09.10.2026, 12:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2026, 07:25 przez Benjy Fenwick.)
Nie mogłem nie zauważyć, że Audacia zaskakująco szybko przestała wyglądać, jakby chciała zapaść się pod podłogę, nadal była spięta, nadal co jakiś czas zerkała na tłum z miną osoby, która najchętniej znalazłaby niewielki, pusty kąt, lecz nie mogłem już powiedzieć o niej tego samego, co mówiłem na zewnątrz, podczas tamtej rozmowy z weselnikami. Nie był to zresztą pierwszy taki moment, z czasem zacząłem snuć podejrzenia, że Prudence Bletchley wcale nie była tak nieprzystosowana do podobnych sytuacji, jak lubiła sprawiać wrażenie - w końcu była całkiem skutecznym prefektem naczelnym, nawet jeśli robiłem wszystko, by nie spostrzegła, że mogłem ją tak oceniać - owszem, tłum ją męczył, hałas wyraźnie działał jej na nerwy, do obcych odnosiła się z ostrożnością, lecz wystarczyło, że znalazła się na naszym polu walki, żeby cała ta niechęć do pozostawania w centrum wydarzeń zeszła na dalszy plan i pozostała tylko czysta zjadliwość. Było w tym coś wyjątkowego, bo przecież przez większość czasu zachowywała się tak, jakby najchętniej zniknęła za najbliższą kotarą, tymczasem potrafiła wejść ze mną w sam środek zaciętej wymiany zdań tylko po to, żeby udowodnić mi, że się mylę - właśnie dlatego nasze spotkania tak często kończyły się podobnie - ona próbowała zachować spokój, ja robiłem coś, co ten spokój skutecznie niszczyło, ona odpowiadała, ja odpowiadałem i po kilku minutach oboje byliśmy już zbyt zaangażowani, żeby pamiętać, od czego właściwie zaczęła się sprzeczka. Nie był to może najlepszy rodzaj komunikacji, przynajmniej z pewnej neutralnej perspektywy, ale wolałem już to niż kolejną rozmowę o pogodzie, interesach czy tym, kto ostatnio dostał nowego egzotycznego pupila, co na salonach uchodziło za fascynującą wiadomość przez mniej więcej trzy minuty. Nie zamierzałem również informować środowiska, szczególnie tego bliskiego mojej rodzinie, że osoba, którą odruchowo określiłbym mianem „najbardziej irytującej dziewczyny w moim otoczeniu”, potrafiła przyciągnąć moją uwagę skuteczniej niż większość dziewcząt, które spotykałem podczas przyjęć - o zgrozo - szczęśliwie nie wiedział o tym prawie nikt. W szkole każdy mógłby pewnie pomyśleć, że po prostu się nie lubimy, co zresztą było całkiem wygodnym wyjaśnieniem, lecz prawda była znacznie bardziej skomplikowana - przez większość czasu nasze sprzeczki odbywały się gdzieś na uboczu, bez świadków, więc nikt nie miał pojęcia, jak łatwo potrafiliśmy doprowadzić się nawzajem do szału, tutaj natomiast mieliśmy pełną publiczność, mogła więc udawać moją tymczasową ukochaną, jednocześnie próbując mnie słownie zamordować - brzmiało to jak wyjątkowo dobra zabawa, może nawet lepsza od samego wesela… Potrafiliśmy kłócić się o rzeczy zupełnie nieistotne przez absurdalnie długi czas, lecz właśnie to sprawiało, że nigdy nie brakowało nam tematów.
Nie chodziło nawet o to, że koniecznie musiałem mieć rację, chociaż oczywiście w mojej głowie dokładnie tak przedstawiała się sytuacja, tylko o sam fakt, że potrafiła potraktować najzwyklejsze chlanie na przyjęciu weselnym jako zagadnienie wymagające niemalże rozprawy filozoficznej - alkohol był dla niej problemem, tłum był problemem, głośna muzyka była problemem, oczepiny były problemem, mój pomysł pozostania do końca był problemem, a mimo tego wszystkiego nadal stała obok mnie i prowadziła tę rozmowę z zaangażowaniem, którego nie okazywała przecież byle czemu - nie zamierzałem jej tego wypominać, bo byłoby to zbyt łatwe, lecz sam fakt sprawiał mi sporą przyjemność.
- Ludzie tutaj celebrują. - Zerknąłem na mężczyznę, który właśnie próbował nalać sobie alkoholu do kieliszka stojącego do góry dnem, po czym zrezygnował z zadania i wypił zawartość prosto z butelki, co niekoniecznie zadziałało za moim argumentem, więc odwróciłem wzrok. - To wciąż znacznie bliższe spotkaniu klubu koneserów. - Wzruszyłem ramionami - przecież nie przyszliśmy tutaj po to, żeby prowadzić analizę społeczną zachowań weselnych, tylko dlatego, że przypadkiem wpadliśmy na przyjęcie, na które nikt nas nie zaprosił, następnie bezczelnie wmówiliśmy wszystkim, że jesteśmy znajomymi pary młodej - uważałem, że w takich okolicznościach należało korzystać z możliwości, które właśnie otworzyły się przed nami, szczególnie kiedy na stole stały rzeczy, które prosiły się, by je spożyć, nie rozkładać na czynniki pierwsze. - Poza tym nie możesz oceniać całej imprezy przez pryzmat kilkuset butelek. To nie ilość alkoholu jest tutaj problemem. Problemem jest to, że niektórzy nie mają odpowiedniego przygotowania do jego spożywania. - Powiedziałem to z całkowitą powagą, chociaż sam miałem osiemnaście lat i właśnie rozważałem, ile kieliszków byłem w stanie wypić, żeby nadal móc bez większego problemu prowadzić rozmowę - wychowanie w rodzinie, która regularnie urządzała przyjęcia, przynajmniej uczyło pewnych rzeczy znacznie lepiej niż szkolne podręczniki - wiedziałem, jak zachować się przy stole, jak rozmawiać z dorosłymi, jak nie obrazić gospodarza, jak odmówić kolejnego kieliszka bez robienia z tego wydarzenia. Wiedziałem też, że na weselu alkohol był częścią całego przedstawienia, podobnie jak muzyka, tańce oraz ludzie, którzy po kilku godzinach zaczynali zdradzać rzeczy, których na trzeźwo pilnowaliby znacznie uważniej.
Przywykłem do przyjęć, kolacji, bankietów i całej tej otoczki, w której kolejne osoby przez pół wieczoru zapewniały się wzajemnie o sympatii, nawet jeśli jeszcze tego samego ranka miały ochotę potraktować się zaklęciem niewybaczalnym, tak funkcjonowały salony, tak wyglądała większość spotkań rodzinnych, tak utrzymywało się znajomości, które trwały przez pokolenia, nie widziałem w tym nic szczególnie dziwnego.
- Nie po to spędzają ze sobą całe życie, żeby nagle zacząć mówić sobie prawdę. - Spojrzałem na nią z ukosa, po czym przesunąłem wzrok po sali i wskazałem kieliszkiem grupę starszych czarodziejów, którzy właśnie prowadzili ożywioną dyskusję. - Spójrz na nich. Jestem pewien, że połowa od pięćdziesięciu lat nie znosi drugiej połowy. Mimo to spotykają się na każdym weselu, pogrzebie, zaręczynach oraz kolacji organizowanej przez kogoś, kto ma odpowiednie nazwisko. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „życie towarzyskie”. - Nie zamierzałem pozwolić jej wygrać tej rozmowy samym argumentem o szczerości, ponieważ szczerość była piękną rzeczą, dopóki nie zaczynała przeszkadzać w funkcjonowaniu hierarchii społecznej i nie zaburzała kalendarza wydarzeń socjety podczas sezonu - czasami znacznie wygodniej było wypić kieliszek, uśmiechnąć się do kogoś, kogo nie znosiło się od lat, po czym następnego dnia zachować się tak, jakby wszystko przebiegło idealnie - ludzie robili to od pokoleń, nie zamierzałem być pierwszym Rookwoodem, który uznałby tę zasadę za wadliwą, bo „szczerość była dobra”. Nie była, szybko nauczyłem się jednej rzeczy, największe katastrofy zaczynały się zazwyczaj od zdania wypowiedzianego przez kogoś, kto zapewniał, że „przecież wszyscy jesteśmy rodziną i możemy sobie ufać”.
Nie zamierzałem pozwolić, żeby jej uwaga o torcie przeszła bez odpowiedzi, szczególnie że zdawała się być skłonna naprawdę uwierzyć w swoją teorię.
- „Ktoś taki jak ty?” - Powtórzyłem, bo chociaż mogło to zabrzmieć niczym pochlebstwo, z pewnością nie to było intencją Prue, przyłożyłem zatem dłoń do piersi w teatralnym geście urażonej dumy i przechyliłem głowę, przyjmując to po prostu za kolejny uszczypliwy komentarz. „Za dużo żresz”, „łatwiej cię ubrać niż wykarmić”, „wy bogaci”, takie tam. - Cia, wychowałem się w domu, w którym ciasto z owocami oznaczało, że ktoś próbował oszczędzić na czekoladzie. Wiem, co dobre. - Oczywiście była to przesada, lecz brzmiała wystarczająco przekonująco. - Poza tym nie porównuję dobrego tortu do kompotu. Porównuję tort, który mógłby być dobry, do tortu, który ktoś postanowił obciążyć owocami, żeby potem móc powiedzieć, że jest „wykwintny”. - Przesunąłem wzrok na stojącą nieopodal paterę z jakimiś tartaletkami. - I dlatego nigdy nie powierzę ci wyboru deseru na nasze wesele. - Nie zamierzałem ustąpić ani o krok, sama świadomość, że tak bardzo zależało jej na obronie owocowego tortu, sprawiała, że miałem coraz większą ochotę przy każdej kolejnej okazji twierdzić coś przeciwnego - była to kwestia honoru - jeśli zaczęłaby wygrywać ze mną nawet w sprawach tak fundamentalnych jak ciasto, moje życie straciłoby wszelki porządek. Nie widziałem najmniejszego powodu, żeby się z nią zgodzić, skoro mogłem się z nią nie zgodzić, była to zresztą jedna z tych sytuacji, w których samo podważenie jej argumentu wydawało mi się niemal obowiązkiem. - Każde ciasto z owocami może udawać coś wyszukanego, potem dostajesz kawałek pełen - „truskawek” - rozpaćkanych malin albo innych owoców, które akurat są w sezonie i mają udawać dekorację, podczas gdy w rzeczywistości tylko próbują uratować przesłodzoną masę. - Zrobiłem krótką pauzę. - To właśnie dlatego istnieje belgijska czekolada. Jest ponad sezonami. - Nie zamierzałem jej pozwolić wygrać kwestii tortu, bo w mojej głowie sytuacja była już rozstrzygnięta - powinien być odpowiednio słodki, kremowy i pozbawiony połowy dóbr sadowniczych wsadzonego pomiędzy warstwy - to była kwestia podstawowego dobrego smaku.
Spojrzałem na nią z udawanym współczuciem, słysząc „za późno", nie potrafiła po prostu pozwolić sytuacji płynąć własnym rytmem, potrzebowała znać godzinę, plan, kolejność wydarzeń oraz prawdopodobnie liczbę osób stojących między nią a wyjściem, i mieć wszystko co najmniej trzykrotnie przeanalizowane, to było… Przykre. Raczej. Była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem zastanawiać się, czy moje kolejne słowo zostanie odebrane jako żart, i tak zakładała najgorsze, więc przynajmniej oszczędzało mi to sporo zachodu.
- Wiedziałem. - Przesunąłem spojrzeniem po sali, tym razem faktycznie próbując ustalić, ile jeszcze mogło potrwać wesele, ale nadal nie dostrzegłem zegara. - W takim wypadku masz przed sobą dokładnie tyle czasu, żeby spróbować pogodzić się z losem. - Nie czekałem na odpowiedź, tylko odwróciłem się w stronę parkietu. - Tylko musimy popracować nad tym twoim spojrzeniem. Narzeczona nie powinna patrzeć na przyszłego męża tak, jakby rozważała zakopanie go pod różą. Przynajmniej zanim pojawią się dzieci. - Zerknąłem na nią kątem oka, z perfidnym uniesieniem kącika ust, doskonale wiedząc, że słowo „mąż” było kolejną rzeczą, którą mogłem wykorzystać do drażnienia jej bez żadnego wysiłku, natomiast „dzieci” były wisienką - czy tam malinką - na torcie.
Przy okazji zerknąłem na parkiet, na którego samym brzegu jeden z gości próbował przekonać kobietę do tańca, podczas ona najwyraźniej próbowała przekonać jego, że jednak nie chce - obserwowanie ich wymiany było prawie tak interesujące jak rozmowa z moją najdroższą - faktycznie, robiło się coraz weselej, co w praktyce oznaczało, że coraz więcej osób traciło nie tylko jakiekolwiek poczucie godności, lecz także czujność, przez co sam nabierałem bezczelności do dalszego działania.
- Nie wiem. - Rozejrzałem się demonstracyjnie i oparłem rękę na boku kolumny obok nas, pochylając się nieco w jej stronę. - Może pod ubraniem. Może w kieszeniach. Może zrobię to tak elegancko, że nawet nie zauważysz. Przecież nie zamierzam wyjść z paterą pod pachą. - Zlustrowałem wzrokiem jej sukienkę, zatrzymując się o ułamek sekundy dłużej, niż wymagała sytuacja, po czym natychmiast wróciłem spojrzeniem do jej twarzy. - Ty masz większy problem. - Przechyliłem głowę i uśmiechnąłem się do niej z niczym niezmąconą pewnością siebie, kiedy jednak zaproponowała, żebyśmy poszukali czegoś słodkiego, natychmiast skierowałem wzrok na stoły - to była pierwsza propozycja tego wieczoru, której nie zamierzałem zwalczać wyłącznie dla sportu - nie zastanowiłem się zbyt długo, zanim wyciągnąłem ku niej ramię, lekko przyciągając ją do siebie, ponieważ coraz trudniej było udawać, że byliśmy parą, jeżeli każde z nas stało po innej stronie sali. Musieliśmy iść pod rękę, nie, przynajmniej wtedy z odpowiedniej odległości mogliśmy uchodzić za parę, która po prostu szła znaleźć coś do jedzenia.
- Spróbuj tylko nie wyglądać, jakbyś planowała udusić mnie papilotką. - Zerknąłem na nią z ukosa - mogliśmy ruszyć na misję.
Nie chodziło nawet o to, że koniecznie musiałem mieć rację, chociaż oczywiście w mojej głowie dokładnie tak przedstawiała się sytuacja, tylko o sam fakt, że potrafiła potraktować najzwyklejsze chlanie na przyjęciu weselnym jako zagadnienie wymagające niemalże rozprawy filozoficznej - alkohol był dla niej problemem, tłum był problemem, głośna muzyka była problemem, oczepiny były problemem, mój pomysł pozostania do końca był problemem, a mimo tego wszystkiego nadal stała obok mnie i prowadziła tę rozmowę z zaangażowaniem, którego nie okazywała przecież byle czemu - nie zamierzałem jej tego wypominać, bo byłoby to zbyt łatwe, lecz sam fakt sprawiał mi sporą przyjemność.
- Ludzie tutaj celebrują. - Zerknąłem na mężczyznę, który właśnie próbował nalać sobie alkoholu do kieliszka stojącego do góry dnem, po czym zrezygnował z zadania i wypił zawartość prosto z butelki, co niekoniecznie zadziałało za moim argumentem, więc odwróciłem wzrok. - To wciąż znacznie bliższe spotkaniu klubu koneserów. - Wzruszyłem ramionami - przecież nie przyszliśmy tutaj po to, żeby prowadzić analizę społeczną zachowań weselnych, tylko dlatego, że przypadkiem wpadliśmy na przyjęcie, na które nikt nas nie zaprosił, następnie bezczelnie wmówiliśmy wszystkim, że jesteśmy znajomymi pary młodej - uważałem, że w takich okolicznościach należało korzystać z możliwości, które właśnie otworzyły się przed nami, szczególnie kiedy na stole stały rzeczy, które prosiły się, by je spożyć, nie rozkładać na czynniki pierwsze. - Poza tym nie możesz oceniać całej imprezy przez pryzmat kilkuset butelek. To nie ilość alkoholu jest tutaj problemem. Problemem jest to, że niektórzy nie mają odpowiedniego przygotowania do jego spożywania. - Powiedziałem to z całkowitą powagą, chociaż sam miałem osiemnaście lat i właśnie rozważałem, ile kieliszków byłem w stanie wypić, żeby nadal móc bez większego problemu prowadzić rozmowę - wychowanie w rodzinie, która regularnie urządzała przyjęcia, przynajmniej uczyło pewnych rzeczy znacznie lepiej niż szkolne podręczniki - wiedziałem, jak zachować się przy stole, jak rozmawiać z dorosłymi, jak nie obrazić gospodarza, jak odmówić kolejnego kieliszka bez robienia z tego wydarzenia. Wiedziałem też, że na weselu alkohol był częścią całego przedstawienia, podobnie jak muzyka, tańce oraz ludzie, którzy po kilku godzinach zaczynali zdradzać rzeczy, których na trzeźwo pilnowaliby znacznie uważniej.
Przywykłem do przyjęć, kolacji, bankietów i całej tej otoczki, w której kolejne osoby przez pół wieczoru zapewniały się wzajemnie o sympatii, nawet jeśli jeszcze tego samego ranka miały ochotę potraktować się zaklęciem niewybaczalnym, tak funkcjonowały salony, tak wyglądała większość spotkań rodzinnych, tak utrzymywało się znajomości, które trwały przez pokolenia, nie widziałem w tym nic szczególnie dziwnego.
- Nie po to spędzają ze sobą całe życie, żeby nagle zacząć mówić sobie prawdę. - Spojrzałem na nią z ukosa, po czym przesunąłem wzrok po sali i wskazałem kieliszkiem grupę starszych czarodziejów, którzy właśnie prowadzili ożywioną dyskusję. - Spójrz na nich. Jestem pewien, że połowa od pięćdziesięciu lat nie znosi drugiej połowy. Mimo to spotykają się na każdym weselu, pogrzebie, zaręczynach oraz kolacji organizowanej przez kogoś, kto ma odpowiednie nazwisko. - Wzruszyłem ramionami. - To się nazywa „życie towarzyskie”. - Nie zamierzałem pozwolić jej wygrać tej rozmowy samym argumentem o szczerości, ponieważ szczerość była piękną rzeczą, dopóki nie zaczynała przeszkadzać w funkcjonowaniu hierarchii społecznej i nie zaburzała kalendarza wydarzeń socjety podczas sezonu - czasami znacznie wygodniej było wypić kieliszek, uśmiechnąć się do kogoś, kogo nie znosiło się od lat, po czym następnego dnia zachować się tak, jakby wszystko przebiegło idealnie - ludzie robili to od pokoleń, nie zamierzałem być pierwszym Rookwoodem, który uznałby tę zasadę za wadliwą, bo „szczerość była dobra”. Nie była, szybko nauczyłem się jednej rzeczy, największe katastrofy zaczynały się zazwyczaj od zdania wypowiedzianego przez kogoś, kto zapewniał, że „przecież wszyscy jesteśmy rodziną i możemy sobie ufać”.
Nie zamierzałem pozwolić, żeby jej uwaga o torcie przeszła bez odpowiedzi, szczególnie że zdawała się być skłonna naprawdę uwierzyć w swoją teorię.
- „Ktoś taki jak ty?” - Powtórzyłem, bo chociaż mogło to zabrzmieć niczym pochlebstwo, z pewnością nie to było intencją Prue, przyłożyłem zatem dłoń do piersi w teatralnym geście urażonej dumy i przechyliłem głowę, przyjmując to po prostu za kolejny uszczypliwy komentarz. „Za dużo żresz”, „łatwiej cię ubrać niż wykarmić”, „wy bogaci”, takie tam. - Cia, wychowałem się w domu, w którym ciasto z owocami oznaczało, że ktoś próbował oszczędzić na czekoladzie. Wiem, co dobre. - Oczywiście była to przesada, lecz brzmiała wystarczająco przekonująco. - Poza tym nie porównuję dobrego tortu do kompotu. Porównuję tort, który mógłby być dobry, do tortu, który ktoś postanowił obciążyć owocami, żeby potem móc powiedzieć, że jest „wykwintny”. - Przesunąłem wzrok na stojącą nieopodal paterę z jakimiś tartaletkami. - I dlatego nigdy nie powierzę ci wyboru deseru na nasze wesele. - Nie zamierzałem ustąpić ani o krok, sama świadomość, że tak bardzo zależało jej na obronie owocowego tortu, sprawiała, że miałem coraz większą ochotę przy każdej kolejnej okazji twierdzić coś przeciwnego - była to kwestia honoru - jeśli zaczęłaby wygrywać ze mną nawet w sprawach tak fundamentalnych jak ciasto, moje życie straciłoby wszelki porządek. Nie widziałem najmniejszego powodu, żeby się z nią zgodzić, skoro mogłem się z nią nie zgodzić, była to zresztą jedna z tych sytuacji, w których samo podważenie jej argumentu wydawało mi się niemal obowiązkiem. - Każde ciasto z owocami może udawać coś wyszukanego, potem dostajesz kawałek pełen - „truskawek” - rozpaćkanych malin albo innych owoców, które akurat są w sezonie i mają udawać dekorację, podczas gdy w rzeczywistości tylko próbują uratować przesłodzoną masę. - Zrobiłem krótką pauzę. - To właśnie dlatego istnieje belgijska czekolada. Jest ponad sezonami. - Nie zamierzałem jej pozwolić wygrać kwestii tortu, bo w mojej głowie sytuacja była już rozstrzygnięta - powinien być odpowiednio słodki, kremowy i pozbawiony połowy dóbr sadowniczych wsadzonego pomiędzy warstwy - to była kwestia podstawowego dobrego smaku.
Spojrzałem na nią z udawanym współczuciem, słysząc „za późno", nie potrafiła po prostu pozwolić sytuacji płynąć własnym rytmem, potrzebowała znać godzinę, plan, kolejność wydarzeń oraz prawdopodobnie liczbę osób stojących między nią a wyjściem, i mieć wszystko co najmniej trzykrotnie przeanalizowane, to było… Przykre. Raczej. Była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem zastanawiać się, czy moje kolejne słowo zostanie odebrane jako żart, i tak zakładała najgorsze, więc przynajmniej oszczędzało mi to sporo zachodu.
- Wiedziałem. - Przesunąłem spojrzeniem po sali, tym razem faktycznie próbując ustalić, ile jeszcze mogło potrwać wesele, ale nadal nie dostrzegłem zegara. - W takim wypadku masz przed sobą dokładnie tyle czasu, żeby spróbować pogodzić się z losem. - Nie czekałem na odpowiedź, tylko odwróciłem się w stronę parkietu. - Tylko musimy popracować nad tym twoim spojrzeniem. Narzeczona nie powinna patrzeć na przyszłego męża tak, jakby rozważała zakopanie go pod różą. Przynajmniej zanim pojawią się dzieci. - Zerknąłem na nią kątem oka, z perfidnym uniesieniem kącika ust, doskonale wiedząc, że słowo „mąż” było kolejną rzeczą, którą mogłem wykorzystać do drażnienia jej bez żadnego wysiłku, natomiast „dzieci” były wisienką - czy tam malinką - na torcie.
Przy okazji zerknąłem na parkiet, na którego samym brzegu jeden z gości próbował przekonać kobietę do tańca, podczas ona najwyraźniej próbowała przekonać jego, że jednak nie chce - obserwowanie ich wymiany było prawie tak interesujące jak rozmowa z moją najdroższą - faktycznie, robiło się coraz weselej, co w praktyce oznaczało, że coraz więcej osób traciło nie tylko jakiekolwiek poczucie godności, lecz także czujność, przez co sam nabierałem bezczelności do dalszego działania.
- Nie wiem. - Rozejrzałem się demonstracyjnie i oparłem rękę na boku kolumny obok nas, pochylając się nieco w jej stronę. - Może pod ubraniem. Może w kieszeniach. Może zrobię to tak elegancko, że nawet nie zauważysz. Przecież nie zamierzam wyjść z paterą pod pachą. - Zlustrowałem wzrokiem jej sukienkę, zatrzymując się o ułamek sekundy dłużej, niż wymagała sytuacja, po czym natychmiast wróciłem spojrzeniem do jej twarzy. - Ty masz większy problem. - Przechyliłem głowę i uśmiechnąłem się do niej z niczym niezmąconą pewnością siebie, kiedy jednak zaproponowała, żebyśmy poszukali czegoś słodkiego, natychmiast skierowałem wzrok na stoły - to była pierwsza propozycja tego wieczoru, której nie zamierzałem zwalczać wyłącznie dla sportu - nie zastanowiłem się zbyt długo, zanim wyciągnąłem ku niej ramię, lekko przyciągając ją do siebie, ponieważ coraz trudniej było udawać, że byliśmy parą, jeżeli każde z nas stało po innej stronie sali. Musieliśmy iść pod rękę, nie, przynajmniej wtedy z odpowiedniej odległości mogliśmy uchodzić za parę, która po prostu szła znaleźć coś do jedzenia.
- Spróbuj tylko nie wyglądać, jakbyś planowała udusić mnie papilotką. - Zerknąłem na nią z ukosa - mogliśmy ruszyć na misję.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)