Wczoraj, 15:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 15:13 przez Benjy Fenwick.)
Wesele przeciągnęło się znacznie dłużej, niż początkowo zakładałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególnie niefortunny ogród spraw czy też za powód do narzekań, skoro nie miałem najmniejszej ochoty wracać do domu zbyt wcześnie i przez większą część wieczoru bawiłem się całkiem nieźle - jedzenie było przyzwoite, nawet jeśli tort okazał się śmietankowo-truskawkowym gównem, głośna muzyka nie dawała zasnąć nawet najbardziej opornym gościom, zaś alkohol skutecznie przekonywał mnie, że niemal każda kolejna decyzja była równie dobra, co poprzednia - nie uważałem się za eksperta w dziedzinie libacji, ale liznąłem tematu wystarczająco, by wiedzieć, że następnego ranka będę prawdopodobnie żałował przynajmniej kilku kieliszków, których przecież nikt nie kazał mi wypijać, jednak w tym momencie czułem się naprawdę świetnie. Miałem naprawdę dobry humor, zmęczone nogi niosły mnie bez większych protestów, chociaż stroma, polna droga prowadząca w dół wzgórza wymagała ode mnie zachowania względnie prostej linii marszu, by nie zjechać na dupie po kamieniach, co przy obecnym stanie upojenia należało uznać za wyzwanie. Podjąłem je, rzecz jasna, bo ciemna, księżycowa noc zdążyła już na dobre rozgościć się nad okolicą, przykrywając dachy domostw ciemnością i pozostawiając na drodze jedynie mdłe plamy światła z rzadka rozmieszczonych latarni gazowych. Goście powoli się rozchodzili, zaś Prue musiała dostać się do Londynu, co oznaczało konieczność dotarcia do Little Hangleton i dalszego transferu. Oczywiście nie zamierzałem pozwolić jej wracać samej o tak późnej porze, chociaż gdybym powiedział to na głos, zapewne natychmiast usłyszałbym, że nie potrzebowała niańki, więc zachowywałem tę myśl dla siebie, zadowalając się własnym towarzystwem i perspektywą wezwania Błędnego Rycerza, kiedy już dotrzemy do miasteczka. Uznałem za całkowicie logiczne, że odprowadzę ją osobiście pod drzwi Bletchleyów i dopiero wtedy udam się do własnego domu, szczególnie że udawało nam się utrzymywać całkiem przyjemnie przebiegający rozejm, którego nie zamierzałem pochopnie wystawiać na próbę, choć oczywiście nie mogłem wykluczyć, że prędzej czy później powiem coś wyjątkowo głupiego i wszystko szlag trafi. Chwilowo odnosiłem wrażenie, że należało mi się co najmniej kilka punktów za okazaną rycerskość, które całkiem zgrabnie rekompensowały mi część przewinień, nawet jeśli moja aktualna forma nie pozwalała na szczególnie imponujące demonstracje tej nagle odkrytej cechy charakteru.
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru.
- Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku? - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją narzeczoną praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.
Na razie w miarę prostym krokiem szedłem przed siebie z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, pogwizdując pod nosem melodię, którą zapamiętałem z parkietu, czując się całkiem dobrze z większością wyborów podjętych tego wieczoru.
- Wiesz, że podobno nie powinno się tutaj chodzić po zmroku? - Uśmiechnąłem się pod nosem, poprawiając kołnierz, po czym zerknąłem na żelazną bramę i dalszą trasę prowadzącą przez stary cmentarz - w gruncie rzeczy byłem nawet zadowolony, bo taki skrót wydawał mi się znacznie ciekawszy niż dreptanie wzdłuż pustej drogi, poza tym miałem w zanadrzu historię, którą od dawna powtarzano w okolicy - ruszyłem wzdłuż kamiennego ogrodzenia, za którym majaczyły krzywe nagrobki oraz stare drzewa o gałęziach poskręcanych przez wiatr, aby dostać się do wejścia. Ten sposób dojścia do miasteczka wydawał się całkiem logiczny i wygodny, bo znacząco skracał mile przemarszu, przynajmniej, dopóki nie uwzględniło się pomników rzucających długie cienie, księżyca w pełni, mgły oraz samej pory, w której nawet najbardziej zwyczajny krzak mógł wzbudzić dreszcze - mnie jednak perspektywa kluczenia między grobami raczej bawiła, niż niepokoiła, więc ruszyłem naprzód, wysuwając brodę i przyglądając się kamiennym płytom w odległej części nekropolii. Podobno pewnej listopadowej nocy przepadł tam bez śladu grabarz, który dorabiał sobie jako nocny stróż, pozostawiając po sobie jedynie płonącą latarnię oraz grób rozkopany do połowy, jak gdyby przerwał pracę w samym środku czegoś, czego nie powinien był nigdy zaczynać - jedni twierdzili, że uciekł z kochanką, korzystając z ciemności, by raz na zawsze porzucić dotychczasowe życie, inni zarzekali się, że widzieli tej nocy blade sylwetki przesuwające się między nagrobkami, które zabrały go ze sobą, nim zdążył podnieść alarm - z czasem historia obrosła w kolejne szczegóły, przekazywana przez starszych młodszym przy ogniskach oraz weryfikowana podczas nocnych wypraw podjętych w ramach wyzwań rzucanych krnąbrnym nastolatkom. Miejscowi wiekowi czarodzieje nie potrzebowali jednak zresztą podobnych doświadczeń, by trzymać się z dala od północnej części cmentarza, gdzie pośród omszałych płyt stał przekrzywiony nagrobek pozbawiony nazwiska, dat oraz jakiegokolwiek znaku pozwalającego ustalić, kto spoczywał pod ziemią - podobno próbowano go niegdyś wyprostować, lecz kamień za każdym razem wracał do poprzedniego położenia, zaś wszelkie próby naznaczenia go zaklęciem kończyły się fiaskiem, jak gdyby sama esencja magii odmawiała pozostawienia na nim choćby najdrobniejszego śladu. Wystarczyło wspomnieć o zaginionym stróżu, by nawet najodważniejsi zaczynali oglądać się przez ramię, mnie również akurat ta opowieść napełniała niepokojem, lecz nie trzymała z daleka od cmentarza - tym bardziej, że nie zamierzaliśmy zapuszczać się w tamte rejony - w końcu obiecałem odprowadzić moją narzeczoną praktycznie pod same drzwi rodzinnego szeregowca, więc zamierzałem doprowadzić sprawę do końca, nawet jeśli po drodze mielibyśmy spotkać całe zastępy nieboszczyków.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)