Wczoraj, 16:30 ✶
Klątwołamacz uśmiechnął się lekko, słuchając reprymendy Odysseusa. Była doskonale logiczna i umocowana w naukowym podejściu.
- Nie wiemy. To tylko dowodzi konieczności dalszych badań - skwitował spokojnie. Owszem, dotknął niezidentyfikowanej substancji bez ochrony. Może wiedział, że nic mu nie grozi. Może zwyczajnie nie dbał o własne bezpieczeństwo.
Może faktycznie postąpił nierozważnie, rozproszony. Nie powinno się to dziać podczas pracy in situ.
Może wyszedł z wprawy.
Może jego stan się pogarszał.
Do obserwacji.
- Przeprowadziłem pewne obserwacje na swoich pająkach… - zaczął, ale urwał, kiedy padła prośba uzdrowiciela. Zamarł na chwilę z dłonią między brzegiem umywalki a strumieniem wody, złapany w ostrzał fawleyowego wzroku. Powoli popatrzył w dół, na wyciągniętą rękę magipsychiatry - potem na swoją - znów na jego - wreszcie z powrotem spojrzał mu w twarz, jakby upewniał się, że dobrze zrozumiał. Jego własna mina nie zdradzała absolutnie nic.
Odysseus nie szafował kontaktem fizycznym (na szczęście!). Lazarus nie miał w zwyczaju aktywnie go poszukiwać.
Kiedy już do niego dochodziło, był zwykle podyktowany koniecznością albo względami terapeutycznymi, nie nadarzającą się przypadkowo okazją i Lazarusowi nigdy nie przyszłoby na myśl, że po prostu zachcianką.
Teraz kontrola była po jego stronie, choć możliwe, że był to tylko pozór, Fawleyowi zdarzało się już wcześniej uciekać do tej taktyki. Skutecznej, trzeba było obiektywnie przyznać.
Powoli podał mu ubrudzoną smolistą czernią rękę.
Dotyk magipsychiatry był… zaskoczeniem. Nie nieprzyjemny, wbrew temu, na co mimo woli wewnętrznie przygotował się Lazarus, i co było zarazem niespodziewane i perfekcyjnie oczywiste. Nie do końca kliniczny i bezosobowy. Nie… niezbędny. Lazarus śledził dalsze poczynania Odysa, starannie unikając jego wzroku.
- Po…trafię umyć ręce - zaprotestował bez przekonania stłumionym głosem. Podane uzdrowicielowi palce drgnęły, jakby Lovegood chciał je zamknąć, ale nie cofnęły się. Druga dłoń pozostała na brzegu umywalki.
To było mniej inwazyjne, niż legilimencja, a jednak - pod sterylnymi, jasnymi światłami łazienki, z dłonią w rękach Odysa, nie do końca świadomy, co ten ostatni zamierza - czuł się nieuczciwie odsłonięty.
- Nie wiemy. To tylko dowodzi konieczności dalszych badań - skwitował spokojnie. Owszem, dotknął niezidentyfikowanej substancji bez ochrony. Może wiedział, że nic mu nie grozi. Może zwyczajnie nie dbał o własne bezpieczeństwo.
Może faktycznie postąpił nierozważnie, rozproszony. Nie powinno się to dziać podczas pracy in situ.
Może wyszedł z wprawy.
Może jego stan się pogarszał.
Do obserwacji.
- Przeprowadziłem pewne obserwacje na swoich pająkach… - zaczął, ale urwał, kiedy padła prośba uzdrowiciela. Zamarł na chwilę z dłonią między brzegiem umywalki a strumieniem wody, złapany w ostrzał fawleyowego wzroku. Powoli popatrzył w dół, na wyciągniętą rękę magipsychiatry - potem na swoją - znów na jego - wreszcie z powrotem spojrzał mu w twarz, jakby upewniał się, że dobrze zrozumiał. Jego własna mina nie zdradzała absolutnie nic.
Odysseus nie szafował kontaktem fizycznym (na szczęście!). Lazarus nie miał w zwyczaju aktywnie go poszukiwać.
Kiedy już do niego dochodziło, był zwykle podyktowany koniecznością albo względami terapeutycznymi, nie nadarzającą się przypadkowo okazją i Lazarusowi nigdy nie przyszłoby na myśl, że po prostu zachcianką.
Teraz kontrola była po jego stronie, choć możliwe, że był to tylko pozór, Fawleyowi zdarzało się już wcześniej uciekać do tej taktyki. Skutecznej, trzeba było obiektywnie przyznać.
Powoli podał mu ubrudzoną smolistą czernią rękę.
Dotyk magipsychiatry był… zaskoczeniem. Nie nieprzyjemny, wbrew temu, na co mimo woli wewnętrznie przygotował się Lazarus, i co było zarazem niespodziewane i perfekcyjnie oczywiste. Nie do końca kliniczny i bezosobowy. Nie… niezbędny. Lazarus śledził dalsze poczynania Odysa, starannie unikając jego wzroku.
- Po…trafię umyć ręce - zaprotestował bez przekonania stłumionym głosem. Podane uzdrowicielowi palce drgnęły, jakby Lovegood chciał je zamknąć, ale nie cofnęły się. Druga dłoń pozostała na brzegu umywalki.
To było mniej inwazyjne, niż legilimencja, a jednak - pod sterylnymi, jasnymi światłami łazienki, z dłonią w rękach Odysa, nie do końca świadomy, co ten ostatni zamierza - czuł się nieuczciwie odsłonięty.