• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue

[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
12.10.2026, 15:49  ✶  
Spojrzałem na Prue z ukosa, obracając kieliszek między palcami, przez moment zastanawiałem się, czy naprawdę uważała, że ludzie powinni świętować ważne okazje w sposób, który nie pozostawiałby im żadnych interesujących wspomnień - czy z jej punktu widzenia wystarczyłoby kilka uprzejmych rozmów, porządny deser, ewentualnie odrobina muzyki, po czym wszyscy mogliby wrócić do domów z godnością i z przekonaniem, że wieczór upłynął zgodnie z planem? Ja sam wychodziłem z założenia, że jeśli po przyjęciu nikt nie miał chociaż jednej historii, której nie powinien opowiadać przy młodszych krewnych, gospodarze prawdopodobnie nie wykorzystali pełnego potencjału okazji, ale czy moja towarzyszka rzeczywiście była z tych nudnych i poprawnych? Wątpiłem, nawet jeśli starała się świecić przykładem, przyjąłem jednak jej uwagę o różnych podejściach do świętowania z takim przejęciem, jakby właśnie oznajmiła mi, że woda bywa mokra, po czym upiłem kolejny łyk ze swojego kieliszka i rozejrzałem się po sali, wzruszywszy ramionami - nie byłem szczególnie przywiązany do myśli, że każda uroczystość powinna wyglądać właśnie tak, chociaż zdecydowanie wolałem przyjęcia, na których goście po kilku godzinach przestawali pilnować każdego słowa, ponieważ wtedy nawet najbardziej sztywni przedstawiciele szlachetnych rodów zaczynali zdradzać, że pod warstwą wydumanych tytułów, nienagannych manier i wyuczonych uprzejmości kryło się całkiem sporo materiału na interesujące anegdoty. Prue patrzyła na to wszystko z rezerwą, której nie potrafiłem uznać za szczególnie zaskakującą, ale nie zamierzałem też udawać, że w pełni rozumiałem i na swój sposób doceniałem jej podejście, bo wtedy równie dobrze mógłbym się z nią zgodzić, a wtedy jeszcze zaczęłaby wierzyć, że potrafiła prowadzić ze mną rozmowę bez konieczności stawiania ostatniego słowa.
Oczywiście zresztą, że każdy miał własne podejście do podobnych uroczystości, ale istniał zasadniczy problem z teorią Prudence Bletchley, mianowicie zakładała ona, że wszyscy powinni zachowywać się rozsądnie nawet wtedy, kiedy nikt nie wymagał od nich rozsądku, co wydawało mi się wyjątkowo męczącym i nudnym sposobem spędzania wolnego czasu. Sam nie miałem najmniejszej ochoty upijać się do stanu, w którym potrzebowałbym pomocy trzech osób, żeby wstać, wyjść na dwóch nogach albo mógłbym mieć trudność z przypomnieniem sobie własnego nazwiska, lecz nie zamierzałem również spędzać imprezy na ocenianiu zachowań każdego gościa, który wypił o kieliszek za dużo, bo niektóre rzeczy należało po prostu obserwować z odpowiednim dystansem, najlepiej z talerzem pełnym jedzenia w ręku.
- Właśnie dlatego jesteś taka trudna do zabrania gdziekolwiek. - Oznajmiłem, jakbyśmy obecnie mieli okazję planować wspólne wyjścia gdziekolwiek, bo chociaż rzeczywiście część obecnych gości zdawała się nie rozumieć, kiedy należało odłożyć kieliszek, nie uważałem, żeby stanowiło to szczególnie interesujący problem natury filozoficznej. - Większość ludzi potrafi przynajmniej udawać, że dobrze się bawi, kiedy znajdzie się w miejscu, które nie do końca im odpowiada. Ty natomiast wyglądasz, jakbyś przyszła tutaj przeprowadzić inspekcję i za chwilę miała zamknąć lokal za uchybienia w behapie. - Zerknąłem w stronę parkietu, gdzie widziana już przeze mnie wcześniej para próbowała wykonać taniec, który również najwyraźniej wymagał znacznie większej koordynacji, niż oboje wspólnie posiadali. - Nie twierdzę, że musisz robić to samo. Chociaż byłoby miło, gdybyś przynajmniej raz spojrzała na coś bez zastanawiania się, co poszło lub jak może pójść nie tak. - Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, szukając oznak, że moja uwaga trafiła w czuły punkt, ale przecież to była Prue - uosobienie czarnowidztwa i nieoficjalna księżniczka osób przygotowanych zupełnie na wszystko, prócz dobrej zabawy, niestety…
- Trudno, nie można mieć wszystkiego. - Zerknąłem na nią, dostrzegając, że jej spojrzenie znów zaczęło nabierać tego szczególnego wyrazu, który zwykle oznaczał, że jeszcze jedno zdanie z mojej strony mogło doprowadzić do drastycznego pogorszenia naszych stosunków.
Rozmowa z nią bez wzajemnego podszczypywania była jednak jak deser bez cukru - niby dało się przełknąć, lecz po co właściwie się męczyć - poza tym chciałem zobaczyć, ile jeszcze podobnych widowisk zdołamy obejrzeć, zanim postanowi, że jednak woli wrócić do domu.
- Obłuda? - Powtórzyłem, unosząc brwi. - Ciekawe, że akurat to nazywasz „obłudą”… - Wypchnąłem policzek językiem, po czym nieznacznie pokręciłem głową i odchrząknąłem, jakbym właśnie musiał wyjaśniać jej podstawowe zasady funkcjonowania świata. - Nie, moja droga. To się nazywa „takt”. To dość podstawowa umiejętność, szczególnie jeśli nosisz nazwisko, które zobowiązuje cię do pojawiania się w miejscach, w których wolałabyś nie spędzać nawet pięciu minut. - Mówiłem z doświadczenia, bo od najmłodszych lat obserwowałem, jak zgrabnie dorośli potrafili prowadzić rozmowę z kimś, kogo najchętniej wyrzuciliby za drzwi, po czym z uśmiechem zapraszali tę samą osobę na kolejne przyjęcie, nie uważałem tego za szczególnie szlachetne, ale nie zamierzałem też udawać, że świat działa według zasad, które Prue uznałaby za uczciwe. - Na szczęście ci to nie grozi, ale uważaj, nie każda rozmowa musi prowadzić do przyjaźni, nie każde spotkanie musi kończyć się deklaracją dozgonnej sympatii. Czasami wystarczy, że obie strony wiedzą, jak się zachować i żadna nie próbuje publicznie udowodnić drugiej, że jest skończonym kretynem. - Uśmiechnąłem się do niej znacząco - było coś przewrotnie przyjemnego w tym, że poczuwałem się do tłumaczenia jej zalet towarzyskiej dyplomacji, skoro większość naszych spotkań kończyła się zwykle na tym, że któreś z nas musiało mieć ostatnie słowo - nie zamierzałem jednak udawać, że nasza skłonność do kłótni oznaczała, iż nie potrafiliśmy funkcjonować wśród innych, przeciwnie, gdybyśmy oboje nie mieli choć odrobiny wyczucia, już dawno zostalibyśmy wyrzuceni z połowy miejsc, w których zdarzało nam się spotykać. Prue, co prawda, nie należała do osób, które potrafiły z łatwością odnaleźć się w każdej rozmowie, a już szczególnie nie wtedy, kiedy musiała spędzać czas z kimś, kto nie wzbudzał w niej sympatii, tyle że w jej przypadku istniała pewna osobliwa prawidłowość - im bardziej nie chciała ze mną rozmawiać, tym więcej miała mi do powiedzenia - nie próbowałem oczywiście wyciągać z tego żadnych pochopnych wniosków, chociaż sam fakt, że wciąż prowadziła ze mną dyskusję zamiast znaleźć pretekst do odejścia, wydawał mi się całkiem absorbujący.
- Istnieje różnica między powiedzeniem komuś, że nie znosisz jego towarzystwa, a pozwoleniem mu, żeby sam doszedł do tego wniosku. - Wzruszyłem ramionami, zanim zdążyła mi odpowiedzieć, przy czym spojrzałem w stronę najbliższego ze stołów, przy którym dwóch starszych czarodziejów właśnie wstało i uścisnęło sobie dłonie, z entuzjazmem godnym długoletnich przyjaciół, chociaż jeszcze chwilę wcześniej jeden z nich bardzo głośno i wyraźnie próbował przekonać drugiego, że jego syn nie miał żadnych szans na przyjęcie do prestiżowego klubu. - Widzisz… Pierwsza metoda sprawia, że zyskujesz wroga. Druga daje ci szansę, że sam zacznie cię unikać. - Nie mogłem jednak odmówić jej pytaniu pewnej logiki, nawet jeśli sama logika nie stanowiła dla mnie wystarczającego powodu, żeby zmienić zdanie, szczególnie będąc na takiej, nie innej, pozycji w naszej relacji.
„No taki jak ty” usłyszałem zresztą chwilę później, kiedy wróciliśmy do tematu jedzenia, przez co natychmiast w pełni odwróciłem ku niej głowę - sam gest, w którym machnęła ręką, jakby chciała wskazać całą moją osobę, rozbawił mnie niemal równie mocno jak jej słowa.
- Doprawdy? Nie wiedziałem, że jestem osobną kategorią. - Przesunąłem dłonią po przodzie szaty, poprawiając materiał przy mankiecie, ponieważ nie miałem zamiaru zaprzeczać, że w moim domu oprawa kateringowa stanowiła sprawę niemal równie ważną jak nazwisko, odpowiednie znajomości i umiejętność prowadzenia rozmowy, która potrafiła ciągnąć się przez całe popołudnie bez wypowiedzenia choćby jednej rzeczywiście interesującej i szczerej myśli.
- Można się zasłodzić wszystkim, jeśli nie ma się umiaru, Ptysiu. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z wyraźnym uśmieszkiem, po czym odwróciłem się twarzą w stronę bufetu, bo dalsze dyskutowanie o deserach bez możliwości ich spróbowania zaczynało wydawać mi się stratą czasu. Poniekąd dobrze zakładała, musiałem jej to przyznać, przynajmniej wewnątrz, na moich rodzinnych przyjęciach pojawiały się desery przygotowywane przez cukierników, których nazwiska znały nawet osoby niemające najmniejszego pojęcia o gotowaniu, a ja od dzieciństwa przywykłem do tego, że na stole można było znaleźć kilka rodzajów ciast, kremów i wypieków, z których każdy miał wyglądać tak, jakby jego przygotowanie wymagało co najmniej kilku konsultacji. Jadłem desery przygotowywane przez mistrzów cukiernictwa, którzy potrafili wyczarować z czekolady rzeczy tak piękne, że szkoda było wbijać w nie łyżeczkę, miałem również okazję próbować tortów, które wyglądały jak dzieła sztuki, lecz smakowały jak słodka dekoracja stołu, mimo to nie zamierzałem oddać jej racji, ponieważ najwyraźniej uznała, że moje doświadczenie kulinarne stanowiło doskonały argument w sporze, który sama sprowokowała. Nie miałem zamiaru więc przyjmować jej teorii, jakie by nie były, na wiarę tylko dlatego, że mówiła je tonem kogoś, kto właśnie odkrył najważniejsze prawo magii, zwłaszcza że jeszcze nie doszliśmy do, na przykład, kwestii oprawy muzycznej na sali…
Cóż, trudno było mi wyobrazić sobie lepszy dowód na to, że nadal doskonale odnajdywaliśmy się w naszym ulubionym sporcie, czyli wzajemnym doprowadzaniu się do szału, nie miałem zamiaru przegrywać, nawet jeśli oznaczało to konieczność spędzenia reszty wieczoru na udowadnianiu jej, że życie towarzyskie nie jest ani tak proste, ani tak tragiczne, jak próbowała je przedstawiać.
- Biedna Audacia. Wciągnięta w miejsce w hierarchii, zmuszona do jedzenia deserów i skazana na oglądanie ludzi, którzy mają czelność dobrze się bawić. - Rozłożyłem ręce. - Nie wiem, jak to przetrwasz. - Było to irytujące, lecz zarazem trudne do zignorowania, bo na ogół całkiem nieźle trafiała ze swoimi opiniami.
„Nie zawsze. Oczywiście. To byłoby za mało skomplikowane…”
- Czyli jednak rozważałaś możliwość zakopania mnie pod krzewem. - Dopiero w momencie, w którym te słowa opuściły moje usta, uświadomiłem sobie, na jak bardzo zadowolonego zabrzmiałem, jednak ani trochę mnie to nie zmieszało, wręcz przeciwnie, uniosłem dodatkowo kącik ust, lekko wypiąwszy pierś, bo przecież oboje wiedzieliśmy, co to mogło znaczyć. - Powinienem być wdzięczny, że w ogóle bierzesz pod uwagę rośliny ozdobne? Spodziewałem się raczej czegoś trującego, bardzo kolczastego, najlepiej w miejscu, do którego nikt nie zagląda. - Widziałem, że jej cierpliwość zaczynała się wyczerpywać, lecz właśnie dlatego nie zamierzałem rezygnować z dalszego drażnienia lwa - nie zamierzałem pozwolić, by ostatnie słowo należało do niej, szczególnie gdy tak łatwo było wykorzystać jej własną uwagę.
- Oczywiście. - Byłem niemal pewien, że wolałaby w tej chwili wrócić do rozważań o pogrzebie, ale skoro sama otworzyła temat, nie zamierzałem rezygnować z okazji. - Po dzieciach, po kupnie domu, ale przed tym, jak uświadomisz sobie, że musisz nadal udawać, że nie potrafisz znieść mojego widoku, gdy tak naprawdę go wypatrujesz. - Zrobiłem krótką pauzę, jakbym właśnie wyliczył wszystkie najważniejsze etapy naszego przyszłego życia, po czym wzruszyłem ramionami. - Właściwie, jeśli chcesz mieć pewność, że wszystko zostało załatwione zgodnie z planem, możemy się o nie postarać jeszcze przed końcem roku. Potem może być ci znacznie trudniej, chociaż nie wątpię, że gdybyś się zaparła, pewnie dałabyś radę spróbować. - To ostatnie zdanie wypowiedziałem z pełną świadomością, że właśnie wystawiałem się na jej kolejną ripostę, ale przecież nie mogłem pozwolić, żeby rozmowa stała się zbyt poważna - była to oczywiście kpina, nic więcej, a jednak przez krótką chwilę wyobraziłem sobie Prudence stojącą obok mnie w zupełnie innym miejscu niż zatłoczona sala weselna, bez konieczności udawania czegokolwiek przed obcymi ludźmi - złote, piękne czasy - ta myśl przemknęła przez moją głowę tak szybko, że zdążyłem ją zignorować, zanim mogła nabrać jakiegokolwiek znaczenia.
- Nie powiedziałem, że zamierzam za wszelką cenę obrabować gospodarzy. Nie jestem aż tak zdesperowany. Mam tylko świadomość, że skoro gospodarze przygotowali tyle jedzenia, część z niego prawdopodobnie nigdy nie zostanie tknięta. - Zerknąłem na oddalony od nas stół z przekąskami. - Po prostu uważam, że skoro już tu jesteśmy, należy odpowiednio wykorzystać możliwości, jakie daje nam sytuacja. Nie widzę powodu, żeby pozwolić, by zmarnowało się coś, co mogłoby poprawić komuś humor następnego dnia. W końcu nie codziennie trafia się na wesele, na którym nikt nie pyta o nazwisko gościa. - Wyjaśniłem, chociaż sam nie byłem pewien, czy rzeczywiście potrzebowałem wyjaśniać jej cokolwiek, spojrzałem na nią, po czym dodałem z uśmieszkiem. - Okej. Jeżeli zdecyduję się zabrać kawałek ciasta dla twojego bliźniaka, nie będę cię prosił o pomoc. Nie zamierzam narażać twojej nieskazitelnej reputacji. - Rzuciłem, a kiedy wreszcie przysunęła się do mnie i wsunęła rękę pod moje ramię, przez krótką chwilę skupiłem uwagę na samym geście - nie dlatego, że było w nim coś niezwykłego, w pewnym sensie zupełnie przeciwnie - w przeszłości zdarzało nam się być znacznie bliżej, niż pozwalałaby na to nasza obecna niechęć, więc sam kontakt nie stanowił dla mnie żadnego zaskoczenia, mimo to poczułem osobliwe zadowolenie, że nie odsunęła się, kiedy wyciągnąłem ku niej ramię, lecz zdecydowała się podjąć grę do końca. Rzecz jasna, natychmiast przykryłem to uczucie rozbawieniem, ponieważ znacznie łatwiej było mi potraktować jej zachowanie jako kolejny element naszego przedstawienia niż zastanawiać się, dlaczego jej obecność potrafiła poprawić mi humor nawet wtedy, gdy przez większość wieczoru groziła mi śmiercią.
- Cóż, fakt. Otoczenie już pewnie doszło do wniosku, że jestem jedynym mężczyzną na sali, który zdecydował się związać z banshee. Wypadałoby więc, żebym zachował się odpowiednio do swojej reputacji. - Odparłem, zadowalając się porównaniem jej do zwiastunu śmierci, nie do czegoś, co faktycznie byłoby zainteresowane mordem, bo przecież musiałem dziś wierzyć w dobre intencje mojej narzeczonej - prawda?
W moim świecie niektóre rzeczy były oczywiste, inne należało przemilczeć, a jeszcze inne najlepiej było obrócić w żart, zanim zdążyły nabrać jakiegokolwiek znaczenia, dlatego kiedy znów spojrzałem na nią, poprawiając ułożenie jej dłoni na moim ramieniu, zrobiłem to z tą samą bezczelną swobodą, z jaką przez cały wieczór zamierzałem udawać jej narzeczonego.
- Życzysz sobie również coś do picia? Jakieś bombelki? - Nie było w tym nic szczególnie trudnego, wystarczyło odpowiednio często zwracać się do niej z przesłodzoną czułością, z umiarem, od czasu do czasu pochylić się w jej stronę, pamiętać o trzymaniu jej za rękę i nie pozwolić, żeby ktokolwiek zorientował się, że oboje traktujemy tę farsę jak kolejną okazję do sprawdzenia, kto pierwszy straci cierpliwość. Problem polegał na tym, że z jakiegoś powodu coraz bardziej podobało mi się to, jak łatwo wchodziliśmy w te role, kiedy już przestawała myśleć o tym, że powinna uciec.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12805), Prudence Fenwick (6004)




Wiadomości w tym wątku
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.09.2026, 22:02
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.09.2026, 22:06
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.09.2026, 00:12
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.09.2026, 21:22
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.09.2026, 00:25
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 06.10.2026, 18:18
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.10.2026, 21:50
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.10.2026, 19:51
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 07.10.2026, 22:06
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.10.2026, 17:04
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.10.2026, 18:03
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.10.2026, 19:55
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 09.10.2026, 12:09
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.10.2026, 20:20
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.10.2026, 15:49
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 12.10.2026, 21:23
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.10.2026, 16:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa