Po odebraniu pierścionka z maszyny losującej Viorici nawet nie zorientował się, gdy stracił z oczu zarówno Charliego, jak i Theodore'a. Nawet się nieco zestresował, gdyż odwrócił się dosłownie na moment, a ich już nie było! Co tu się działo? Wodził wzrokiem po twarzach obcych czarodziejach i czarownic, którzy go mijali, mając nadzieję, że gdzieś w tłumie dostrzeże znajome sylwetki znajomych. Niestety, dosyć szybko zorientował się, że został sam jak palec. Jak zwykle wszyscy gdzieś poszli bez niego! Eh, co za ludzie. Przeszło mu przez myśl, żeby poprosić brygadzistów o pomoc.
Może byłoby to nieco dziecinne, ale przecież po coś tu byli, więc może mogliby wystosować jakiś komunikat do zebranych tu ludzi? Coś w stylu „Cameron Lupin czeka na swoje bratnie dusze przy straganie z pączkami na południu! Prosimy o szybkie odebranie młodzieńca. Przepraszamy za zamieszanie!”? To na pewno by zdało egzamin! Lupin już zaczął wypatrywać znajomych ciemnych szat, w które tak często ubrana była Heather. Tak, ona by mu na pewno pomogła. A jak nie ona to ktoś z jej znajomych! Na przykład Brenna Longbottom. Może i była dziana, ale była też funkcjonariuszką prawa. Przyjaźniła się z Rudą, ale znała też Cedrica i Cecylkę. Nie odmówiłaby mu, jakby zrobił te oczy zbitego szczeniaczka.
Niestety i tym razem szczęście ominęło Camerona, gdyż kiedy tylko wypatrzył przy jednym straganów znajomy mundur, para brygadzistów prędko się oddaliła, zapewne musząc zająć się jakimś ważnym incydentem. I to tyle, jeśli chodzi o pomoc zwykłym, szarym obywatelom. Chłopak nie miał innego wyboru, jak tylko dalej zwiedzać teren sabatu, aby koniec końców skierować się w kierunku polany z majowymi palami. Może tam w końcu znajdzie kogoś znajomego?