Wczoraj, 16:27 ✶
Jakim cudem dotarliśmy od pierwszych prób utrzymania pozorów do wspólnego kosztowania kolejnych deserów przy słodkim stole, wymieniania uwag na temat weselnych napojów oraz podkradania sobie nawzajem tych kąsków, które drugie zdążyło już upatrzyć, pozostawało zagadką, której nie zamierzałem rozwiązywać, skoro jej nierozwiązanie przynosiło nam całkiem wymierne korzyści. Taka okazja nie zdarzała się bowiem zbyt często, nawet w moim życiu, przez co musiałem przyznać, że spędy rodzinne może miały jednak w sobie pewien potencjał, którego wcześniej nie doceniałem - o ile ta rodzina nie była, rzecz jasna, moja, to było osobne spostrzeżenie - szczególnie jeśli nikt nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy imię gościa rzeczywiście figurowało na liście zaproszonych, zanim wpuścił go na salę, zaś on sam wykazał dostatecznie dużo pewności siebie, by wejść między biesiadników jak ktoś, kto od początku miał pełne prawo znaleźć się w tym miejscu.
Nikt oficjalnie nie zapraszał mnie na to wesele, nie otrzymałem eleganckiej koperty z moim nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem, nie miałem pojęcia, kto właściwie odpowiadał za rozmieszczenie wujków przy stołach ani komu powinienem był podziękować za zaproszenie, którego przecież nie dostałem, lecz zdecydowanie zdążyłem na tyle płynnie wtopić się w tłum, by nikt chociażby przez moment nie kwestionował mojej obecności ani związanych z nią przywilejów. Może tego nie dostrzeżono, może nie śmiano tego robić, tym bardziej że przecież pojawiłem się w towarzystwie narzeczonej, co stanowiło wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, by uzasadnić obecność nie jednej, lecz dwóch nieproszonych osób - jedną nieznajomą twarz pośród znanych oblicz można było jeszcze zakwestionować w taki sposób, aby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa, ale dwie?!, na Morganę z Merlinem, tak się nie godziło - najwyraźniej znaleźliśmy lukę w systemie, o której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy i musiałem przyznać, że jak na wieczór rozpoczęty od bezczelnego wtargnięcia na cudze wesele, bawiłem się z tą myślą całkiem wybornie. Bez tej całej analitycznej nadgorliwości, którą Prudence traktowała niemal jak główny cel własnego życia, oraz bez mojego zwyczaju szukania okazji do wbicia szpili w jej podejście do życia, wpasowywaliśmy się w otoczenie z wręcz nieprzyzwoitą łatwością, niczym para, która naprawdę miała prawo tu być i nie musiała nikomu niczego udowadniać - teraz pozostawało jedynie utrzymać ten stan rzeczy tak długo, jak tylko pozwalała na to muzyka, alkohol oraz nasza wyjątkowo nieoczekiwana kompatybilność we wspólnym udawaniu, że wszystko przychodziło nam zupełnie naturalnie.
Byliśmy więc całkiem zgrabną częścią tego weselnego zamieszania, kołysząc się na parkiecie między innymi ludźmi, gdzie również znaleźliśmy się w ramach przypadku, ale… to działało - naprawdę - przynajmniej dopóki żadne z nas nie zaczynało przyglądać się sytuacji zbyt uważnie, ponieważ gdzieś tam zapewne oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wystarczyłaby dosłownie chwila, by pod pozorem dobrze odegranej roli znów wychynęły wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby trzymać się od siebie z daleka, zamiast pozwalać muzyce decydować za nas, jak blisko siebie powinniśmy się znaleźć.
Nikt oficjalnie nie zapraszał mnie na to wesele, nie otrzymałem eleganckiej koperty z moim nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem, nie miałem pojęcia, kto właściwie odpowiadał za rozmieszczenie wujków przy stołach ani komu powinienem był podziękować za zaproszenie, którego przecież nie dostałem, lecz zdecydowanie zdążyłem na tyle płynnie wtopić się w tłum, by nikt chociażby przez moment nie kwestionował mojej obecności ani związanych z nią przywilejów. Może tego nie dostrzeżono, może nie śmiano tego robić, tym bardziej że przecież pojawiłem się w towarzystwie narzeczonej, co stanowiło wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, by uzasadnić obecność nie jednej, lecz dwóch nieproszonych osób - jedną nieznajomą twarz pośród znanych oblicz można było jeszcze zakwestionować w taki sposób, aby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa, ale dwie?!, na Morganę z Merlinem, tak się nie godziło - najwyraźniej znaleźliśmy lukę w systemie, o której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy i musiałem przyznać, że jak na wieczór rozpoczęty od bezczelnego wtargnięcia na cudze wesele, bawiłem się z tą myślą całkiem wybornie. Bez tej całej analitycznej nadgorliwości, którą Prudence traktowała niemal jak główny cel własnego życia, oraz bez mojego zwyczaju szukania okazji do wbicia szpili w jej podejście do życia, wpasowywaliśmy się w otoczenie z wręcz nieprzyzwoitą łatwością, niczym para, która naprawdę miała prawo tu być i nie musiała nikomu niczego udowadniać - teraz pozostawało jedynie utrzymać ten stan rzeczy tak długo, jak tylko pozwalała na to muzyka, alkohol oraz nasza wyjątkowo nieoczekiwana kompatybilność we wspólnym udawaniu, że wszystko przychodziło nam zupełnie naturalnie.
Byliśmy więc całkiem zgrabną częścią tego weselnego zamieszania, kołysząc się na parkiecie między innymi ludźmi, gdzie również znaleźliśmy się w ramach przypadku, ale… to działało - naprawdę - przynajmniej dopóki żadne z nas nie zaczynało przyglądać się sytuacji zbyt uważnie, ponieważ gdzieś tam zapewne oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wystarczyłaby dosłownie chwila, by pod pozorem dobrze odegranej roli znów wychynęły wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby trzymać się od siebie z daleka, zamiast pozwalać muzyce decydować za nas, jak blisko siebie powinniśmy się znaleźć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)