09.10.2026, 08:03 ✶
Że lekarz mógł jej podać jakieś gówno, które namieszało jej w głowie, to była skłonna bardzo uwierzyć, szczególnie, że nigdy więcej wspomnianego gówna nie dostała, a sam psychiatra przepadł jak kamień w wodę. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że gdy tylko zdała sobie sprawę z prawdziwości wizji, domagała się kolejnych porcji czegoś, co jak kofeina mogło ją zalepić i uzależnić.
Nie dbała o to.
Myśl, że jest widzącym, jakikolwiek posmak idei w której była czymś więcej, kimś więcej… rozpalał ją do czerwoności. I choć myślała, że po przekroczeniu progu plugawej chatki po środku wisielczego lasu w wisielcowie (wszyscy dokładnie wiedzieli, jak bardzo nienawidzi tego miejsca, była w tym zakresie bardzo wokalna i zawsze odmawiała przyjmowania spraw w okolicy), będzie bardziej wkurwiona i zirytowana, tak teraz jej serce rozsadzała ekscytacja.
Snowidztwo…
Nigdy nie interesowała się tematem. Jej matka była jasnowidzem, jej brat był jasnowidzem, a ona była gównowidzem. Bardzo szybko popadła w bezsenność, a majaki, które dotykały ją podczas trudniejszych dni odbierała jako efekt braku śnienia. Ale samo śnienie też było zwykle bolesne, zawsze czarne, lepkie od śmierci, bezsilności i uwięzienia jej w smole własnej goryczy i rozczarowania światem i życiem jakie wiodła. A teraz do jej rąk trafiał artefakt, który dla wielu wyglądał jak przerzuty przez ponuraka śmieć. Ona jednak przypatrywała mu się łapczywie, zawieszając spojrzenie złotych oczu na czarnych postrzępionych kruczych piórach.
Los, przeznaczenie, pokręcone i poplątane nici losu na kole toczącym się fortuną. Wiedziała przecież, jakie zwierzę jej patronuje, widziała połuskujące życiową energią pióra, którym akompaniował nieprzyjemny skrzek. Płytki oddech wysuszał wargi, a ona po prostu chciała mieć. Chciała być. Snowidztwo kiedyś przed laty wydawało jej się biedną i nieprzydatną wersją widzenia dla oszołomów. Teraz jednak widziała postrzępione pióra i uwierzyła całą piersią, że skrzydła pozwolą jej się wyrwać ze smoły.
Słowa Peregrinusa osadziły ją nieco w rzeczywistości, która jeszcze (jeszcze? Jeszcze!) pozostawała jawą. Uśmiechnęła się poruszona jego troską, podejrzliwością przywodzącą na myśl braterską więź. Podsunęła się ten krok bliżej by otrzeć się ramieniem o jego bark, posłać mu zapewnienie na bladej trójkątnej twarzy lśniącej nadzieją.
– Grin… ja chcę. Cokolwiek ma się wydarzyć. Chcę mieć oczy szeroko otwarte. – Chcę być jak Ty… zasnuła drżące pragnienie, dawno pogrzebane na cmentarzysku "na święte nigdy". Chcę być autorem, chce być miotlarzem, chcę być malarką… chcę być widzącym. Może nie byłaby w stanie w ten sposób odkryć nadchodzących zdarzeń, ale przecież miała karty. Może nie byłaby w stanie odkryć przeszłych zdarzeń, ale zawód brygadzistki nauczył ją tego czy owego. Sny… Jak piękne, jak niezwykłe, jak inspirujące, jak koszmarne mogłyby być? Ale ona mogłaby lecieć. Mogłaby być w nich wolna.
Jej uwaga powróciła do Szeptuchy i skinęła głową na znak, że zamierza podążyć za nią choćby i do pieca. Ktoś mógłby stwierdzić, że była zbyt naiwna w tej materii i była to prawda. Nie dbała o to wcale, zauroczona wizją, możliwością, stopniowo rozrysowującą się przed nią przyszłością. Nowym startem. Starym, ale jednak świeżym. Prawdziwym w tym czym najprawdopodobniej była.
Nie dbała o to.
Myśl, że jest widzącym, jakikolwiek posmak idei w której była czymś więcej, kimś więcej… rozpalał ją do czerwoności. I choć myślała, że po przekroczeniu progu plugawej chatki po środku wisielczego lasu w wisielcowie (wszyscy dokładnie wiedzieli, jak bardzo nienawidzi tego miejsca, była w tym zakresie bardzo wokalna i zawsze odmawiała przyjmowania spraw w okolicy), będzie bardziej wkurwiona i zirytowana, tak teraz jej serce rozsadzała ekscytacja.
Snowidztwo…
Nigdy nie interesowała się tematem. Jej matka była jasnowidzem, jej brat był jasnowidzem, a ona była gównowidzem. Bardzo szybko popadła w bezsenność, a majaki, które dotykały ją podczas trudniejszych dni odbierała jako efekt braku śnienia. Ale samo śnienie też było zwykle bolesne, zawsze czarne, lepkie od śmierci, bezsilności i uwięzienia jej w smole własnej goryczy i rozczarowania światem i życiem jakie wiodła. A teraz do jej rąk trafiał artefakt, który dla wielu wyglądał jak przerzuty przez ponuraka śmieć. Ona jednak przypatrywała mu się łapczywie, zawieszając spojrzenie złotych oczu na czarnych postrzępionych kruczych piórach.
Los, przeznaczenie, pokręcone i poplątane nici losu na kole toczącym się fortuną. Wiedziała przecież, jakie zwierzę jej patronuje, widziała połuskujące życiową energią pióra, którym akompaniował nieprzyjemny skrzek. Płytki oddech wysuszał wargi, a ona po prostu chciała mieć. Chciała być. Snowidztwo kiedyś przed laty wydawało jej się biedną i nieprzydatną wersją widzenia dla oszołomów. Teraz jednak widziała postrzępione pióra i uwierzyła całą piersią, że skrzydła pozwolą jej się wyrwać ze smoły.
Słowa Peregrinusa osadziły ją nieco w rzeczywistości, która jeszcze (jeszcze? Jeszcze!) pozostawała jawą. Uśmiechnęła się poruszona jego troską, podejrzliwością przywodzącą na myśl braterską więź. Podsunęła się ten krok bliżej by otrzeć się ramieniem o jego bark, posłać mu zapewnienie na bladej trójkątnej twarzy lśniącej nadzieją.
– Grin… ja chcę. Cokolwiek ma się wydarzyć. Chcę mieć oczy szeroko otwarte. – Chcę być jak Ty… zasnuła drżące pragnienie, dawno pogrzebane na cmentarzysku "na święte nigdy". Chcę być autorem, chce być miotlarzem, chcę być malarką… chcę być widzącym. Może nie byłaby w stanie w ten sposób odkryć nadchodzących zdarzeń, ale przecież miała karty. Może nie byłaby w stanie odkryć przeszłych zdarzeń, ale zawód brygadzistki nauczył ją tego czy owego. Sny… Jak piękne, jak niezwykłe, jak inspirujące, jak koszmarne mogłyby być? Ale ona mogłaby lecieć. Mogłaby być w nich wolna.
Jej uwaga powróciła do Szeptuchy i skinęła głową na znak, że zamierza podążyć za nią choćby i do pieca. Ktoś mógłby stwierdzić, że była zbyt naiwna w tej materii i była to prawda. Nie dbała o to wcale, zauroczona wizją, możliwością, stopniowo rozrysowującą się przed nią przyszłością. Nowym startem. Starym, ale jednak świeżym. Prawdziwym w tym czym najprawdopodobniej była.