16.10.2026, 17:50 ✶
Nuda była gorsza od zimowego głodu, była gorsza od wszystkiego, czego przyszło mi zaznać, śmierć okazała się dłuższa od niejednej zimy, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze posiadałem fizyczne ciało, lecz w przeciwieństwie do samego powolnego konania z chłodu, nigdy nie miałem w niej zaznać końca… Za życia nie należałem do szczególnie cierpliwych, co zresztą stanowiło jedną z wielu moich rozlicznych zalet wielkiego wojownika, obok zamiłowania do miodu pitnego, bójek, które zwykle nie potrzebowały powodu, abym się wydarzyć, gdy byłem za nie odpowiedzialny, oraz przekonania, że jeśli coś można było załatwić siłą topora, nie należało zawracać sobie głowy długimi rozmowami - wszystko to okazało się jednak wyjątkowo mało przydatne po wydaniu z siebie ostatniego tchu, kiedy nie mogłem już ani napić się porządnego trunku, ani przyłożyć nikomu tak, żeby przynajmniej na chwilę zaznać jego gniewnej uwagi. Oczywiście, nie mogłem też umrzeć po raz drugi, choć przyznam, nieraz próbowałem, głównie z desperacko zadawanego sobie pytania, czy istniał jakiś kres tego przeklętego stanu albo sposób, by odzyskać godność i wyruszyć w dalszą drogę - nie istniał - przynajmniej nie znalazłem go przez te wszystkie księżyce, które upłynęły od chwili, gdy pewien wyjątkowo tępy chuj rozłupał mi czaszkę czymś ciężkim.
Kiedy przybyłem na te ziemie, nie zamierzałem zatrzymywać się na nich dłużej, bo choć wówczas byłem przekonany, że bogowie musieli mieć wobec mnie jakiś plan, skoro prądy zniosły naszą łódź tak daleko od obranego kursu, przypłynąłem tu z kilkoma braćmi wyłącznie po to, by uczynić z nieznanego brzegu jeden z wielu przystanków w naszej podróży, nie miejsce mego pochówku. Ledwie zdążyłem postawić stopę na brzegu, rozejrzeć się za czymś, co przypominałoby osadę godną złupienia i splunąć w piasek na znak pogardy dla tutejszych bogów, dostałem w łeb i zdechłem. Koniec historii. Niegdyś umiałem naprawić złamane wiosło, rozpalić ogień w deszczu, rozpoznać zbliżający się sztorm po kolorze chmur i przyłożyć komuś tak, żeby przez kilka dni pamiętał, dlaczego nie należało sięgać po cudzą własność, lecz teraz nie mogłem zrobić już zupełnie nic… Zamiast trafić do Walhalli, gdzie mógłbym ucztować u boku poległych wojowników, albo do jakiejś ponurej krainy, gdzie przynajmniej miałbym pewność, że ktoś przydzielił mi właściwe miejsce, zostałem tutaj, na kawałku ziemi, który z czasem obudowano kamieniami, ozdobiono nagrobkami i przeznaczono dla kolejnych umarłych. „Cmentarz”, nazywali to miejscowi, dla mnie był to po prostu nędzny kawałek jałowego gruntu, na którym nawet po śmierci nie można było liczyć na dobre towarzystwo - duchy pojawiały się i odchodziły, niektóre płakały, inne zawodziły, jeszcze inne snuły się między grobami z minami tak ponurymi, iż miałem ochotę zapytać, czy ktoś im przypadkiem ukradł ostatnią beczkę miodu albo odbił dziewoję. Próbowałem opowiadać im o morzu, o sztormach, o bitwach i o tym, jak pewnego razu jeden z moich towarzyszy wpadł do beczki z kiszoną rybą, kiedy statek przechylił się na fali, przez co śmierdział nam przez następne tygodnie, a i rekin nie raz próbował go wpierdolić, ale nie potrafili docenić porządnej historii - nikt się nie śmiał - jeden starzec kazał mi się zamknąć, niewiasta w szarym całunie rozpłynęła się w powietrzu, zaś młody wojownik, który wyglądał na takiego, co mógłby znać się na rzeczy, po prostu przeszedł przeze mnie i poszedł dalej. Niech ich wszystkich Thor weźmie!
Nocami było jeszcze gorzej, za dnia przynajmniej mogłem obserwować żywych, choć ich obyczaje i obrzędy nieraz budziły we mnie wstręt tak głęboki, że miałem ochotę splunąć na kurhany ich krewnych, po zmroku zostawałem sam z niebem i księżycem, który zawsze wracał na swoje miejsce. Siedziałem więc na niezamieszkałej płycie nagrobnej, z nogami wyciągniętymi przed siebie i liczyłem kolejne pełnie, próbując ustalić, ile właściwie czasu minęło od chwili, gdy nędzny tchórz roztrzaskał mi czaszkę - było ich już tyle, że nawet wspomnienia rodzinnej osady zaczęły mi się zacierać - pamiętałem zapach smoły na drakkarze, skrzypienie mokrych lin, smak solonego mięsa i głos matki, która twierdziła, że skończę źle, jeśli nie nauczę się trzymać języka za zębami. Nie miała racji, lecz przyznałbym jej ją wyłącznie po to, aby jeszcze raz zobaczyć tamten uśmiech, jakim mnie wtedy obdarzała.
Rozważałem właśnie, czy rzucenie się do najbliższej rozkopanej mogiły mogłoby zapewnić mi choć odrobinę rozrywki, kiedy usłyszałem hałas - najpierw trzask gałęzi, potem szybkie kroki, wreszcie czyjś oddech, urywany i ciężki - podniosłem głowę akurat, gdy spomiędzy nagrobków wyłoniła się żywa istota, podlotek raptem, młoda kobieta pędząca przed siebie z taką prędkością, jakby gonił ją cały orszak draugrów.
- Dokąd tak pędzisz, białogłowa? Zatrzymaj się, dziewko! - Poprawiłem brodę, zeskoczyłem z płyty i stanąłem na jej drodze, rozkładając ramiona szeroko niczym wojownik szykujący się do abordażu, podczas gdy z moich ust wydostało się chropawe. - Bla bla bla, Bla? BLA BLA, BLA! - Zawisłem tuż przed nią, przyglądając jej się z zainteresowaniem, którego nie czułem od tak wielu księżyców, że aż zrobiło mi się lżej na duszy. - Mów prędko, niewiasto, bom od tylu zim nie słyszał nic prócz własnych przekleństw, że wysłucham cię nawet wtedy, gdybyś miała gadać do świtania samego! Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla! - Wyprostowałem się, czując, że oto nadszedł dzień, w którym bogowie wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu.
Kiedy przybyłem na te ziemie, nie zamierzałem zatrzymywać się na nich dłużej, bo choć wówczas byłem przekonany, że bogowie musieli mieć wobec mnie jakiś plan, skoro prądy zniosły naszą łódź tak daleko od obranego kursu, przypłynąłem tu z kilkoma braćmi wyłącznie po to, by uczynić z nieznanego brzegu jeden z wielu przystanków w naszej podróży, nie miejsce mego pochówku. Ledwie zdążyłem postawić stopę na brzegu, rozejrzeć się za czymś, co przypominałoby osadę godną złupienia i splunąć w piasek na znak pogardy dla tutejszych bogów, dostałem w łeb i zdechłem. Koniec historii. Niegdyś umiałem naprawić złamane wiosło, rozpalić ogień w deszczu, rozpoznać zbliżający się sztorm po kolorze chmur i przyłożyć komuś tak, żeby przez kilka dni pamiętał, dlaczego nie należało sięgać po cudzą własność, lecz teraz nie mogłem zrobić już zupełnie nic… Zamiast trafić do Walhalli, gdzie mógłbym ucztować u boku poległych wojowników, albo do jakiejś ponurej krainy, gdzie przynajmniej miałbym pewność, że ktoś przydzielił mi właściwe miejsce, zostałem tutaj, na kawałku ziemi, który z czasem obudowano kamieniami, ozdobiono nagrobkami i przeznaczono dla kolejnych umarłych. „Cmentarz”, nazywali to miejscowi, dla mnie był to po prostu nędzny kawałek jałowego gruntu, na którym nawet po śmierci nie można było liczyć na dobre towarzystwo - duchy pojawiały się i odchodziły, niektóre płakały, inne zawodziły, jeszcze inne snuły się między grobami z minami tak ponurymi, iż miałem ochotę zapytać, czy ktoś im przypadkiem ukradł ostatnią beczkę miodu albo odbił dziewoję. Próbowałem opowiadać im o morzu, o sztormach, o bitwach i o tym, jak pewnego razu jeden z moich towarzyszy wpadł do beczki z kiszoną rybą, kiedy statek przechylił się na fali, przez co śmierdział nam przez następne tygodnie, a i rekin nie raz próbował go wpierdolić, ale nie potrafili docenić porządnej historii - nikt się nie śmiał - jeden starzec kazał mi się zamknąć, niewiasta w szarym całunie rozpłynęła się w powietrzu, zaś młody wojownik, który wyglądał na takiego, co mógłby znać się na rzeczy, po prostu przeszedł przeze mnie i poszedł dalej. Niech ich wszystkich Thor weźmie!
Nocami było jeszcze gorzej, za dnia przynajmniej mogłem obserwować żywych, choć ich obyczaje i obrzędy nieraz budziły we mnie wstręt tak głęboki, że miałem ochotę splunąć na kurhany ich krewnych, po zmroku zostawałem sam z niebem i księżycem, który zawsze wracał na swoje miejsce. Siedziałem więc na niezamieszkałej płycie nagrobnej, z nogami wyciągniętymi przed siebie i liczyłem kolejne pełnie, próbując ustalić, ile właściwie czasu minęło od chwili, gdy nędzny tchórz roztrzaskał mi czaszkę - było ich już tyle, że nawet wspomnienia rodzinnej osady zaczęły mi się zacierać - pamiętałem zapach smoły na drakkarze, skrzypienie mokrych lin, smak solonego mięsa i głos matki, która twierdziła, że skończę źle, jeśli nie nauczę się trzymać języka za zębami. Nie miała racji, lecz przyznałbym jej ją wyłącznie po to, aby jeszcze raz zobaczyć tamten uśmiech, jakim mnie wtedy obdarzała.
Rozważałem właśnie, czy rzucenie się do najbliższej rozkopanej mogiły mogłoby zapewnić mi choć odrobinę rozrywki, kiedy usłyszałem hałas - najpierw trzask gałęzi, potem szybkie kroki, wreszcie czyjś oddech, urywany i ciężki - podniosłem głowę akurat, gdy spomiędzy nagrobków wyłoniła się żywa istota, podlotek raptem, młoda kobieta pędząca przed siebie z taką prędkością, jakby gonił ją cały orszak draugrów.
- Dokąd tak pędzisz, białogłowa? Zatrzymaj się, dziewko! - Poprawiłem brodę, zeskoczyłem z płyty i stanąłem na jej drodze, rozkładając ramiona szeroko niczym wojownik szykujący się do abordażu, podczas gdy z moich ust wydostało się chropawe. - Bla bla bla, Bla? BLA BLA, BLA! - Zawisłem tuż przed nią, przyglądając jej się z zainteresowaniem, którego nie czułem od tak wielu księżyców, że aż zrobiło mi się lżej na duszy. - Mów prędko, niewiasto, bom od tylu zim nie słyszał nic prócz własnych przekleństw, że wysłucham cię nawet wtedy, gdybyś miała gadać do świtania samego! Bla bla, bla, bla bla bla bla bla bla bla bla bla bla, bla bla bla bla, bla bla bla bla bla bla! - Wyprostowałem się, czując, że oto nadszedł dzień, w którym bogowie wreszcie przypomnieli sobie o moim istnieniu.
Bard: @Benjy Fenwick