12.10.2026, 14:36 ✶
Tak, to był ten sam Elonus, przypomniał sobie Gary, któremu momentalnie mina zwiędła niczym pozostawione w obrzydzeniu na dziecięcym talerzu marchewki. W wielkie dzieło innowacyjnych karoc Gary chciał zainwestować pierwszy, ale jako że uciułać nie zdołał wtedy nic, ideę sprzedał ojcu z nadzieją, że ten odpali mu potem dobry procent…
Przebąknął więc pod nosem przeciągłe yhym i zanotował, że o typie wspominać w przyszłości już nie mógł.
— Ja? Nie dam rady? Ja?
Zagrała nim jak Paganini, ale nawet nie zwrócił na to uwagi.
Machnął różdżką nad płytą, rzucając zaklęcie, którym w rezerwacie wybierało się rowy pod odwodnienie, i ziemia nawet nie drgnęła. Spróbował drugiego, prostszego, dla dzieci i ogrodników. Nic. Wiedzieli, że na groby czarodziejskie rzucało się zaklęcia blokujące, ale spróbować warto było.
Pomamrotał pod nosem, po czym splunął, w swoje paskudne niczym łapy starego smoka, łapy i chwycił szpadel.
Pierwsze trzy łopaty poszły gładko, czwarta trafiła w korzeń i odbiła mu się aż w barkach. Potem już było tylko gorzej. Glina wchodziła między ostrze a ziemię, przyklejając się do stali grubymi plackami, które trzeba było zbijać o kamień co kilka ruchów; z każdym stopniem w dół robiło się ciężej, mokrzej i chłodniej, a dół wypełniał się tym gęstym, mdłym zapachem, który Gareth znał z rozkopanych wybiegów po deszczu.
Ostatni raz łopatę w dłoni miał kilkanaście lat temu, gdy starsi bracia uczyli go "magizoologicznego" fachu, czyli przerzucania zwierzęcego gówna z jednej sterty na drugą. Zapomniał już jak fizycznie wyczerpujące jest to zajęcie; ulany niezastygającym potem, najpierw zdjął płaszcz, następnie kamizelkę. Koszula przykleiła mu się do pleców i parowała w nocnym powietrzu, włosy spadały mu na twarz zlepionymi strąkami, a on tylko odgarniał je przedramieniem, zostawiając sobie na czole brudne, wyjątkowo irytujące pasmo.
Kopał tak długo, że przestał liczyć, aż w pewnym momencie szpadel stuknął. Gareth zamarł z nogą na pacie, po czym opadł na kolana i zaczął zgarniać ziemię gołymi rękami. Odsłoniła się przed nimi szara, gładka powierzchnia. To nie była kurwa trumna.
Beton.
Z niedowierzaniem, przeciągnął po nim dłonią raz i drugi, szukając krawędzi, szukając styku, szukając czegokolwiek, co dałoby się podważyć. Nie było niczego.
— No i chuj. — Oparł przedramiona o krawędź i podniósł na nią wzrok z dołu, ubłocony, zziajany, czerwony jak burak.
Wygramolił się po ziemi, chwytając się trawy pękami, i stanął nad rozkopaną dziurą, w głowie unicestwiając całą wiązankę mało wyrafinowanych przekleństw. Z trupami i tak by nie wyszło. Ale szkoda, tak czy siak, bo liczył na to, że bliźniaków Carrow pochowali z jakimiś rodowymi błyskotkami. Może nawet udałoby mu się je jakoś przemycić poza czujnym wzrokiem Heli.
— Albo ktoś nas ubiegł, albo chuj wie co z tymi Carrow. I tak z bycia ghoulem by nic nie wyszło — Wbił szpadel w hałdę, żeby stał. — Weźmy kogoś z okolicy, nijakiego, takiego, za kim nikt się nie obejrzy. Jutro, w dzień, albo wieczorem. Może w knajpie, przy piwie i kartach. Wystarczy, że przejdziesz obok tych kapcanów i masz każdego w garści. Sensowną kobietę też się znajdzie.
Rozejrzał się po wszystkich garbatych kamieniach alei, ale jakoś nie znalazł dobrego żartu na zakończenie ich przygody.
— A ta dziura niech zostanie. Zasypiemy ją rano. Albo i nie.
Przebąknął więc pod nosem przeciągłe yhym i zanotował, że o typie wspominać w przyszłości już nie mógł.
— Ja? Nie dam rady? Ja?
Zagrała nim jak Paganini, ale nawet nie zwrócił na to uwagi.
Machnął różdżką nad płytą, rzucając zaklęcie, którym w rezerwacie wybierało się rowy pod odwodnienie, i ziemia nawet nie drgnęła. Spróbował drugiego, prostszego, dla dzieci i ogrodników. Nic. Wiedzieli, że na groby czarodziejskie rzucało się zaklęcia blokujące, ale spróbować warto było.
Pomamrotał pod nosem, po czym splunął, w swoje paskudne niczym łapy starego smoka, łapy i chwycił szpadel.
Pierwsze trzy łopaty poszły gładko, czwarta trafiła w korzeń i odbiła mu się aż w barkach. Potem już było tylko gorzej. Glina wchodziła między ostrze a ziemię, przyklejając się do stali grubymi plackami, które trzeba było zbijać o kamień co kilka ruchów; z każdym stopniem w dół robiło się ciężej, mokrzej i chłodniej, a dół wypełniał się tym gęstym, mdłym zapachem, który Gareth znał z rozkopanych wybiegów po deszczu.
Ostatni raz łopatę w dłoni miał kilkanaście lat temu, gdy starsi bracia uczyli go "magizoologicznego" fachu, czyli przerzucania zwierzęcego gówna z jednej sterty na drugą. Zapomniał już jak fizycznie wyczerpujące jest to zajęcie; ulany niezastygającym potem, najpierw zdjął płaszcz, następnie kamizelkę. Koszula przykleiła mu się do pleców i parowała w nocnym powietrzu, włosy spadały mu na twarz zlepionymi strąkami, a on tylko odgarniał je przedramieniem, zostawiając sobie na czole brudne, wyjątkowo irytujące pasmo.
Kopał tak długo, że przestał liczyć, aż w pewnym momencie szpadel stuknął. Gareth zamarł z nogą na pacie, po czym opadł na kolana i zaczął zgarniać ziemię gołymi rękami. Odsłoniła się przed nimi szara, gładka powierzchnia. To nie była kurwa trumna.
Beton.
Z niedowierzaniem, przeciągnął po nim dłonią raz i drugi, szukając krawędzi, szukając styku, szukając czegokolwiek, co dałoby się podważyć. Nie było niczego.
— No i chuj. — Oparł przedramiona o krawędź i podniósł na nią wzrok z dołu, ubłocony, zziajany, czerwony jak burak.
Wygramolił się po ziemi, chwytając się trawy pękami, i stanął nad rozkopaną dziurą, w głowie unicestwiając całą wiązankę mało wyrafinowanych przekleństw. Z trupami i tak by nie wyszło. Ale szkoda, tak czy siak, bo liczył na to, że bliźniaków Carrow pochowali z jakimiś rodowymi błyskotkami. Może nawet udałoby mu się je jakoś przemycić poza czujnym wzrokiem Heli.
— Albo ktoś nas ubiegł, albo chuj wie co z tymi Carrow. I tak z bycia ghoulem by nic nie wyszło — Wbił szpadel w hałdę, żeby stał. — Weźmy kogoś z okolicy, nijakiego, takiego, za kim nikt się nie obejrzy. Jutro, w dzień, albo wieczorem. Może w knajpie, przy piwie i kartach. Wystarczy, że przejdziesz obok tych kapcanów i masz każdego w garści. Sensowną kobietę też się znajdzie.
Rozejrzał się po wszystkich garbatych kamieniach alei, ale jakoś nie znalazł dobrego żartu na zakończenie ich przygody.
— A ta dziura niech zostanie. Zasypiemy ją rano. Albo i nie.
Koniec sesji