09.10.2026, 22:49 ✶
Helloise nie miała wyrzutów sumienia w związku z tym, że Samuela odciągała od jego pracy w czyimkolwiek warsztacie. Ta praca tutaj była dla niego, dla jego korzyści. Oddalił się od lasu pociągany ku cywilizacji przez kobietę, zamiast trwać wiernie przy swoim domu. Nie był przez to dla lasu straconym, ależ skąd, lecz potrzebował się na powrót z nim złączyć. Potrzebował znów znaleźć się blisko Kniei i ku niej skierować swoje myśli; nieważne, jak kuszącą się zdawała wizja miasteczkowych kochanek.
Podczas gdy kolejne pniaki zjawiały się na podwórzu znoszone przez Samuela, Helloise przygotowywała je pod konstrukcję. Docinała i usuwała to, co należało; dokonywała pomiarów. Tego dnia jej podwórze zapachniało przepięknie. Upoiło czarownicę wonią świeżo ściętego drewna, mokrej kory i żywicy. Było to jakby Samuel przeniósł las pod okna jej domu — i była to w pewnym sensie prawda. Praca stała się dzięki temu przyjemnością zmysłową wynagradzającą trudy.
Pierwszego dnia powstał więc projekt i przygotowane zostały komponenty. Pod wieczór drewniane pale gotowe były do tego, aby je zbić w ramiona runy i wkopać w ziemię.
Gdy Samuel odpoczywał, popijając cydr, Helloise wyłoniła się z wnętrza chaty, dla siebie niosąc czarkę wina podbarwionego opium. Ściemniało się. Czarownica zmierzyła wzrokiem niestrudzenie pracującego przez cały dzień mężczyznę, spojrzała również na ich robotę. Do twarzy było Samuelowi z ciężką pracą; taki wysiłek rozganiał złe myśli, pozwalał skupić się i myśleć o tym co ważne. A ważny był las przed nimi.
— Nie martw się. Łopat mam dostatek, ale starczy ci na dziś, mój drogi — rzekła, wyciągając z włosów Samuela zaplątaną w nie gałązkę. — Odpocznij. Wieczór jest miły. Posiedźmy tu chwilę. Prześpisz się na kanapie w pracowni, a rano weźmiemy się do dalszej pracy.
Czarownica przysiadła na krawędzi tarasu i spuściła nogi w dół. Umoczyła usta w gorzkim winie, sycąc oczy powstającą na jej podwórzu obietnicą odzyskania bezpieczeństwa po wielu miesiącach nieustających lęków. Ta obietnica mogła równie dobrze być płonną, lecz mimo że charakter projektu był eksperymentalny, budził w Helloise podniecenie. Wreszcie posuwali się do przodu.
— Wiesz, co to będzie? — zapytała poruszona.
Helloise — choć nie stroniła od fizycznej bliskości — duchem zwykle wydawała się bardzo od ludzi odległa, nieprzywiązana do ziemskich spraw. Teraz jednak odsłoniła się jej wrażliwa strona, która po ludzku tęskniła.
— To może być pierwszy krok na drodze do domu. — Wyciągnęła rękę przed siebie i zgięła brudne palce, jakby próbowała zamknąć runę w dłoni.
Noc w chacie, gdzie na kominkach trzaskał żywy ogień, była pierwszy raz od dawna spokojna, bo oto pojawiła się na horyzoncie nowa nadzieja. Z rana prace ruszyły od nowa. Wyciągnięto szpadle z szopy za domem i po nakarmieniu kur oraz siebie samych czarodzieje mogli przystąpić do wkopywania ramion runy w ziemię podwórza.
Podczas gdy kolejne pniaki zjawiały się na podwórzu znoszone przez Samuela, Helloise przygotowywała je pod konstrukcję. Docinała i usuwała to, co należało; dokonywała pomiarów. Tego dnia jej podwórze zapachniało przepięknie. Upoiło czarownicę wonią świeżo ściętego drewna, mokrej kory i żywicy. Było to jakby Samuel przeniósł las pod okna jej domu — i była to w pewnym sensie prawda. Praca stała się dzięki temu przyjemnością zmysłową wynagradzającą trudy.
Pierwszego dnia powstał więc projekt i przygotowane zostały komponenty. Pod wieczór drewniane pale gotowe były do tego, aby je zbić w ramiona runy i wkopać w ziemię.
Gdy Samuel odpoczywał, popijając cydr, Helloise wyłoniła się z wnętrza chaty, dla siebie niosąc czarkę wina podbarwionego opium. Ściemniało się. Czarownica zmierzyła wzrokiem niestrudzenie pracującego przez cały dzień mężczyznę, spojrzała również na ich robotę. Do twarzy było Samuelowi z ciężką pracą; taki wysiłek rozganiał złe myśli, pozwalał skupić się i myśleć o tym co ważne. A ważny był las przed nimi.
— Nie martw się. Łopat mam dostatek, ale starczy ci na dziś, mój drogi — rzekła, wyciągając z włosów Samuela zaplątaną w nie gałązkę. — Odpocznij. Wieczór jest miły. Posiedźmy tu chwilę. Prześpisz się na kanapie w pracowni, a rano weźmiemy się do dalszej pracy.
Czarownica przysiadła na krawędzi tarasu i spuściła nogi w dół. Umoczyła usta w gorzkim winie, sycąc oczy powstającą na jej podwórzu obietnicą odzyskania bezpieczeństwa po wielu miesiącach nieustających lęków. Ta obietnica mogła równie dobrze być płonną, lecz mimo że charakter projektu był eksperymentalny, budził w Helloise podniecenie. Wreszcie posuwali się do przodu.
— Wiesz, co to będzie? — zapytała poruszona.
Helloise — choć nie stroniła od fizycznej bliskości — duchem zwykle wydawała się bardzo od ludzi odległa, nieprzywiązana do ziemskich spraw. Teraz jednak odsłoniła się jej wrażliwa strona, która po ludzku tęskniła.
— To może być pierwszy krok na drodze do domu. — Wyciągnęła rękę przed siebie i zgięła brudne palce, jakby próbowała zamknąć runę w dłoni.
Noc w chacie, gdzie na kominkach trzaskał żywy ogień, była pierwszy raz od dawna spokojna, bo oto pojawiła się na horyzoncie nowa nadzieja. Z rana prace ruszyły od nowa. Wyciągnięto szpadle z szopy za domem i po nakarmieniu kur oraz siebie samych czarodzieje mogli przystąpić do wkopywania ramion runy w ziemię podwórza.
dotknij trawy