• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue

[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
13.10.2026, 16:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2026, 20:40 przez Benjy Fenwick.)  
Nie mogłem powiedzieć, żebym szczególnie żałował, że los postanowił skrzyżować nasze drogi akurat na weselu, na którym nie mieliśmy najmniejszego prawa się znaleźć, ponieważ im dłużej przebywałem w towarzystwie tej dzisiejszej odsłony Prudence, tym wyraźniej przekonywałem się, że wieczór zapowiadał się znacznie ciekawiej, niż początkowo zakładałem. Owszem, muzyka była ogłuszająca, alkohol lał się strumieniami, zaś część zgromadzonych najwyraźniej uznała, że godność osobista była czymś, co można było bez większego żalu zostawić w szatni, lecz miałem obok siebie osobę, która z każdym kolejnym komentarzem udowadniała, że potrafiła dotrzymać mi kroku w tej wyjątkowo idiotycznej odświętnej rywalizacji. Wystarczyło, że rzuciłem jakąś uwagę, żeby natychmiast próbowała znaleźć w niej słaby punkt, a kiedy już go znalazła, wbijała szpilę z precyzją, której nie powstydziłaby się zawodowa szermierka. Z innymi ludźmi nie musiałem się szczególnie wysilać, wystarczało kilka dobrze dobranych słów, odpowiedni uśmiech i odrobina pewności siebie, żeby rozmowa potoczyła się po mojej myśli, natomiast Prue, choćby czując się nieswojo w tłumie obcych ludzi, zdecydowanie nie zamierzała ułatwiać mi życia nawet wtedy, kiedy oboje udawaliśmy zakochanych narzeczonych. Starałem się sprawiać wrażenie kogoś, kto niekoniecznie przykładał się do tego, by słuchać jej z należytą powagą, co niestety wymagało ode mnie znacznie więcej wysiłku, niż powinno, ponieważ ilekroć zaczynała wyjaśniać, dlaczego moje zachowanie było niewłaściwe, niemal natychmiast pojawiała się we mnie nieodparta potrzeba sprawdzenia, ile jeszcze podobnych uwag potrafiła zmieścić w jednej rozmowie. Właściwie należało jej za to podziękować, chociaż prędzej połknąłbym własną różdżkę, niż przyznał jej tę rację bez odpowiedniego komentarza. Nie chodziło nawet o to, że nie rozumiałem kierowanych do mnie argumentów, ponieważ większość z nich była całkiem logiczna, tylko o to, że Audacia potrafiła przedstawiać swoje opinie z taką powagą, jakby właśnie powierzono jej zadanie naprawienia wszystkich wad świata, począwszy od mojego stosunku do alkoholu, skończywszy na sposobie wybierania deserów. Słuchałem jej więc, obracając w palcach kieliszek, od czasu do czasu zerkając na salę, gdzie zabawa rozkręcała się coraz bardziej, zastanawiając się, czy rzeczywiście nie dostrzegała komizmu tej sytuacji, czy może dostrzegała go doskonale, tylko za nic nie zamierzała dać mi satysfakcji.
- Och, nie udawaj, że naprawdę w to wierzysz. Mam przecież doskonałą wyobraźnię, kochanie. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z wyjątkową starannością, wyłącznie po to, żeby przypomnieć jej, jaką rolę odgrywaliśmy tego wieczoru. - Możesz się oburzać, ile chcesz. Fakty pozostają faktami. - Spojrzałem na nią z ukosa, poprawiając mankiet koszuli. - Nie mogę jedynie pozwolić, żebyś nabrała przekonania, że potrafię być taki przez cały czas. Miałabyś później nierealistyczne oczekiwania wobec innych mężczyzn, a ja nie chciałbym ponosić odpowiedzialności za twoje przyszłe rozczarowania. - Powiedziałem to z pełną powagą, chociaż kąciki ust drgnęły mi zdradziecko, kiedy przypomniałem sobie, jak łatwo potrafiła przejść od względnego spokoju do wyraźnej chęci skręcenia mi karku.
Nie wystarczało, że wprosiliśmy się na cudze wesele, uniknęliśmy pytań o zaproszenia i zyskaliśmy dostęp do jedzenia, którego nie musieliśmy kupować - nadal kręciła zadartym nosem i przewracała oczami - więc tym bardziej nie widziałem większego powodu, żeby ekscesywnie zaprotestować, przyznawszy tym samym, że znałem co najmniej kilkanaście miejsc, w których mogłaby poczuć się znacznie swobodniej, ponieważ nie zamierzałem pozwolić jej uwierzyć, że poświęcałem szczególną uwagę upodobaniom kogoś, kto w gruncie rzeczy był mi tylko jednodniowym sojusznikiem. Prawda była taka, że mogłem wymienić całkiem sporo lepszych scenerii, od cichych zakątków ogrodów po księgarnie, w których można było zniknąć między regałami na całe popołudnie, ale nie zamierzałem teraz przedstawiać katalogu potencjalnych wycieczek.
Przez większą część życia byłem przekonany, że w gruncie rzeczy, poza celowo nie respektowanymi przeze mnie jednostkami, tak naprawdę istniały dwa rodzaje ludzi - ci, którzy potrafili docenić moje towarzystwo oraz ci, którzy potrzebowali odrobiny czasu, żeby zrozumieć, co tracili, kiedy próbowali mnie unikać - Prudence Bletchley z uporem godnym lepszej sprawy zaliczała się do trzeciej kategorii, której istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem, ponieważ nie tylko nie doceniała moich zalet, lecz także traktowała każdą kolejną okazję do przebywania ze mną tak, jakbym osobiście odpowiadał za wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały ją od chwili narodzin. Co gorsza, nie potrafiłem nawet stwierdzić przed sobą, że jej niechęć była całkowicie bezpodstawna, bo jeśli ktoś regularnie pojawiał się w najmniej odpowiednich momentach, zadawał niewygodne pytania i nie przepuszczał żadnej okazji do wygłoszenia złośliwego komentarza, to… Tak, rzeczywiście mogłem mieć coś wspólnego z jej problemami, nie zawsze świadomie chcąc zrobić dziewczynie na złość, czasami po prostu będąc sobą, nie zamierzałem jednak składać żadnych wyjaśnień odnośnie tego, dlaczego działo się w ten sposób, ponieważ etap na to mieliśmy już dawno za sobą, minął bezpowrotnie, gdy nasze relacje zaczęły wyglądać właśnie w ten sposób.
Przez chwilę przyglądałem się jej z namysłem, ponieważ pytanie o cel było całkiem sensowne, chociaż odpowiedź wydawała mi się równie oczywista, co irytująca dla kogoś o usposobieniu mojej tymczasowej narzeczonej. W gruncie rzeczy uważałem, że w pewnych okolicznościach należało po prostu pozwolić ludziom mamić sobie oczy - no i nie miałem zamiaru zgadzać się z wyznawanymi przez nią poglądami tylko dlatego, że wypowiadała je z przekonaniem, szczególnie że w kwestii salonowych uprzejmości uważałem się za znacznie lepiej przygotowanego od niej - nie oznaczało to jednak, że zamierzałem bronić każdego zachowania, które widzieliśmy na sali, bo nawet ja miałem swoje granice. Sam wychowałem się w towarzystwie, w którym nikt nie musiał specjalnie tłumaczyć, dlaczego na przyjęciu wypadało wypić kieliszek z gospodarzem, drugi z jego ojcem, trzeci z krewnym, którego nazwisko należało skwitować uśmiechem, chociaż rozmowa z nim była karą dla duszy, więc cała ta uroczystość nie robiła na mnie szczególnego wrażenia. Widziałem zresztą naprawdę spektakularne sceny podczas eleganckich kolacji, na których wszyscy byli trzeźwi, mieli nienagannie zawiązane krawaty i potrafili obrazić się nawzajem jednym zdaniem o pochodzeniu, majątku albo perspektywach matrymonialnych swoich dzieci.
- Sens polega na tym, że nie musisz lubić wszystkich, żeby czerpać korzyści z ich obecności. - Odpowiedziałem, opierając się o filar. - Wyobraź sobie, że kiedyś będziesz potrzebowała przysługi od kogoś, kogo dzisiaj uznałaś za nieznośnego i potraktowałaś adekwatnie do własnego osądu. Co wtedy zrobisz? Pójdziesz do niego, stwierdzisz, że miałaś rację, nie znosząc go, ale i tak poprosisz go o pomoc? - Przechyliłem głowę. - Nie, Audacia. Zachowasz wnioski dla siebie, a w momencie potrzeby uśmiechniesz się, zapytasz o zdrowie jego matki, pochwalisz jego ostatnie osiągnięcia i dopiero potem przedstawisz swoją prośbę. Jeśli zrobisz to dobrze, nawet nie zauważy, kiedy zgodzi się ci pomóc. - Tak, było to obrzydliwie fałszywe, ale świat nie był szczerym miejscem dla dobrych ludzi, nietrudno było dojść do tego wniosku. - Nie udajesz dla nich, kochanie, udajesz dla siebie, żeby nie musieć spędzać reszty wieczoru na tłumaczeniu, dlaczego powiedziałaś coś, co można było równie dobrze przemilczeć. - Stwierdziłem, wzruszając luźnym ramieniem. - No, przynajmniej większość osób tak właśnie robi. - Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak męczące musiało być przeżywanie każdej drobnej interakcji w taki sposób, ponieważ sam zwykle mówiłem, co chciałem, dopiero później zastanawiałem się, czy powinienem był zachować większą ostrożność - najczęściej dochodziłem wtedy do wniosku, że nie, ponieważ przeprosiny były nudne, zaś możliwość sprowokowania kolejnej kłótni miała swoje niewątpliwe zalety.
Właśnie wtedy Prue postanowiła udowodnić mi, że jej zdolność do uśmiechania się na zawołanie była równie imponująca, co moje umiejętności gry na oboju - zacisnąłem usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem, lecz kiedy odwróciła się do mnie i oznajmiła, że nie potrafi, przegrałem tę walkę niemal natychmiast i głośno parsknąłem, bo wyglądała, jakby dostała udaru.
- O rany, widok wart miliony, ale, na Merlina, Bletchley, nie rób tego więcej. Wystarczy, że uniesiesz kąciki ust. Nie wszystkie mięśnie twarzy muszą uczestniczyć w przedstawieniu. - Pokręciłem głową, zagryzając wargi i wciągając policzki, aby się nie śmiać - widziałem już portrety rodzinne, które wyglądały na szczęśliwsze od niej - po czym pochyliłem się odrobinę w jej stronę. Szczere wyznanie, że ciągłe analizowanie wszystkiego utrudniało jej takie drobne gesty, sprawiło jednak, że na moment przestałem się uśmiechać, ponieważ po raz pierwszy tego wieczoru usłyszałem od niej coś, co nie stanowiło ani zaczepki, ani próby odbicia mojego żartu. Nie zamierzałem robić z tego wielkiej sprawy, więc jedynie krótko skinąłem głową - nie uważałem, żeby jej niechęć do tłumów była czymś, co należało zawsze wyśmiewać, nawet jeśli jej reakcje w takich sytuacjach potrafiły dostarczyć mi materiału do żartów na kilka następnych tygodni - zauważałem więcej, niż jej się wydawało, przede wszystkim dlatego, że Prudence była jedną z niewielu osób, przy których naprawdę chciało mi się zwracać uwagę na szczegóły, zamiast po prostu zająć się czymś ciekawszym.
- W takim razie przestań analizować, czy robisz to dobrze, po prostu rób to po swojemu. Świat się nie zawali, jeśli ktoś uzna, że jesteś nieco dziwna. - Spojrzałem na nią znacząco, nie był to szczególnie subtelny sposób okazania wsparcia, ale subtelność nigdy nie należała do moich największych zalet, zwłaszcza kiedy próbowałem udawać, że wcale się o kogoś nie troszczyłem. - Poza tym, skoro przez całe życie wszystko analizujesz, powinnaś wiedzieć, że większość ludzi jest zbyt zajęta sobą, żeby zwracać uwagę na to, jak długo patrzysz im w oczy. Ten koleś przed chwilą prawdopodobnie zapomniał już, że nas minął. Jego żona może pamiętać cię nieco dłużej, ale tylko dlatego, że wyglądasz lepiej od niej. - Wypowiedziałem to z taką swobodą, jakbym właśnie wyjaśniał zasady gry w eksplodującego durnia, chociaż doskonale wiedziałem, że te słowa w naszej sytuacji stanowiły wyjątkowo wdzięczny materiał do dalszych prowokacji.
Nie umknęło mi, że kiedy mówiła o nazwisku Rookwood, w jej głosie pojawiła się ta szczególna nuta, którą zwykle rezerwowała dla rzeczy uznawanych przez siebie za przesadnie wystawne, sztuczne albo pozbawione sensu - nie mogłem mieć do niej pretensji, ponieważ wychowałem się w środowisku, w którym nazwisko otwierało drzwi, ale jednocześnie nakładało na noszącego je obowiązki, których nikt nie zamierzał wyjaśniać wprost - od dziecka słyszałem, że należy wiedzieć, kiedy mówić, kiedy milczeć, komu podać rękę, kogo zaprosić do tańca i w jaki sposób odmówić, żeby rozmówca przez następne trzy dni zastanawiał się, czy właśnie został obrażony. W naszym świecie istniały całe pokolenia osób, które potrafiły spędzić godzinę na rozmowie, nie mówiąc ani jednej rzeczy, którą naprawdę myślały, to wymagało talentu, praktyki i znacznej odporności psychicznej, lecz o tym już mało kto mówił.
- Nie mogę zaprzeczyć, moja rodzina od pokoleń zajmuje się podtrzymywaniem pewnych tradycji. - Skinąłem głową, przyjmując jej uwagę z właściwą sobie dumą. - To przekazuje się z pokolenia na pokolenie, zaraz obok rodzinnych sreber i umiejętności rozpoznawania, który z krewnych próbuje cię wykorzystać. - Drgnął mi kącik ust, ponieważ nie pierwszy raz zdarzało mi się słyszeć podobną uwagę, choć zwykle wypowiadali ją ludzie, którzy próbowali ustalić, czy rzeczywiście byłem taki z natury, czy może po prostu wychowano mnie w przekonaniu, że nazwisko Rookwood zwalniało z obowiązku przepraszania za własne poglądy.
Osobiście uważałem, że lepiej było mieć kilku interesujących przeciwników niż tuzin znajomych, którzy przez całe życie będą ci mówić dokładnie to, co chcesz usłyszeć - wrogowie byli zresztą znacznie bardziej lojalni i kreatywni niż znajomi - znajomy mógł zapomnieć o twoich urodzinach, ale wróg zawsze pamiętał, kiedy ostatnio go obraziłaś, przyjaciel przynosił ci zupę, kiedy zachorowałeś, nieprzyjaciel mógł sprawić, że przez następne trzy tygodnie będziesz zastanawiał się, dlaczego twoja miotła skręcała wyłącznie w lewo.
- Jeśli niespecjalnie przejmujesz się posiadaniem wrogów, przynajmniej upewnij się, że są to wrogowie warci twojego czasu. Nie ma sensu tracić energii na kogoś, kto potrafi jedynie obrazić się i wyjść z pokoju. - Zaznaczyłem, choć znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie należała do osób, które bez powodu wdawały się w konflikty, szczególnie z kimś, kogo mogły po prostu zignorować, więc fakt, że wciąż poświęcała mi tyle uwagi, traktowałem jako osobiste osiągnięcie. Przy Bletchley przynajmniej wiedziałem, na czym stałem, nawet jeśli co kilka minut próbowała mnie zepchnąć z tego miejsca - potrafiła doprowadzić mnie do szału, lecz przynajmniej nigdy nie musiałem zgadywać, czy rzeczywiście uważała mnie za idiotę, czy tylko próbowała zrobić mi przyjemność swoimi pyskówkami - nie próbowałem dociekać, czy wynikało to z czystej niechęci, przywiązania do ostatniego słowa, czy może z tego, że zwyczajnie brakowało jej lepszego zajęcia, ponieważ każda z tych możliwości działała na moją korzyść, nie planowałem również przyznawać, że jej bezpośredniość miała w sobie coś odświeżającego, szczególnie po całym dniu spędzonym w towarzystwie osób, które potrafiły przez godzinę rozmawiać o niczym, nie wypowiadając ani jednego zdania, które rzeczywiście miało znaczenie. Nie zamierzałem przyznać jej racji w żadnej kwestii, nawet jeśli czasami wypowiadane przez nią argumenty były na tyle celne, że przez moment musiałem szukać odpowiedzi, ale właśnie na tym polegała cała zabawa, bo gdybyśmy się ze sobą zgadzali, prawdopodobnie nie mielibyśmy sobie nic do powiedzenia, nie miałbym najmniejszego powodu, żeby stać tutaj właśnie z nią.
- Mhm. Wiem, że twoim ulubionym sposobem spędzania czasu jest stanie przy ścianie, ocenianie wszystkich obecnych i zapamiętywanie ich błędów na wypadek, gdybyś kiedyś potrzebowała odpowiednich argumentów w sporze. - Pokiwałem głową, nie miałem świadomości, jak wiele rzeczy rzeczywiście przechowywała w głowie z dokładnością, która musiała być dla niej czasami naprawdę uciążliwa, ale widziałem, jak sprawnie potrafiła wracać do dawnych rozmów, przypominać sobie słowa wypowiedziane przed tygodniami i wyciągać z nich wnioski, których wolałbym nie oglądać na własnym przykładzie. W moim przypadku taka zdolność mogłaby okazać się katastrofalna, ponieważ niektóre rzeczy mówiłem wyłącznie dlatego, że w danej chwili wydawały mi się zabawne, nie zaś dlatego, że zamierzałem później bronić ich przed sądem, ale właśnie w tym tkwił cały pikuś - doskonale wiedziałem, kiedy się kompromituję, po prostu nie zawsze uważałem to za problem, czasami warto było powiedzieć coś głupiego, żeby zobaczyć, jak bardzo ktoś będzie się starał udowodnić, że był mądrzejszy.
Nie zdążyłem nawet dodać wiele więcej, ponieważ zaraz potem nazwała mnie osobą niemieszczącą się w żadnych normach, zastrzegając przy tym, że nie powinienem traktować tego jako komplementu. Uniosłem brwi, udając głębokie zaskoczenie.
- Nie uznawałabyś? To doprawdy przykre. Przez chwilę miałem nadzieję, że zaczynasz dostrzegać moje zalety. - Przyłożyłem dłoń do piersi i westchnąłem teatralnie. - Nie musisz się tłumaczyć. Przyjmuję. - Rozłożyłem ręce, jakbym właśnie akceptował nagrodę, której nikt inny nie chciał. - Nie uznajesz tego za komplement, ponieważ nie potrafisz przyznać mi racji. - Spojrzałem na nią z ukosa. - Ale wiesz… Gdybyś powiedziała, że jestem nieznośny, nie miałbym z tym problemu. Gdybyś powiedziała, że jestem bezczelny, również bym się zgodził. Ale kiedy próbujesz wmówić mi, że nie mieszczę się w normach, muszę zapytać, jakie dokładnie „normy” masz na myśli i czemu niby miałbym się w nie wpisywać. - Wzruszyłem ramionami, jakby cała sprawa była zupełnie oczywista, bo przecież nigdy nie próbowałem się wpasowywać w cudze wydumane „normy”, a przynajmniej takie miałem o sobie mniemanie.
Zauważyłem, że zacisnęła dłoń w pięść, zapewne tylko dlatego, iż znałem go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie próbowała powstrzymać się przed zrobieniem czegoś, czego mogłaby później żałować - nie zamierzałem jej w tym przeszkadzać, skoro sama tak dzielnie pracowała na własne nieszczęście - z tego punktu widzenia nasza znajomość była wyjątkowo wygodna, oboje doskonale wiedzieliśmy, na czym stoimy, nie musieliśmy się zastanawiać, czy drugie z nas właśnie knuło coś za plecami, ponieważ zwykle robiliśmy to sobie prosto w twarz.
- Wiesz… Gdy tak to obiecująco ujmujesz… - Uśmiechnąłem się szeroko, słysząc o istniejących bardziej kreatywnych sposobach pozbycia się mnie, po czym uniosłem brwi, udając, że rzeczywiście zacząłem się nad tym zastanawiać. Zawsze ceniłem kreatywność, w mojej rodzinie to była jedna z najważniejszych cech, szczególnie kiedy trzeba było rozwiązać problem, którego nie dało się załatwić zwyczajną rozmową, pochyliłem się więc ku niej, tak żeby tylko ona mogła usłyszeć kolejne słowa. - To interesujące, że masz już w przygotowaniu całą listę możliwości. Czy powinienem się martwić, czy raczej potraktować to jako dowód, że poświęcasz mi znacznie więcej uwagi, niż chciałabyś przyznać? - Zmierzyłem ją stanowczo zbyt zadowolonym spojrzeniem. - Czy mam rozumieć, że jeśli nie przestanę cię drażnić, następny raz zobaczę cię dopiero wtedy, kiedy będziesz stała nad moim grobem i zastanawiała się, czy epitafium powinno być napisane po łacinie? - Przechyliłem głowę. - Tylko proszę, nie zdradzaj mi szczegółów. Chciałbym czuć choć odrobinę napięcia, kiedy wreszcie postanowisz zrealizować swój plan.
Nie miałem pojęcia, dlaczego tak łatwo przychodziło mi wyobrażanie sobie podobnych scen, skoro jeszcze chwilę wcześniej uważałem, że Prudence byłaby ostatnią osobą, z którą chciałbym dzielić cokolwiek poza kolejną kłótnią, może dlatego, że wyobraźnia nie wymagała ode mnie podejmowania żadnych decyzji, a więc mogłem potraktować całą tę rozmowę jako kolejną okazję do drażnienia jej bez ponoszenia rzeczywistych konsekwencji.
- Skoro tak to przedstawiasz… - Przesunąłem spojrzeniem po sali, celowo zatrzymując je na schodach prowadzących w kierunku części, gdzie nie gromadzili się goście. - Może masz rację. Nie musimy się nawet martwić o dyskrecję. Wystarczy znaleźć spokojne miejsce, zamknąć drzwi i przestać udawać, że nie potrafimy znieść własnego towarzystwa. Przy tej muzyce na dole nikt nie usłyszy, jak bardzo się staramy. - Zerknąłem na jej sukienkę, po czym na własne ubrania, ponownie unosząc brwi, lecz nie skwitowałem już wątpliwej zgody na to, aby wynosić coś w kieszeniach.
- Widzisz? Jednak potrafisz powiedzieć coś miłego. - Nie musiała mówić, że tendencje do życia na krawędzi nie były w jej oczach niczym wartym komplementowania, lecz jednocześnie nie dało się zaprzeczyć, że w grę wchodził teraz również jej przeuroczy charakter, który był raczej podchwytliwym wyzwaniem dla przeciętnego absztyfikanta. - Na szczęście jesteśmy dla siebie na wyciągnięcie ręki. - To, że właśnie w tej chwili stała tak blisko mnie, było oczywiście doskonałym argumentem na poparcie moich słów, więc kiedy wsunęła dłoń pod moje ramię, pozwoliłem sobie na lekki uśmiech - przez krótką chwilę miałem wrażenie, że coś w tej sytuacji przestało być wyłącznie żartem, nie potrafiłem tego nazwać, więc skupiłem się na tym, co znałem najlepiej, czyli na brylowaniu na salonach…
Ruszyłem z nią w stronę stołu z deserami, dopasowując krok do jej tempa, chociaż nie zamierzałem pozwolić, żebyśmy utknęli w jednym miejscu, szczególnie że coraz więcej gości zaczynało tańczyć po upojeniu się procentami, przez co przejście między stolikami przypominało teraz tor przeszkód zaprojektowany przez kogoś, kto szczerze nienawidził własnych bliźnich.
- Jak sobie życzysz, kochanie. Na razie żadnych bombelków. Chociaż nie obiecuję, że nie wrócę do tematu, kiedy będziemy mieli trochę więcej czasu i mniej świadków. - Spojrzałem na nią z przekornym uśmiechem, gdy podkreśliłem ostatnie słowa. - A jeśli chodzi o coś cierpkiego, mogę ci zaproponować kieliszek wina z agrestu. - Dodałem, rzuciwszy wzrokiem w kierunku pobliskiego stołu, ignorując przekaz kryjący się pod spodem.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12805), Prudence Fenwick (6004)




Wiadomości w tym wątku
[07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.09.2026, 22:02
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.09.2026, 22:06
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.09.2026, 00:12
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.09.2026, 21:22
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.09.2026, 00:25
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 06.10.2026, 18:18
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 06.10.2026, 21:50
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 07.10.2026, 19:51
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 07.10.2026, 22:06
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.10.2026, 17:04
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.10.2026, 18:03
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.10.2026, 19:55
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 09.10.2026, 12:09
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 11.10.2026, 20:20
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.10.2026, 15:49
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Prudence Fenwick - 12.10.2026, 21:23
RE: [07.1957] The boys with long hair and the girls who knew better | Aloysius, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.10.2026, 16:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa