7 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)
Przez chwilę rozważałem, czy nie powinienem był pozostawić jej w niepewności nieco dłużej, ponieważ perspektywa obserwowania Prudence próbującej odgadnąć, co też mogłem mieć na myśli, wydawała mi się całkiem przyjemnym sposobem na urozmaicenie spaceru, szczególnie że przez ostatnie kilka godzin wyjątkowo dobrze wychodziło nam wspólne podejmowanie decyzji, których żadne z nas nie uznałoby w żadnych innych okolicznościach, nie zamierzałem jednak przesadzać, bo chociaż alkohol skutecznie rozluźnił mi język i przekonał mnie, że niemal każda myśl zasługiwała na wypowiedzenie na głos, wciąż zachowywałem wystarczająco dużo przytomności, by pamiętać, że Prue nie należała do osób, które cierpliwie znosiły cudze gierki, jeśli nie widziały w nich żadnego sensownego celu. Poza tym sam zacząłem temat, więc wypadało doprowadzić go do końca, zamiast zachowywać się jak jeden z tych kretynów, którzy rzucali tajemniczą uwagę, po czym odmawiali wyjaśnień, oczekując, że reszta towarzystwa będzie przez następne pół godziny zastanawiać się nad ich głęboko przemyślanymi słowami - nie miałem aż tak wygórowanego mniemania o własnej błyskotliwości, zresztą, nawet gdybym je miał, ciemny i pusty cmentarz nie wydawał się odpowiednim miejscem do wygłaszania skomplikowanych zagadek, szczególnie że wciąż musiałem pilnować drogi oraz tego, by nie potknąć się o wystający korzeń lub o własne nogi i nie zakończyć wieczoru w pozycji, która z pewnością dostarczyłaby Prudence materiału na najbliższe kilka miesięcy.
- O tym, że mieszkańcy mają dość osobliwe podejście do nocnych spacerów po tym konkretnym kawałku ziemi. - Wyjaśniłem, odwracając się w jej stronę, po czym zwolniłem kroku, żeby nie musiała nadmiernie się spieszyć. - Nie chodzi o żaden oficjalny zakaz, spokojnie, nie będziemy musieli składać zeznań przed radą miejską ani tłumaczyć się przed strażnikiem, dlaczego o tej porze uznaliśmy cmentarz za doskonałe miejsce na przechadzkę. Po prostu krążą tu różne historie. - Wskazałem ręką na odległe rzędy najstarszych nagrobków majaczące w oddali, które ciągnęły się po obu stronach wąskiej ścieżki, pozwoliwszy sobie na krótki uśmiech, ponieważ w świetle księżyca nawet najbardziej zwyczajny pomnik nabierał wyglądu czegoś, co mogło skrywać wyjątkowo nieprzyjemną tajemnicę, natomiast tamta część cmentarza mogła sprawiać upiorne wrażenie nawet w jasnym świetle słońca. - Jest pewna opowieść o grabarzu, który zniknął podczas nocnej zmiany, pozostawiając po sobie płonącą latarnię i rozkopany grób. Jedni twierdzą, że uciekł z kochanką, inni, że zabrało go coś, co przyczaiło się między mauzoleami, nim zdążył się zorientować, że powinien był zostać w domu. Podobno od tamtej pory zdarzało się, że ludzie widywali w tej części cmentarza blade sylwetki, chociaż, jeśli mnie spytasz, nie spotkałem dotąd nikogo, kto potrafiłby opowiedzieć o tym bez dodawania przynajmniej trzech szczegółów, które wykluczały się wzajemnie. - Mówiłem lekko, swobodnie, niemal zdawkowo, z rozbawieniem właściwym komuś, kto opowiadał ciekawą historię podczas spaceru, nie zaś właśnie wprowadzał towarzyszkę w miejsce obdarzone reputacją wystarczająco ponurą, by lokalsi woleli wybierać dłuższą drogę. Nie zamierzałem zresztą udawać, że sam wierzyłem w każdą wersję legendy, ponieważ przez lata nauczyłem się, że opowieści przekazywane z ust do ust potrafiły obrastać w tyle dodatkowych warstw, iż w końcu trudno było odróżnić pierwotne wydarzenie od wyobraźni osoby, która postanowiła ubarwić je dla własnej przyjemności. Mimo to istniały miejsca, w których podobne historie nie dawały się tak łatwo zignorować, może chodziło o sam układ terenu, o stare drzewa, które rosły tu na długo przed narodzinami większości mieszkańców Little Hangleton, albo o fakt, że w północnej części nekropolii rzeczywiście znajdował się nagrobek, którego nikt nie potrafił doprowadzić do porządku, choć próbowano tego na różne sposoby.
Zerknąłem na nią kątem oka, próbując ocenić, czy moja opowieść zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie, ale światło księżyca nie ułatwiało odczytywania szczegółów, a nie zamierzałem zatrzymywać się tylko po to, by się o tym upewnić - wystarczało mi, że nasza rozmowa nadal toczyła się bez charakterystycznego napięcia, które w innych okolicznościach pojawiało się między nami przy każdej bardziej osobistej uwadze, zamiast więc drążyć temat, pozwoliłem sobie na jeszcze jeden uśmiech i skierowałem wzrok ku ścieżce, gdzie pomiędzy nagrobkami prześwitywał wąski pas jaśniejszej ziemi, zupełnie nie spodziewawszy się nagłego gwałtownego podmuchu wiatru, który…
- O tym, że mieszkańcy mają dość osobliwe podejście do nocnych spacerów po tym konkretnym kawałku ziemi. - Wyjaśniłem, odwracając się w jej stronę, po czym zwolniłem kroku, żeby nie musiała nadmiernie się spieszyć. - Nie chodzi o żaden oficjalny zakaz, spokojnie, nie będziemy musieli składać zeznań przed radą miejską ani tłumaczyć się przed strażnikiem, dlaczego o tej porze uznaliśmy cmentarz za doskonałe miejsce na przechadzkę. Po prostu krążą tu różne historie. - Wskazałem ręką na odległe rzędy najstarszych nagrobków majaczące w oddali, które ciągnęły się po obu stronach wąskiej ścieżki, pozwoliwszy sobie na krótki uśmiech, ponieważ w świetle księżyca nawet najbardziej zwyczajny pomnik nabierał wyglądu czegoś, co mogło skrywać wyjątkowo nieprzyjemną tajemnicę, natomiast tamta część cmentarza mogła sprawiać upiorne wrażenie nawet w jasnym świetle słońca. - Jest pewna opowieść o grabarzu, który zniknął podczas nocnej zmiany, pozostawiając po sobie płonącą latarnię i rozkopany grób. Jedni twierdzą, że uciekł z kochanką, inni, że zabrało go coś, co przyczaiło się między mauzoleami, nim zdążył się zorientować, że powinien był zostać w domu. Podobno od tamtej pory zdarzało się, że ludzie widywali w tej części cmentarza blade sylwetki, chociaż, jeśli mnie spytasz, nie spotkałem dotąd nikogo, kto potrafiłby opowiedzieć o tym bez dodawania przynajmniej trzech szczegółów, które wykluczały się wzajemnie. - Mówiłem lekko, swobodnie, niemal zdawkowo, z rozbawieniem właściwym komuś, kto opowiadał ciekawą historię podczas spaceru, nie zaś właśnie wprowadzał towarzyszkę w miejsce obdarzone reputacją wystarczająco ponurą, by lokalsi woleli wybierać dłuższą drogę. Nie zamierzałem zresztą udawać, że sam wierzyłem w każdą wersję legendy, ponieważ przez lata nauczyłem się, że opowieści przekazywane z ust do ust potrafiły obrastać w tyle dodatkowych warstw, iż w końcu trudno było odróżnić pierwotne wydarzenie od wyobraźni osoby, która postanowiła ubarwić je dla własnej przyjemności. Mimo to istniały miejsca, w których podobne historie nie dawały się tak łatwo zignorować, może chodziło o sam układ terenu, o stare drzewa, które rosły tu na długo przed narodzinami większości mieszkańców Little Hangleton, albo o fakt, że w północnej części nekropolii rzeczywiście znajdował się nagrobek, którego nikt nie potrafił doprowadzić do porządku, choć próbowano tego na różne sposoby.
Zerknąłem na nią kątem oka, próbując ocenić, czy moja opowieść zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie, ale światło księżyca nie ułatwiało odczytywania szczegółów, a nie zamierzałem zatrzymywać się tylko po to, by się o tym upewnić - wystarczało mi, że nasza rozmowa nadal toczyła się bez charakterystycznego napięcia, które w innych okolicznościach pojawiało się między nami przy każdej bardziej osobistej uwadze, zamiast więc drążyć temat, pozwoliłem sobie na jeszcze jeden uśmiech i skierowałem wzrok ku ścieżce, gdzie pomiędzy nagrobkami prześwitywał wąski pas jaśniejszej ziemi, zupełnie nie spodziewawszy się nagłego gwałtownego podmuchu wiatru, który…
Zabiera coś Prue i wywiewa z tym w długą?
Jak nie jej, to mi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Rzut Strony 1d4 - 4
Zachód
Zachód
Jak nie jej, to mi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Rzut Strony 1d4 - 2
Południe
Południe
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)