Victoria nie zamierzała czarować. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli chodziło o magię słowa, to brakowało jej pewnego rodzaju uroku i zdolności do słodzenia i smarowania. Była osobą zdystansowaną, chłodną w obyciu i nazbyt konkretną, nie planowała się więc wygłupiać i udawać kogoś, kim nie była, bo to był krok do katastrofy. W tym wypadku nawet jej uroda nie była w stanie pomóc, a zwykle w ogóle się nie uciekała do takich zagrywek, uważając je za niskie (a przecież z początku, gdy trafiła do biura brygady, postrzegana była za taką laleczkę, która nie nadaje się do tej pracy, bo trzeba być w niej twardym, a nie ładnym). Choć… być może jej cicha, racjonalna osobowość również miała jakiś swój urok.
Lestrange zastanawiała się, o co tyle zachodu z kontaktem z Moody, skoro technicznie głowa należała teraz do szpitala, a pani Lupin robiła im zwyczajnie przysługę, pozwalając nań zerknąć przed zniszczeniem. Czy nie powinna kontaktować się więc z kimś w szpitalu, czy jest na to zgoda, a nie z Harper Moody? Obserwowała Diotimę przez moment, gdy ta rozmawiała z pracownikiem, a za chwilę rozejrzała się raz jeszcze po biurze kobiety. I na moment wpatrzyła w Atreusa. Czy będą mieć kłopoty, jeśli nastąpi kontakt z Harper?
– Fale. Do biura – wyszeptała cicho do Buldstrode'a, starając się ledwo ruszać ustami, mając nadzieję, że ten załapie jej sugestię, żeby ktoś sprawdził czy Moody jest u siebie i ją być może czymś zajął… a gdy tylko pani Lupin znalazła się tuż obok, kiwnęła do niej krótko głową. I sama wydobyła swój notatnik i ołówek z kieszeni.
– To – potwierdziła Victoria, wracając pamięcią do rozmowy sprzed tygodnia z Atreusem, kiedy w ogóle dowiedziała się o jakiejś głowie. Cholerny Stanley i cholerna sprawa związana z Beltane. I widmo bezgłowego faceta, które widział Atreus. – Czy klątwy nie przeszkadzają w zutylizowaniu szczątków? – zapytała, akurat autentycznie zainteresowana, bo od jakiegoś czasu w wolnym czasie studiowała księgi dotyczące klątwołamania. – Sądziłam, że klątwolamacze Ministerstwa najpierw przełamują ewentualne klątwy, nim przekażą ciało do spalenia. Ostatecznie to też stanowi niebezpieczeństwo… – no i była ciekawa, czy ogień był w stanie spopielić klątwy, czy nic po nich nie zostawało?
A potem jej myśli podążyły tropem, w którym zaczęła się zastanawiać, czy po śmierci jej ciało było w stanie spłonąć, czy może nadal było odporne?
Nieważne.
A potem i Victoria się uśmiechnęła, tym razem to ona zamierzała powiedzieć coś co miało „rozluźnić atmosferę”, a nie było to proste w jej wykonaniu, bo zwykle trzymała kamienną twarz przy opowiadaniu żartów.
– Śmierciożerca to specjalny przypadek czarnoksiężnika, co do zasady się od siebie nie różnią – odparła kobiecie, nie zdradzając w tym temacie nic, bo sama gówno wiedziała, ale to dawało pewną wskazówkę, co do tego, czym denat się zajmował. Duża ekspozycja na czarną magię faktycznie sugerowała czarnoksiężnika. Zresztą jak to, że zajmowało się tym biuro aurorów… tyle że nie do końca się zajmowało, bo nikt nic nie wiedział. Victoria zapamiętała też, że to chyba oznacza, że będą mogli… dokładniej obejrzeć sobie tę głowę. – Z czystej ciekawości, często trafiają się wam głowy bez reszty ciała? – zagaiła jeszcze, resztę pytań zostawiając sobie na moment zobaczenia zguby.