09.10.2026, 17:41 ✶
Nie zamierzałem narzekać na brak tłumów, bo po całym dniu spędzonym wśród ludzi, którzy mieli do powiedzenia stanowczo zbyt wiele na każdy możliwy temat, możliwość swobodnego przejścia między straganami wydawała mi się całkiem przyjemną odmianą - doceniałem podobny spokój - mogliśmy obejrzeć wszystko bez przepychania się łokciami, nikt nie zaglądał nam przez ramię, kiedy zatrzymywaliśmy się przy interesujących stoiskach, nikt również nie próbował przekonać nas, że absolutnie potrzebowaliśmy kolejnego kawałka garderoby, który po pierwszym praniu zmieniłby się w materiał nadający się najwyżej do polerowania butów.
Nie zamierzałem przesadnie przejmować się nieudaną próbą znalezienia peleryny, chociaż przyznawałem w duchu, że perspektywa kupna czegoś dla nas obojga była całkiem przyjemna, nie było jednak sensu kupować czegoś na siłę, zwłaszcza że okrycie wierzchnie powinno służyć do ochrony przed chłodem, nie zaś przypominać wszystkim dookoła, że jego właściciel odrobinę przerósł wyobrażenia krawca na temat ludzkiej anatomii. Ostatecznie zapłaciłem za chustę, na którą zgodziła się Prue, pozwoliłem sprzedawczyni starannie ją zapakować i schowałem niewielką paczkę do torby, pilnując, żeby materiał nie został przygnieciony przez resztę zawartości - skoro miał to być prezent, wypadało przynajmniej zadbać, żeby dotarł do domu w stanie lepszym niż większość rzeczy, które zwykłem przynosić z moich zawodowych wypraw - schowałem resztę pieniędzy do kieszeni, podziękowałem kobiecie i odsunąłem się od lady, przepuszczając Prue przodem. Zanim jednak zdążyłem ruszyć za nią, jeszcze raz spojrzałem na wiszące peleryny, jedna z nich poruszyła się lekko pod wpływem podmuchu wiatro, odsłaniając fragment materiału, który wcześniej pozostawał schowany za innymi ubraniami. „Co… Nie,” zamrugawszy, odsunąłem od siebie skojarzenie, jakie nasunął mi ten widok…
Na Pokątnej nie brakowało dźwięków, słyszałem przytłumione rozmowy, szelest materiałów, brzęk dzwonków wietrznych na zawieszonych gdzieś dalek, stukot naczyń przy jednym ze stoisk z napojami oraz odległy śmiech kogoś, kto najwyraźniej uznał, że nawet obecna sytuacja nie stanowiła wystarczającego powodu, żeby odmawiać sobie powodu do uśmiechu, pomiędzy tym wszystkim pojawił się jednak inny odgłos - rytmiczny i wyraźny, odbijający się od kamiennych ścian w sposób, który natychmiast kazał mi zwrócić głowę w jego stronę - kroki… Nie potrafiłem powiedzieć, jak daleko znajdowała się osoba, która je stawiała, ale przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś poruszał się tuż poza granicą mojego pola widzenia, pozostając wystarczająco blisko, żebym nie mógł zignorować jego obecności…
Ruszyłem powoli za moją dziewczyną, kiedy odwróciła się, żeby rozejrzeć się po sąsiednich straganach, wypatrując czegoś ciekawego, ale nie zacząłem od razu szukać kolejnego przedmiotu, na który mógłbym bez większego namysłu wydać pieniądze, by wesprzeć lokalnych rzemieślników. Spojrzałem w stronę wąskiej alejki pomiędzy lokalami, prowadzącej na ciemne zaplecza, gdzie światło latarni nie docierało już tak skutecznie - nie zobaczyłem nikogo ani niczego - przejście było puste, kamienne ściany rzucały długie cienie, tylko sam wczesnojesienny wiatr przesuwał po bruku kilka suchych liści, które zawirowały tuż przy murze, po czym zniknęły za rogiem.
Ludzie chodzili po placu, przechodzili między lokalami, korzystali z zapleczy, szukali skrótów i robili mnóstwo innych rzeczy, które nie wymagały ode mnie natychmiastowego zainteresowania, mimo to nie potrafiłem wyzbyć się tego uczucia, dreszczy, jakie przebiegły mi po kręgosłupie… Przesunąłem spojrzeniem po wejściu do alejki, następnie po oknach pobliskich lokali i wreszcie po przechodniach, którzy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi - zbyt dobrze poznałem różnicę między zwykłą ostrożnością a tym szczególnym rodzajem niepokoju, który pojawiał się, zanim jeszcze zdołałem znaleźć jego źródło, ale nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek poza mną dostrzegł coś niepokojącego. Wypuściłem powoli powietrze, poprawiłem kołnierz płaszcza i podążyłem za Prue, pozostając jednak nieco bardziej świadomy tego, co działo się wokół nas.
- Zanim zaczniemy oglądaś następne cuda szemiosła, ploponuję znaleś coś ciepłego do picia. - Odezwałem się, doganiając ją w kilku długich krokach, starałem się mówić zwyczajnym tonem, nie chcąc przenosić na nią własnej paranoi bez żadnego szczególnego uzasadnienia. Rozejrzałem się po placu, wypatrując stoiska z gorącymi napojami albo niewielkiego lokalu, w którym moglibyśmy na chwilę usiąść, po czym jeszcze raz zerknąłem przez ramię w stronę ciemnego przejścia - nadal nie było tam nikogo - nowe liście przesuwały się po bruku, wstążki przy latarniach poruszały się na wietrze, dzwoneczki podzwaniały nad naszymi głowami. Organizatorzy kiermaszu całkiem skutecznie próbowali przekonać wszystkich, że ten wieczór nie różnił się niczym od poprzednich sabatów, być może rzeczywiście tak było, nie podobało mi się jednak, że musiałem sam siebie o tym przekonywać…
Nie zamierzałem przesadnie przejmować się nieudaną próbą znalezienia peleryny, chociaż przyznawałem w duchu, że perspektywa kupna czegoś dla nas obojga była całkiem przyjemna, nie było jednak sensu kupować czegoś na siłę, zwłaszcza że okrycie wierzchnie powinno służyć do ochrony przed chłodem, nie zaś przypominać wszystkim dookoła, że jego właściciel odrobinę przerósł wyobrażenia krawca na temat ludzkiej anatomii. Ostatecznie zapłaciłem za chustę, na którą zgodziła się Prue, pozwoliłem sprzedawczyni starannie ją zapakować i schowałem niewielką paczkę do torby, pilnując, żeby materiał nie został przygnieciony przez resztę zawartości - skoro miał to być prezent, wypadało przynajmniej zadbać, żeby dotarł do domu w stanie lepszym niż większość rzeczy, które zwykłem przynosić z moich zawodowych wypraw - schowałem resztę pieniędzy do kieszeni, podziękowałem kobiecie i odsunąłem się od lady, przepuszczając Prue przodem. Zanim jednak zdążyłem ruszyć za nią, jeszcze raz spojrzałem na wiszące peleryny, jedna z nich poruszyła się lekko pod wpływem podmuchu wiatro, odsłaniając fragment materiału, który wcześniej pozostawał schowany za innymi ubraniami. „Co… Nie,” zamrugawszy, odsunąłem od siebie skojarzenie, jakie nasunął mi ten widok…
Na Pokątnej nie brakowało dźwięków, słyszałem przytłumione rozmowy, szelest materiałów, brzęk dzwonków wietrznych na zawieszonych gdzieś dalek, stukot naczyń przy jednym ze stoisk z napojami oraz odległy śmiech kogoś, kto najwyraźniej uznał, że nawet obecna sytuacja nie stanowiła wystarczającego powodu, żeby odmawiać sobie powodu do uśmiechu, pomiędzy tym wszystkim pojawił się jednak inny odgłos - rytmiczny i wyraźny, odbijający się od kamiennych ścian w sposób, który natychmiast kazał mi zwrócić głowę w jego stronę - kroki… Nie potrafiłem powiedzieć, jak daleko znajdowała się osoba, która je stawiała, ale przez krótką chwilę miałem wrażenie, że ktoś poruszał się tuż poza granicą mojego pola widzenia, pozostając wystarczająco blisko, żebym nie mógł zignorować jego obecności…
Ruszyłem powoli za moją dziewczyną, kiedy odwróciła się, żeby rozejrzeć się po sąsiednich straganach, wypatrując czegoś ciekawego, ale nie zacząłem od razu szukać kolejnego przedmiotu, na który mógłbym bez większego namysłu wydać pieniądze, by wesprzeć lokalnych rzemieślników. Spojrzałem w stronę wąskiej alejki pomiędzy lokalami, prowadzącej na ciemne zaplecza, gdzie światło latarni nie docierało już tak skutecznie - nie zobaczyłem nikogo ani niczego - przejście było puste, kamienne ściany rzucały długie cienie, tylko sam wczesnojesienny wiatr przesuwał po bruku kilka suchych liści, które zawirowały tuż przy murze, po czym zniknęły za rogiem.
Ludzie chodzili po placu, przechodzili między lokalami, korzystali z zapleczy, szukali skrótów i robili mnóstwo innych rzeczy, które nie wymagały ode mnie natychmiastowego zainteresowania, mimo to nie potrafiłem wyzbyć się tego uczucia, dreszczy, jakie przebiegły mi po kręgosłupie… Przesunąłem spojrzeniem po wejściu do alejki, następnie po oknach pobliskich lokali i wreszcie po przechodniach, którzy nie zwracali na mnie najmniejszej uwagi - zbyt dobrze poznałem różnicę między zwykłą ostrożnością a tym szczególnym rodzajem niepokoju, który pojawiał się, zanim jeszcze zdołałem znaleźć jego źródło, ale nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek poza mną dostrzegł coś niepokojącego. Wypuściłem powoli powietrze, poprawiłem kołnierz płaszcza i podążyłem za Prue, pozostając jednak nieco bardziej świadomy tego, co działo się wokół nas.
- Zanim zaczniemy oglądaś następne cuda szemiosła, ploponuję znaleś coś ciepłego do picia. - Odezwałem się, doganiając ją w kilku długich krokach, starałem się mówić zwyczajnym tonem, nie chcąc przenosić na nią własnej paranoi bez żadnego szczególnego uzasadnienia. Rozejrzałem się po placu, wypatrując stoiska z gorącymi napojami albo niewielkiego lokalu, w którym moglibyśmy na chwilę usiąść, po czym jeszcze raz zerknąłem przez ramię w stronę ciemnego przejścia - nadal nie było tam nikogo - nowe liście przesuwały się po bruku, wstążki przy latarniach poruszały się na wietrze, dzwoneczki podzwaniały nad naszymi głowami. Organizatorzy kiermaszu całkiem skutecznie próbowali przekonać wszystkich, że ten wieczór nie różnił się niczym od poprzednich sabatów, być może rzeczywiście tak było, nie podobało mi się jednak, że musiałem sam siebie o tym przekonywać…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)