12.10.2026, 20:18 ✶
Nie działo się nic szczególnego, przynajmniej nic, co potrafiłbym wskazać palcem, a jednak co jakiś czas łapałem się na tym, że nasłuchiwałem odgłosów dochodzących zza pleców, próbując odróżnić zwyczajny ruch przechodniów od kroków, które wcześniej przykuły moją uwagę. Przez nieokreślonej długości chwilę przyglądałem się uliczce, chociaż trudno mi było powiedzieć, czy rzeczywiście cokolwiek tam zobaczyłem lub usłyszałem, czy po prostu zaczynałem doszukiwać się zagrożenia w każdym cieniu, co po ostatnich wydarzeniach nie byłoby nawet szczególnie zaskakujące - oglądałem się przez ramię, próbując ustalić, czy ten nieprzyjemny ucisk między łopatkami oraz dudnienie w uszach miały jakiekolwiek uzasadnienie, poza moją własną paranoją, czy też umysł postanowił zafundować mi dodatkową rozrywkę podczas wieczoru, który i bez tego miał wystarczająco dużo atrakcji. Nie dostrzegłem niczego, co mogłoby przykuć moją uwagę na dłużej, więc ostatecznie odwróciłem się do stoiska, przy którym Prue zdążyła już rozpocząć analizę dostępnych napojów, zrobiłem to jednak z pewnym opóźnieniem, ponieważ dopiero po chwili dotarło do mnie, że właśnie się do mnie odezwała, używając przezwiska, które wciąż nie zdążyło na dobre zadomowić się w mojej codzienności.
- Hm? - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem powstrzymać tę wyjątkowo błyskotliwą reakcję. - Tak? - Spojrzałem na towarzyszącą mi kobietę, unosząc lekko brwi, bo właściwie nie wiedziałem, na co się zgadzałem, i próbując pozbyć się wrażenia, że coś istotnego umknęło mojej uwadze, po czym zmusiłem się do przeniesienia wzroku na drewnianą tablicę z menu - wypisano na niej kilka rodzajów gorących napojów, w tym kawę z przyprawami, herbatę ziołową oraz cydr, który przy tej temperaturze wydawał się świetną propozycją nawet dla kogoś, kto zwykle nie potrzebował szczególnej zachęty, żeby sięgnąć po coś mocniejszego. - Cydl bęsie w posządku. - Odpowiedziałem, wnioskując, że oboje chyba właśnie to zamawialiśmy, wracając na moment spojrzeniem do ciemnej alejki, zanim ostatecznie odwróciłem się do sprzedawcy, który kiwnął głową i odszedł, aby zająć się nalewaniem nam napojów.
- Nawet nie pamiętam, kiedy go ostatnio piłem, wiesz. Mam nadzieję, sze jest s jabłek Abbottów. - Uśmiechnąłem się do niej zaledwie kątem ust, po czym ponownie skierowałem uwagę na stragan, tym razem usiłując skupić się na czymś zdecydowanie przyjemniejszym niż ciemne przejścia między budynkami.
- Te tesz wyglądają nieźle. - Zauważyłem cicho, nachyliwszy się ku niej, gdy zostaliśmy na sekundę we dwoje, wskazując brodą kosze. - Jeśli okasze się, sze mosna je jeść bez konieczności konsultacji s medykiem lub falmaceutą, mosze weźmiemy tlochę do domu? - Abstrahując od tego, że Prue sama była uzdrowicielką, to był całkiem rozsądny plan, przynajmniej dopóki nie przypomniałem sobie, że moja definicja „jadalnych produktów” bywała nieco zbyt szeroka, jak na lokalne standardy, szczególnie kiedy coś wyglądało na interesujące z punktu widzenia magicznych właściwości. Tym razem jednak zamierzałem zachować pewną rozwagę, zwłaszcza że nie miałem ochoty spędzać reszty wieczoru na wyjaśnianiu Prue, dlaczego próbowałem zidentyfikować nieznany owoc za pomocą własnego języka - musiała sama najpierw wyrazić ochotę na podobne eksperymenty.
- Hm? - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem powstrzymać tę wyjątkowo błyskotliwą reakcję. - Tak? - Spojrzałem na towarzyszącą mi kobietę, unosząc lekko brwi, bo właściwie nie wiedziałem, na co się zgadzałem, i próbując pozbyć się wrażenia, że coś istotnego umknęło mojej uwadze, po czym zmusiłem się do przeniesienia wzroku na drewnianą tablicę z menu - wypisano na niej kilka rodzajów gorących napojów, w tym kawę z przyprawami, herbatę ziołową oraz cydr, który przy tej temperaturze wydawał się świetną propozycją nawet dla kogoś, kto zwykle nie potrzebował szczególnej zachęty, żeby sięgnąć po coś mocniejszego. - Cydl bęsie w posządku. - Odpowiedziałem, wnioskując, że oboje chyba właśnie to zamawialiśmy, wracając na moment spojrzeniem do ciemnej alejki, zanim ostatecznie odwróciłem się do sprzedawcy, który kiwnął głową i odszedł, aby zająć się nalewaniem nam napojów.
- Nawet nie pamiętam, kiedy go ostatnio piłem, wiesz. Mam nadzieję, sze jest s jabłek Abbottów. - Uśmiechnąłem się do niej zaledwie kątem ust, po czym ponownie skierowałem uwagę na stragan, tym razem usiłując skupić się na czymś zdecydowanie przyjemniejszym niż ciemne przejścia między budynkami.
- Te tesz wyglądają nieźle. - Zauważyłem cicho, nachyliwszy się ku niej, gdy zostaliśmy na sekundę we dwoje, wskazując brodą kosze. - Jeśli okasze się, sze mosna je jeść bez konieczności konsultacji s medykiem lub falmaceutą, mosze weźmiemy tlochę do domu? - Abstrahując od tego, że Prue sama była uzdrowicielką, to był całkiem rozsądny plan, przynajmniej dopóki nie przypomniałem sobie, że moja definicja „jadalnych produktów” bywała nieco zbyt szeroka, jak na lokalne standardy, szczególnie kiedy coś wyglądało na interesujące z punktu widzenia magicznych właściwości. Tym razem jednak zamierzałem zachować pewną rozwagę, zwłaszcza że nie miałem ochoty spędzać reszty wieczoru na wyjaśnianiu Prue, dlaczego próbowałem zidentyfikować nieznany owoc za pomocą własnego języka - musiała sama najpierw wyrazić ochotę na podobne eksperymenty.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)