłem…
Peleryna naprawdę leżała całkiem dobrze, może poza tym nieszczęsnym rękawem, który najwyraźniej zdecydował się kolejny raz przypomnieć mi, że w istocie świat nie został zaprojektowany z myślą o mojej wygodzie - stanąłem zatem przed Pruey, poprawiając fałdy okrycia na ramionach i próbując jednocześnie nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, ponieważ wciąż istniała możliwość, że przy którymś z nich usłyszę charakterystyczne pęknięcie nici. „Na razie nic takiego szczęśliwie się nie wydarzyło, nic nie trzasnęło, ale…” No, tak, długość rzeczywiście wyglądała przyzwoicie, dół kończył się mniej więcej tam, gdzie powinien, a materiał układał się całkiem sensownie, kiedy jednak Prue zmrużyła oczy i zaczęła oceniać rękawy, już wiedziałem… Znałem ten wzrok, był bardzo podobny do tego, którym przyglądała się rzeczom wymagającym dokładniejszego osądu przed ostatecznym brutalnie szczerym werdyktem.
- No… Dobsze. To mose byś ploblem… - Odwróciłem się częściowo do sprzedawczyni i spojrzałem na nią z pewną rezygnacją, gdyż podświadomie wiedziałem już, co usłyszę, zanim jeszcze zadałem pytanie. - Pszeplasam, macie większy losmial?
Kobieta zerknęła na mnie, potem na pelerynę, następnie znowu na mnie, jej spojrzenie było przy tym wystarczająco wymowne i zmieszane, żebym przez moment ponownie poczuł solidarność ze wszystkimi ludźmi, którzy kiedykolwiek próbowali kupić coś gotowego, mając nietypowe proporcje. Nawet bez ustnej odpowiedzi, szybko stało się jasne, że większego rozmiaru nie było, wzruszyłem więc ramionami, zdjąłem pelerynę i odwiesiłem ją dokładnie tam, skąd ją zabrałem.
- Tludno. - Nie brzmiałem na szczególnie przejętego, bo nie zamierzałem kupować czegoś, co ledwo na mnie pasowało, tylko dlatego, że przez chwilę wyglądało obiecująco. Sięgnąłem do kieszeni po pieniądze, po czym podszedłem do lady i odliczyłem odpowiednią kwotę za chustę, nie miałem zamiaru robić z tego większego ceremoniału, więc kiedy sprzedawczyni zaczęła składać materiał, od razu spojrzałem na Prue.
- I zanim zaczniesz plotestowaś, Sunny, to jest plesent. - Powiedziałem to zachowawczo, zanim zdążyła wymyślić jakikolwiek argument przeciwko wydawaniu na nią pieniędzy, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że podobne próby były całkowicie możliwe. Chusta należała teraz do niej, ja natomiast mogłem przynajmniej wrócić do domu z przekonaniem, że mój instynkt w sprawach zakupów okazał się wyjątkowo trafny, nawet jeśli nie potrafiłem znaleźć nic dla siebie, czując się za to coraz bardziej…
„Co?”
Faktycznie trudno było mi zaprzeczyć, że miałem w takich miejscach pewną przewagę, bo jeśli coś wisiało wyżej albo znajdowało się za głowami innych osób, zwykle mogłem to dostrzec bez większego wysiłku, była to jedna z niewielu sytuacji, w których mój wzrost nie oznaczał konieczności zastanawiania się, czy ktoś projektował świat z myślą o ludziach o mniej znaczących wymiarach. Przez większość życia słyszałem, że jestem za wysoki, za szeroki albo że powinienem uważać na niskie framugi, dobrze było zatem wiedzieć, że nie wszystko poszło na marne, i że ktoś potrafił docenić posiadanie przeze mnie tej niewątpliwej zalety, jaką było wystawanie ponad tłum.
Skinąłem głową, jakbym od początku wiedział, że tak będzie, chociaż prawda była taka, że po prostu miałem szczęście, przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie uznałem, że nie było potrzeby psuć naprawdę dobrej sytuacji własnym gadaniem - czasem nawet ja potrafiłem zachować umiar, choć były to przypadki dość rzadkie.
- Mówiłem. - Przesunąłem spojrzeniem po czarnej tkaninie, która nadal połyskiwała delikatnie w świetle pobliskiej latarni. - A więc będzie twoja. - Nie zamierzałem oczywiście pozwolić, żeby ta chwila samozadowolenia trwała zbyt długo, więc kiedy moja dziewczyna zaczęła przyglądać się kasztanowym pelerynom, uznałem, że najwyraźniej nadszedł moment, w którym los postanowił wyrównać rachunki. Przez moment rzeczywiście uwierzyłem, że tym razem przemysł odzieżowy postanowił przestać sobie ze mnie drwić. O jakże się myliłem…
Peleryna naprawdę leżała całkiem dobrze, może poza tym nieszczęsnym rękawem, który najwyraźniej zdecydował się kolejny raz przypomnieć mi, że w istocie świat nie został zaprojektowany z myślą o mojej wygodzie - stanąłem zatem przed Pruey, poprawiając fałdy okrycia na ramionach i próbując jednocześnie nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, ponieważ wciąż istniała możliwość, że przy którymś z nich usłyszę charakterystyczne pęknięcie nici. „Na razie nic takiego szczęśliwie się nie wydarzyło, nic nie trzasnęło, ale…” No, tak, długość rzeczywiście wyglądała przyzwoicie, dół kończył się mniej więcej tam, gdzie powinien, a materiał układał się całkiem sensownie, kiedy jednak Prue zmrużyła oczy i zaczęła oceniać rękawy, już wiedziałem… Znałem ten wzrok, był bardzo podobny do tego, którym przyglądała się rzeczom wymagającym dokładniejszego osądu przed ostatecznym brutalnie szczerym werdyktem.
- No… Dobsze. To mose byś ploblem… - Odwróciłem się częściowo do sprzedawczyni i spojrzałem na nią z pewną rezygnacją, gdyż podświadomie wiedziałem już, co usłyszę, zanim jeszcze zadałem pytanie. - Pszeplasam, macie większy losmial?
Kobieta zerknęła na mnie, potem na pelerynę, następnie znowu na mnie, jej spojrzenie było przy tym wystarczająco wymowne i zmieszane, żebym przez moment ponownie poczuł solidarność ze wszystkimi ludźmi, którzy kiedykolwiek próbowali kupić coś gotowego, mając nietypowe proporcje. Nawet bez ustnej odpowiedzi, szybko stało się jasne, że większego rozmiaru nie było, wzruszyłem więc ramionami, zdjąłem pelerynę i odwiesiłem ją dokładnie tam, skąd ją zabrałem.
- Tludno. - Nie brzmiałem na szczególnie przejętego, bo nie zamierzałem kupować czegoś, co ledwo na mnie pasowało, tylko dlatego, że przez chwilę wyglądało obiecująco. Sięgnąłem do kieszeni po pieniądze, po czym podszedłem do lady i odliczyłem odpowiednią kwotę za chustę, nie miałem zamiaru robić z tego większego ceremoniału, więc kiedy sprzedawczyni zaczęła składać materiał, od razu spojrzałem na Prue.
- I zanim zaczniesz plotestowaś, Sunny, to jest plesent. - Powiedziałem to zachowawczo, zanim zdążyła wymyślić jakikolwiek argument przeciwko wydawaniu na nią pieniędzy, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że podobne próby były całkowicie możliwe. Chusta należała teraz do niej, ja natomiast mogłem przynajmniej wrócić do domu z przekonaniem, że mój instynkt w sprawach zakupów okazał się wyjątkowo trafny, nawet jeśli nie potrafiłem znaleźć nic dla siebie, czując się za to coraz bardziej…
„Co?”
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)