11.10.2026, 19:14 ✶
— Dom — potwierdziła, gdy następnego dnia zajmowali się kopaniem.
Helloise skupiła się na wydobywaniu kolejnych łopat ziemi, nie okazując tego, jaką w duszy odczuła satysfakcję z tego, że Samuel nie zapomniał jeszcze, gdzie jest jego dom. Wciąż mu zależało.
To, co wtedy robili, było ledwie początkiem. Było niepewne, niesprawdzone, ale było pierwszym krokiem. Jeśli ta runa miała zapewniać ochronę, Helloise pragnęła, aby otoczyła jej dom i uczyniła go bezpieczną przystanią pod lasem.
A cóż potem?
Tamtego dnia czarownica nie wiedziała jeszcze, że wkrótce osobiście wejdzie do Kniei, lecz miała i inne pomysły. Wielkie wizje tego, jak przy pomocy symbolu możliwe może się stać zepchnięcie widm głębiej, uwięzienie ich na malutkim skrawku przestrzeni. Zagonienie w kozi róg. Stworzenie korytarzy, jak te ministerialne. Jak ten prowadzący na pole dawnej bitwy…
— Gdy skończymy, pokażę ci coś — obiecała, nie odrywając się od pracy. — Miałam zrobić to już wcześniej, ale cię nie widywałam.
Samuel zasługiwał, żeby zobaczyć drogę prowadzącą w głąb Kniei. Ukrytą z dala od wzroku Ministerstwa, bezpieczną od widm. Może spacer przez las, choćby tym jednym korytarzem, pomoże jemu, jak pomógł jej.
Kobieta szybko się męczyła, musiała robić wiele przerw, a tempem w najmniejszym stopniu nie dorównywała Samuelowi, lecz była zdeterminowana i pracowała bez słowa skargi, jak i on. Helloise, choć poddana uzależnieniu, potrafiła okazać się dyscypliną, gdy na czymś jej zależało. Nie bała się ciężaru pracy, pęcherzy na rękach ani obolałych pleców.
Tak oto pojawiały się kolejne czarne linie rozkopanej ziemi wśród wysokich traw i chwastów podwórza.
Helloise wbiła szpadel przy kolejnym rowie. Otarła brudną dłonią spocone czoło, zostawiając na nim ziemistą smugę. Szata lepiła jej się do zgrzanych pleców, a wilgotne ubranie podwiewał zimny, październikowy wiatr. Niezależnie od tego, ile razy poprawiała warkocz, ciągle wypadały z niego przykrótkie kosmyki połamanych włosów, toteż przestała z nimi walczyć. Teraz zwisały smętne i postrąkowane wokół jej twarzy.
— Sprawdźmy, czy tu wejdzie — poleciła, podszedłszy do jednego z czekających na wkopanie drewnianych ramion.
Chciała, aby je przenieśli i umieścili w przygotowanym miejscu. Rowy nie były głębokie. Czarownicy zależało jedynie na tym, aby nie było łatwo o zniszczenie bądź rozkradzenie drewnianej runy.
Helloise skupiła się na wydobywaniu kolejnych łopat ziemi, nie okazując tego, jaką w duszy odczuła satysfakcję z tego, że Samuel nie zapomniał jeszcze, gdzie jest jego dom. Wciąż mu zależało.
To, co wtedy robili, było ledwie początkiem. Było niepewne, niesprawdzone, ale było pierwszym krokiem. Jeśli ta runa miała zapewniać ochronę, Helloise pragnęła, aby otoczyła jej dom i uczyniła go bezpieczną przystanią pod lasem.
A cóż potem?
Tamtego dnia czarownica nie wiedziała jeszcze, że wkrótce osobiście wejdzie do Kniei, lecz miała i inne pomysły. Wielkie wizje tego, jak przy pomocy symbolu możliwe może się stać zepchnięcie widm głębiej, uwięzienie ich na malutkim skrawku przestrzeni. Zagonienie w kozi róg. Stworzenie korytarzy, jak te ministerialne. Jak ten prowadzący na pole dawnej bitwy…
— Gdy skończymy, pokażę ci coś — obiecała, nie odrywając się od pracy. — Miałam zrobić to już wcześniej, ale cię nie widywałam.
Samuel zasługiwał, żeby zobaczyć drogę prowadzącą w głąb Kniei. Ukrytą z dala od wzroku Ministerstwa, bezpieczną od widm. Może spacer przez las, choćby tym jednym korytarzem, pomoże jemu, jak pomógł jej.
Kobieta szybko się męczyła, musiała robić wiele przerw, a tempem w najmniejszym stopniu nie dorównywała Samuelowi, lecz była zdeterminowana i pracowała bez słowa skargi, jak i on. Helloise, choć poddana uzależnieniu, potrafiła okazać się dyscypliną, gdy na czymś jej zależało. Nie bała się ciężaru pracy, pęcherzy na rękach ani obolałych pleców.
Tak oto pojawiały się kolejne czarne linie rozkopanej ziemi wśród wysokich traw i chwastów podwórza.
Helloise wbiła szpadel przy kolejnym rowie. Otarła brudną dłonią spocone czoło, zostawiając na nim ziemistą smugę. Szata lepiła jej się do zgrzanych pleców, a wilgotne ubranie podwiewał zimny, październikowy wiatr. Niezależnie od tego, ile razy poprawiała warkocz, ciągle wypadały z niego przykrótkie kosmyki połamanych włosów, toteż przestała z nimi walczyć. Teraz zwisały smętne i postrąkowane wokół jej twarzy.
— Sprawdźmy, czy tu wejdzie — poleciła, podszedłszy do jednego z czekających na wkopanie drewnianych ramion.
Chciała, aby je przenieśli i umieścili w przygotowanym miejscu. Rowy nie były głębokie. Czarownicy zależało jedynie na tym, aby nie było łatwo o zniszczenie bądź rozkradzenie drewnianej runy.
dotknij trawy