Uśmiech spowił jej usta miękko, rozlewając się słodyczą w kącikach, rozcierając te przeklęte meandry umysłu, w których gnieździły się mnogie westchnięcia; ciemne oczy po chwili, zapadły się nieprzejednanie w osobie Cynthii, a obniżające się za horyzontem słońce mętniało, jakby zmieniając szatę na czerń rozlanej kawy. Było coś absolutnie absorbującego w jej blondwłosej osobie o szklanych, błękitnych oczach i uśmiechu rozmiękającym na jej wargach – nie powiedziała jednak nic, zamykając się w szklance milkliwości.
– Większość moich planów jest szatańskich – rzekła, wyginając ponownie usta w urokliwy uśmiech.
Z racji lubowania się we wszelkich manualnych sprawach, wprawnie zaczęła pleść wianek – z odrobinę zbyt wielką dozą agresji, jak na czyn tak absolutnie przyziemny i niejako przyjemny. Ewidentnie targały nią mnogie emocje, nieprzystające do sytuacji tak absolutnie nacechowanej spokojem; w gruncie rzeczy drżały w niej uczucia niebanalne i absurdalnie wręcz najeżone niezawoalowaną agresją.
– Wszystkie są nacechowane dokładnie tym, co mam na myśli – odparła, wypuszczając powoli powietrze z płuc – prawdopodobnie ze złości zapomniała aż oddychać.
Louvain zaskoczył ją swoją obecnością, rozwichrzoną, zupełnie jak huragan jej osobowości – mieli w końcu bliźniacze geny, więc nikogo nie dziwiło, jak podobni bywają w gestach subtelnie manieryzowanych i gwałtowności bytowania. Otworzyła szeroko oczy, wbijając wzrok w Cynthię, aby potem przenieść go na brata i potem ponownie ukłuć nim Cynthię. Coś w niej drgnęło, gdy dowiedziała się, iż to jej wianek Louvain będzie zanosił na sam szczyt słupa.
Prędko zlokalizowała wzrokiem Philipa – podeszła do niego naburmuszona i nieomal wcisnęła mu w dłonie wianek nacechowany mnogimi emocjami – pelargoniami, niezapominajkami i hibiskusem.