10.10.2026, 17:54 ✶
Całą uwagę skupiała na blado świecących grzybach. Pęseta zawisła tuż nad delikatnym kapeluszem największego okazu.
Ktoś mógłby ją zapytać co tutaj robiła, ale przez dwa dni trudno byłoby od razu zauważyć krogulca, który za nim podążał. A w październiku krogulce nie zmieniały upierzenia.
Gdzieś po jej lewej stronie trzasnęła sucha gałązka. Jest! jest!
Dziecięca radość o mało nie przedostała się na twarz. Kiedy to w Little Hangleton siedziała plecami do sąsiedniej loży, udając głębokie zainteresowanie zaschniętymi kręgami po kuflu kremowego piwa, rozważała możliwość, że zasłyszana rozmowa okaże się czymś więcej niż tylko zrządzeniem losu. Jego głos przebijał się wówczas przez gwar, zdradzając nazwy roślin, wskazówki topograficzne i szczegóły, których człowiek nieprzywykły do obcowania z przyrodą zapewne nie uznałby za warte zapamiętania. Wspomniał o tym skrawku lasu, o jeziorze, o konkretnym punkcie orientacyjnym.
Wystarczyło jej to za zaproszenie.
Viola ostrożnie odcięła pojedynczy świecący grzyb i umieściła go w szklanej fiolce, dodając szczyptę mchu konserwującego wyjętego z torby. Zakręciła wieczko, po czym schowała kielnię, pędzelki oraz pozostałe przybory. Następnie ruszyła wzdłuż ścieżki, zagłębiając się w gęstwinę, gdzie splątane jeżyny i młode ostrokrzewy tworzyły nieprzebytą ścianę. Buty nie wydawały najlżejszego dźwięku na wilgotnej ściółce. Rąbek spódnicy zaczepiał o ciernie.
Dwadzieścia metrów dalej znalazła dogodne miejsce do obserwacji. Rozłożyste korzenie powalonego buka tworzyły naturalną kryjówkę. Pannica sadowiła się w wilgotnym zagłębieniu, nie bacząc na chłód przenikający przez materiał. Kiedy ostrożnie przesunęła się wzdłuż korzeni i zeszła niżej, dostrzegła na brzegu pozostawione przedmioty.
Nie musiała długo szukać sprawcy tego nieporządku, ponieważ jego sylwetka majaczyła w jeziorze. Ostatnie promienie słońca oblepiły ramiona mężczyzny białawymi strzępami. Jak pączuś w maśle, pomyślała.
Ktoś mógłby ją zapytać co tutaj robiła, ale przez dwa dni trudno byłoby od razu zauważyć krogulca, który za nim podążał. A w październiku krogulce nie zmieniały upierzenia.
Gdzieś po jej lewej stronie trzasnęła sucha gałązka. Jest! jest!
Dziecięca radość o mało nie przedostała się na twarz. Kiedy to w Little Hangleton siedziała plecami do sąsiedniej loży, udając głębokie zainteresowanie zaschniętymi kręgami po kuflu kremowego piwa, rozważała możliwość, że zasłyszana rozmowa okaże się czymś więcej niż tylko zrządzeniem losu. Jego głos przebijał się wówczas przez gwar, zdradzając nazwy roślin, wskazówki topograficzne i szczegóły, których człowiek nieprzywykły do obcowania z przyrodą zapewne nie uznałby za warte zapamiętania. Wspomniał o tym skrawku lasu, o jeziorze, o konkretnym punkcie orientacyjnym.
Wystarczyło jej to za zaproszenie.
Viola ostrożnie odcięła pojedynczy świecący grzyb i umieściła go w szklanej fiolce, dodając szczyptę mchu konserwującego wyjętego z torby. Zakręciła wieczko, po czym schowała kielnię, pędzelki oraz pozostałe przybory. Następnie ruszyła wzdłuż ścieżki, zagłębiając się w gęstwinę, gdzie splątane jeżyny i młode ostrokrzewy tworzyły nieprzebytą ścianę. Buty nie wydawały najlżejszego dźwięku na wilgotnej ściółce. Rąbek spódnicy zaczepiał o ciernie.
Dwadzieścia metrów dalej znalazła dogodne miejsce do obserwacji. Rozłożyste korzenie powalonego buka tworzyły naturalną kryjówkę. Pannica sadowiła się w wilgotnym zagłębieniu, nie bacząc na chłód przenikający przez materiał. Kiedy ostrożnie przesunęła się wzdłuż korzeni i zeszła niżej, dostrzegła na brzegu pozostawione przedmioty.
Nie musiała długo szukać sprawcy tego nieporządku, ponieważ jego sylwetka majaczyła w jeziorze. Ostatnie promienie słońca oblepiły ramiona mężczyzny białawymi strzępami. Jak pączuś w maśle, pomyślała.
Kotów kat ma oczy zielone
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć
Ja pazurami trzymam się za życia brzeg
Moje dni mam już policzone
Czekam, aż świat zazieleni się na śmierć