Była błogo nieświadoma tego, co kapłanki kowenu Whitecroft rozpaplały, a co padło na ewidentnie podatny grunt, skoro z zawrotną wręcz prędkością wieści dotarły do Christophera… co miało swoje konsekwencje. Dokładniej to takie, że teraz stał pod drzwiami jej domu ewidentnie wczorajszy. Victoria już nie spała, a powoli szykowała się do pracy, w tym leniwym poranku nie spiesząc się nigdzie. Nie spodziewała się z rana żadnego gościa, to i nie była w zupełności przygotowana na spotkanie. Popijała właśnie swoją poranną kawę, ubrana w jedwabną koszulę nocną, z kotkiem na kolanach – na którym teraz testowała, jak przyjmie to, że Victoria nie jest już lodowata, jeśli zażyje eliksir.
Wtedy właśnie usłyszała pukanie do drzwi. Zdziwiona spojrzała na zegarek, podniosła Lunę, by ułożyć ją na swoim miejscu na fotelu, zgarnęła z oparcia jedwabny, bordowy szlafrok, którym się owinęła i poszła otworzyć.
Tak właśnie stanęła naprzeciwko Chrisowi: nieumalowana i zupełnie nieubrana do wyjścia, z włosami zaplecionymi w gruby warkocz, za to nie widać było po niej, żeby została dopiero co obudzona. Ze zdziwieniem otaksowała go wzrokiem, już mając pytać, czy coś się stało, skoro przyszedł o tej godzinie, ale wtedy dostrzegła jego twarz. To pytanie było zbędne.
– Dobrze się czujesz? – padło zamiast tego i odsunęła się, żeby go przepuścić. Ktoś go napadł? Na Merlina, oby nie było bardzo źle. – Wejdź – dodała, a gdy wszedł, zamknęła za nim drzwi. I poprawiła szlafrok. To było ważne, poprawić szlafrok. – Co się stało? – jeśli Chris martwił się, że Victoria wnerwi się, że przyszedł o takiej godzinie, to była bardzo od tego daleka. Zresztą… Sauriel potrafił przyjść o dziwniejszych godzinach. W dużo gorszym stanie, nadal pijany.