Wczoraj, 00:55 ✶
„Zapomniałem, kurwa, naprawdę zapomniałem”, co samo w sobie stanowiło osiągnięcie godne odnotowania w kronikach wszystkich moich życiowych porażek, ponieważ naprawdę powinienem był dopilnować tego, co obiecałem zrobić. Przez ostatnie dni września moja głowa przypominała szafę, do której ktoś upychał kolejne rzeczy, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy drzwiczki wciąż dało się domknąć, lecz przecież później miałem aż nadto czasu, by naprawić wcześniejsze zaniedbania. Tymczasem nie potrafiłem nawet powiedzieć, kiedy dokładnie do tego doszło, bo pamiętałem przecież całe mnóstwo rzeczy, od szczegółów rozmów, które powinienem był dawno puścić w niepamięć, po cholernie nieistotne obserwacje dotyczące ludzi spotkanych na ulicy i doświadczenia warte tego, by nigdy więcej o nich nie mówić, natomiast akurat to, co należało zapamiętać, wyleciało mi z głowy z wdziękiem cegły zrzuconej z dachu. Na swoją obronę miałem jedynie to, że po prostu wydarzyło się tyle, że gdybym chciał osobno rozpisać każdą z tych rzeczy, zabrakłoby mi miejsca na pergaminie, atramentu w kałamarzu oraz aktualnie również energii, by uporządkować w ten sposób wszystkie własne myśli, więc robiłem to, co w takich sytuacjach wychodziło mi najlepiej, czyli przesuwałem pewne kwestie na później, zapewniając sam siebie, że „przecież nie uciekną”, że „jeszcze zdążę”, że „mam wszystko pod kontrolą” - oczywiście, że nie miałem, ostatnie piekielne dni wyraźnie mi to ukazywały - nie kontrolowałem nawet w pełni stosu dokumentów narastającego w jadalni, który zważywszy na okoliczności pewnie przypominał spis rzeczy, za które należało mnie powiesić, zwłaszcza gdyby ktoś w Ministerstwie zdecydował się przeprowadzić dokładniejszą inspekcję podstaw mojego pobytu w kraju i ślubu z Brytyjką. W pewnym momencie zwyczajnie przestałem nadążać za tym nowym życiem odpowiedzialnego obywatela, pana domu i czyjegoś męża, co nie było zresztą niczym haniebnym, bo chyba każdy potrzebował trochę czasu, aby się przestawić, lecz tym razem nawet ja musiałem przyznać, że skala zaniedbania robiła wrażenie.
Pewnie jeszcze przez jakiś czas żyłbym sobie z tym we względnie błogiej nieświadomości, przekonany o powolnym dostosowywaniu się do nowej rzeczywistości, gdyby nie futrzak, który najwyraźniej postanowił przypomnieć mi, że w tym obiekcie mieszkał więcej niż jeden domownik o wątpliwym wyczuciu chwili. Najpierw do moich uszu doszedł skrzypiący dźwięk poruszającej się klapki w drzwiach prowadzących na ogród, potem dobiegło mnie szelest, łupnięcie, stukot zestawu ostrych pazurów o drewnianą podłogę i odgłos czegoś ciężkiego obijającego się o stopnie, po którym nastąpiło energiczne przebieranie łapami - na schodach rozległo się łupnięcie, potem szuranie, potem kolejne łupnięcie, szuranie i łupanie, i tak równo dwadzieścia siedem razy…
Na wpół przytomnie, wciąż jeszcze zamyślony nad zupełnie innymi kwestiami, odwróciłem głowę w stronę uchylonych drzwi korytarza, nieświadomy rozmiarów nadciągającego problemu - zamrugałem i właśnie wtedy zobaczyłem czarnego łowcę zapierdalającego po schodach z gigantycznym szczurem w pysku. Szczur był martwy, przynajmniej miałem taką nadzieję, lecz naprawdę wielki, prawie tak duży jak zwierzę, które go upolowało.
- Nie. Nawet nie plóbuj. - Powiedziałem, próbując jak najsprawniej podźwignąć się z łóżka i ruszając za nim, chociaż doskonale wiedziałem, że było już za późno, żeby powstrzymać cokolwiek, co zrodziło się w tym kudłatym łbie. Pognał dalej, skręcił w korytarz i skierował się prosto do łazienki, w której moja żona właśnie się myła, po czym złożył zakrwawionego trupa na samym środku dywanika, zrobiwszy to niemal z ceremonialną starannością, zupełnie jakby przygotowywał ołtarz dla wyjątkowo trudnego do zadowolenia bóstwa. Ja natomiast zatrzymałem się w progu, za późno, żeby zapobiec katastrofie, lecz wystarczająco wcześnie, żeby zobaczyć, jak mój futrzasty idiota zrzuca zdobycz tuż przed swoją mokrą, otoczoną pianą panią. Zacisnąłem powieki, oparłem czoło o framugę i wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby, zignorowawszy guza na głowie i ciągnięcie bandaży, ponieważ istniały granice tego, ile absurdów można było przyjąć na klatę w ciągu jednego miesiąca, nawet jeśli zawodowo zajmowało się rzeczami, które większość osób wolałaby omijać szerokim łukiem.
- Pluey, kochanie… - Odezwałem się ostrożnie, nie patrząc ani na nią, ani na kocura, który właśnie zaczął lizać sobie łapę obok swojego daru. - Chyba nie powiedziałem ci o takim jednym detalu…
Pewnie jeszcze przez jakiś czas żyłbym sobie z tym we względnie błogiej nieświadomości, przekonany o powolnym dostosowywaniu się do nowej rzeczywistości, gdyby nie futrzak, który najwyraźniej postanowił przypomnieć mi, że w tym obiekcie mieszkał więcej niż jeden domownik o wątpliwym wyczuciu chwili. Najpierw do moich uszu doszedł skrzypiący dźwięk poruszającej się klapki w drzwiach prowadzących na ogród, potem dobiegło mnie szelest, łupnięcie, stukot zestawu ostrych pazurów o drewnianą podłogę i odgłos czegoś ciężkiego obijającego się o stopnie, po którym nastąpiło energiczne przebieranie łapami - na schodach rozległo się łupnięcie, potem szuranie, potem kolejne łupnięcie, szuranie i łupanie, i tak równo dwadzieścia siedem razy…
Na wpół przytomnie, wciąż jeszcze zamyślony nad zupełnie innymi kwestiami, odwróciłem głowę w stronę uchylonych drzwi korytarza, nieświadomy rozmiarów nadciągającego problemu - zamrugałem i właśnie wtedy zobaczyłem czarnego łowcę zapierdalającego po schodach z gigantycznym szczurem w pysku. Szczur był martwy, przynajmniej miałem taką nadzieję, lecz naprawdę wielki, prawie tak duży jak zwierzę, które go upolowało.
- Nie. Nawet nie plóbuj. - Powiedziałem, próbując jak najsprawniej podźwignąć się z łóżka i ruszając za nim, chociaż doskonale wiedziałem, że było już za późno, żeby powstrzymać cokolwiek, co zrodziło się w tym kudłatym łbie. Pognał dalej, skręcił w korytarz i skierował się prosto do łazienki, w której moja żona właśnie się myła, po czym złożył zakrwawionego trupa na samym środku dywanika, zrobiwszy to niemal z ceremonialną starannością, zupełnie jakby przygotowywał ołtarz dla wyjątkowo trudnego do zadowolenia bóstwa. Ja natomiast zatrzymałem się w progu, za późno, żeby zapobiec katastrofie, lecz wystarczająco wcześnie, żeby zobaczyć, jak mój futrzasty idiota zrzuca zdobycz tuż przed swoją mokrą, otoczoną pianą panią. Zacisnąłem powieki, oparłem czoło o framugę i wypuściłem powietrze przez zaciśnięte zęby, zignorowawszy guza na głowie i ciągnięcie bandaży, ponieważ istniały granice tego, ile absurdów można było przyjąć na klatę w ciągu jednego miesiąca, nawet jeśli zawodowo zajmowało się rzeczami, które większość osób wolałaby omijać szerokim łukiem.
- Pluey, kochanie… - Odezwałem się ostrożnie, nie patrząc ani na nią, ani na kocura, który właśnie zaczął lizać sobie łapę obok swojego daru. - Chyba nie powiedziałem ci o takim jednym detalu…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)