9 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 5 godzin(y) temu przez Lorraine Malfoy.)
Bywały takie momenty, gdy serce Lorraine biło mocniej, wezbrane uczuciem: tak też się stało, gdy usłyszała pytanie Renigalda. Pozwoliła mu wybrzmieć, bo instynktownie rozpoznała, że bardziej chodziło o to, co kryje się pod spodem. W niedosłowności wyrażonej krótkim zawahaniem, jakie pojawiło się w jego głosie. Wątpliwości. Znała je dobrze, ich obecność dawno przestała jednak napełniać ją smutkiem. Wiedziała przecież, że wiara nie istnieje wbrew nim, lecz dzięki nim.
Ile razy Matka Bogini jej pomogła? Ile razy odpowiedziała na jej modlitwy?
— Wiele razy — odpowiedziała miękko. Nie uciekła przed spojrzeniem Renigalda. Chorobliwa intensywność, która rozpalała wcześniej jej oczy, przygasła, ustępując miejsca czemuś starszemu: zamiast zapalczywości był już tylko spokój. — Więcej doświadczyłam łaski Matki niż mam władzy, żeby o głębi tej łaski mówić, nie tracąc przy tym oddechu. Bo oddycham dzięki jej łasce — Lorraine odetchnęła gwałtownie, kładąc rękę na swoim sercu. — Dzięki niej bije moje serce — dodała, szeptem niemal, jak gdyby chciała, aby usłyszał cichy rytm, który zaczęła wybijać jej ręka. Stuk stuk. Stuk stuk. — Żyję dzięki niej.
Żyła, ponieważ ktoś kiedyś podzielił się z nią tym oddechem w otchłani, do której zeszła w chwili rozpaczy. Inne serce wybijało rytm niczym bęben, czekający, aby podążyć za jego przewodnictwem. Inne ciało drżało obok jej ciała, dopóki nie wyszli na powierzchnię. Jakże łatwo było wierzyć w cuda, gdy wystarczyło wsłuchać się w to drżenie. Jakże łatwo było wierzyć w obecności Bogini, gdy zawsze miała Baldwina obok. Tyle przecież wystarczało, żeby przypomniała sobie, że nie jest w tym życiu sama.
— Łaska jest w tym wszystkim. Łaska wstrzymuje cię przed sięgnięciem po różdżkę zbyt pochopnie… Przed niszczeniem rzeczy zbyt lekkomyślnie. Przed niszczeniem siebie, zwłaszcza wtedy, gdy nie zdajesz sobie z tego sprawy. — Stuk stuk. Stuk stuk. — Czy Bogini mnie słucha? Czy odpowiada na moje modlitwy? Oczywiście. — Uśmiechnęła się, opuszczając wolną dłoń. Stukanie ustało, chociaż serce w jej piersi wciąż biło. — Inaczej byś tutaj nie przyszedł.
Do tej pory kluczyli spacerowym krokiem po pokoju, w końcu jednak Lorraine poprowadziła Renigalda ku trumnie, która wcześniej przyciągnęła jego uwagę.
– Wykonano ją z tego samego drewna jak tą, którą oglądałeś na wystawie. Orzech. Tylko kolor wydaje się głębszym, bo ściemniało z wiekiem. Dotknij misternych zdobień, które pokrywają boczną część wieka. Rzemieślnik, który je wykonał, zaklął je, aby przypominały o najpiękniejszych wspomnieniach, jakie dzielisz z osobą spoczywającą we wnętrzu trumny… Wystarczy, że powiedziesz ręką wzdłuż boku.
Wspierająca się do tej pory o ramię kuzyna Lorraine zaskakująco zręcznie weszła do środka, z gracją sadowiąc się na miękkich poduszkach. Srebrne włosy rozlały się wzdłuż aksamitnego obicia, gdy oparła głowę o brzeg trumny: wyglądała na bardzo dumną z tego, że ma w swoim zakładzie coś, o czym wiedziała, że wpisuje się w jego gusta.
— …A poza tym, jest bardzo mięciutka w środku — stwierdziła radośnie, wyciągając zapraszająco dłoń w stronę Renigalda. W tym właśnie Lorraine różniła się od większości. W oswajaniu makabry do tego stopnia, że nie wydawała się już dłużej straszną. Nie trzeba było przecież bać się śmierci, gdy roześmiana uśmiechała się do ciebie z wnętrza trumny, zapraszając, żebyś usiadł tuż obok.
Ile razy Matka Bogini jej pomogła? Ile razy odpowiedziała na jej modlitwy?
— Wiele razy — odpowiedziała miękko. Nie uciekła przed spojrzeniem Renigalda. Chorobliwa intensywność, która rozpalała wcześniej jej oczy, przygasła, ustępując miejsca czemuś starszemu: zamiast zapalczywości był już tylko spokój. — Więcej doświadczyłam łaski Matki niż mam władzy, żeby o głębi tej łaski mówić, nie tracąc przy tym oddechu. Bo oddycham dzięki jej łasce — Lorraine odetchnęła gwałtownie, kładąc rękę na swoim sercu. — Dzięki niej bije moje serce — dodała, szeptem niemal, jak gdyby chciała, aby usłyszał cichy rytm, który zaczęła wybijać jej ręka. Stuk stuk. Stuk stuk. — Żyję dzięki niej.
Żyła, ponieważ ktoś kiedyś podzielił się z nią tym oddechem w otchłani, do której zeszła w chwili rozpaczy. Inne serce wybijało rytm niczym bęben, czekający, aby podążyć za jego przewodnictwem. Inne ciało drżało obok jej ciała, dopóki nie wyszli na powierzchnię. Jakże łatwo było wierzyć w cuda, gdy wystarczyło wsłuchać się w to drżenie. Jakże łatwo było wierzyć w obecności Bogini, gdy zawsze miała Baldwina obok. Tyle przecież wystarczało, żeby przypomniała sobie, że nie jest w tym życiu sama.
— Łaska jest w tym wszystkim. Łaska wstrzymuje cię przed sięgnięciem po różdżkę zbyt pochopnie… Przed niszczeniem rzeczy zbyt lekkomyślnie. Przed niszczeniem siebie, zwłaszcza wtedy, gdy nie zdajesz sobie z tego sprawy. — Stuk stuk. Stuk stuk. — Czy Bogini mnie słucha? Czy odpowiada na moje modlitwy? Oczywiście. — Uśmiechnęła się, opuszczając wolną dłoń. Stukanie ustało, chociaż serce w jej piersi wciąż biło. — Inaczej byś tutaj nie przyszedł.
Do tej pory kluczyli spacerowym krokiem po pokoju, w końcu jednak Lorraine poprowadziła Renigalda ku trumnie, która wcześniej przyciągnęła jego uwagę.
– Wykonano ją z tego samego drewna jak tą, którą oglądałeś na wystawie. Orzech. Tylko kolor wydaje się głębszym, bo ściemniało z wiekiem. Dotknij misternych zdobień, które pokrywają boczną część wieka. Rzemieślnik, który je wykonał, zaklął je, aby przypominały o najpiękniejszych wspomnieniach, jakie dzielisz z osobą spoczywającą we wnętrzu trumny… Wystarczy, że powiedziesz ręką wzdłuż boku.
Wspierająca się do tej pory o ramię kuzyna Lorraine zaskakująco zręcznie weszła do środka, z gracją sadowiąc się na miękkich poduszkach. Srebrne włosy rozlały się wzdłuż aksamitnego obicia, gdy oparła głowę o brzeg trumny: wyglądała na bardzo dumną z tego, że ma w swoim zakładzie coś, o czym wiedziała, że wpisuje się w jego gusta.
— …A poza tym, jest bardzo mięciutka w środku — stwierdziła radośnie, wyciągając zapraszająco dłoń w stronę Renigalda. W tym właśnie Lorraine różniła się od większości. W oswajaniu makabry do tego stopnia, że nie wydawała się już dłużej straszną. Nie trzeba było przecież bać się śmierci, gdy roześmiana uśmiechała się do ciebie z wnętrza trumny, zapraszając, żebyś usiadł tuż obok.