– Więc mi zaufaj i pobaw się w majstra – to też było „tylko” jedno z jej przeczuć. Coś, co przyszło do niej, gdy obudziła się tamtego dnia, kiedy mieli problem z klątwą na wykopaliskach, ale ileż można było mówić, że coś jej się przyśniło, albo że jest czegoś pewna, ale nie potrafi tego wyjaśnić? Była uzdrowicielką i archeolożką, oznaczało to, że można było ją nazwać naukowcem, a te wyjaśnienia brzmiały bardzo… nie naukowo. To była kwestia… nawet nie do końca wiary, ale to była trochę taka szara strefa, z którą Guinevere nie do końca czuła się komfortowo. Stawianie wróżb to jedno – to było tylko rozczytywanie znaków, jakie podsuwała magia. Ale jasnowidzenie to było coś zupełnie innego, choć w oczach tak wielu ludzi jawiło się jednym i tym samym.
– To nie same zwykłe gwoździe, tylko gwoździe w połączeniu z datą… a jak wiesz, jest szczególna – koło roku przechylało się w stronę śmierci i to tego wieczoru należało spalić pojemniki z duszami, jeśli chciało się pozbyć jakiegoś ducha. A duchy były energią, z kolei Samhain kręciło się wokół energii, chociaż zdaje się czarodzieje z Anglii nie mieli o tym jakiejś szczególnej wiedzy, bo nie uczyli się o nekromancji w szkole. Dla Guinevere było to z kolei bardzo oczywiste. – To nie tak, że mam sto procent pewności, po prostu… nie wiem jak to wyjaśnić. Po prostu wiem, że to może pomóc – Guinevere nie czuła się dobrze mówiąc w ten sposób. Do tej pory te przeczucia były sugestią i opcją, a teraz stały się bardziej… czymś namacalnym. W pewnym sensie złowieszczym nawet.
– Tak, tak sądzę, że się już zdarzyło. Śniłam o tym, co się wydarzy rankiem – zmarszczyła lekko brwi, kiedy powiedział o wylatywaniu w powietrze, ale podkręciła głową i w końcu przestała się kręcić i gapić na pustą ścianę, przenosząc swoje jasnobrązowe spojrzenie na Cathala. – Tym razem bez wybuchów. Śniło mi się… – Nefret na moment zamknęła oczy, próbując przywołać sobie obrazy z tego snu. – Śnił mi się gwar… tutaj. Jestem przekonana, że chodziło o jakiś szczególny dzień… taki jak dzisiaj. I nagle w drzwiach stanęła kobieta w rozczochranych włosach, blondynka, miała w tych włosach szyszki i gałęzie – i nie była to Helloise. – Jej spojrzenie… było całkowicie szalone. I wskoczyła na stół – gdyby się tylko odwróciła, to by ten stół zobaczyła. – Wywaliła to co na nim stało i wrzasnęła, żeby każdy się ratował, bo świat, jaki znamy, właśnie zdycha. A potem zerwała ze ściany obraz i z nim zwiała, zanim ktokolwiek zdążył coś zrobić – otworzyła oczy. – Wisiał na tamtej ścianie… – dodała. – Jestem… jestem przekonana, że ten obraz ma jakąś szczególną wartość związaną z Samhain, albo… no czymś ważnym. Chyba w innym przypadku by mi się to nie śniło? Nie znam tej kobiety i nigdy wcześniej nie słyszałam o tym miejscu – czy to było wystarczająco dziwne, żeby nawet sceptyczny Cathal stwierdził, że coś musiało być na rzeczy?