3 godzin(y) temu ✶
Nie miałem szczególnych wymagań wobec miejsca, do którego zamierzałem się udać po zakończeniu naszej wyprawy w góry, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby znalazło się dostatecznie daleko od Londynu, od spraw, które zostawiłem za sobą oraz od ludzi, którym musiałbym tłumaczyć, dlaczego podjąłem taką, a nie inną decyzję, ponieważ gdybym dał sobie czas na rozważenie wszystkich za i przeciw, prawdopodobnie skończyłbym w znacznie bardziej skomplikowanym położeniu niż z butelką czegoś mocnego w jednej ręce i listem, którego nie potrafiłbym napisać, w drugiej. List przynajmniej napisałem, chociaż trudno było mi uznać to za szczególny powód do dumy - wyszło jak wyszło, przy odrobinie złej woli, której sam sobie nie szczędziłem, pozostawałem zwyczajnym dupkiem, który uznał, że list wystarczy za rozmowę, ponieważ łatwiej było napisać kilka zdań, niż patrzeć komuś w oczy, kiedy te zdania zaczynały nabierać rzeczywistego znaczenia - mogłem sobie wmawiać, że postąpiłem odpowiedzialnie, że w ten sposób oszczędziłem nam obojgu kłótni, podczas której powiedzielibyśmy rzeczy, których nie dałoby się już cofnąć, ale prawda była znacznie mniej wygodna. Nie chciałem patrzeć Prue w oczy, nie chciałem widzieć, co wyczytałaby z mojej twarzy - a sumienie podpowiadało mi, iż byłoby to wszystko to, czego nie potrafiłem jej powiedzieć - nie chciałem słuchać własnego głosu, kiedy próbowałbym wyjaśnić coś, czego sam nie rozumiałem i tym bardziej nie chciałem sprawdzać, czy wystarczyłoby jedno jej słowo, żebym porzucił cały ten pośpiesznie przygotowany plan i został. „Tak”, zwłaszcza tego ostatniego wolałem nie dowiadywać się w praktyce, bo znałem Prudence wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak niewiele potrzeba jej było, by podważyć moje najbardziej stanowcze postanowienia, nawet kiedy wcale nie zamierzała tego robić - wystarczyło, że na mnie patrzyła, że wyciągała rękę, kiedy przechodziłem obok, albo że zasypiała obok mnie, ufna w ten szczególny sposób, który wciąż wydawał mi się czymś niemal zakazanym, zważywszy na to, jak niewiele rzeczy w moim życiu zasługiwało na zaufanie takiego rodzaju, „więc to spieprzyłem”.
Tej nocy spałem kiepsko, choć nie mogłem powiedzieć, żeby stanowiło to jakąś nowość. W salonie było chłodno, ogień w kominku przygasł już jakiś czas wcześniej, deszcz uderzał o szybę z irytującą regularnością, która powinna była szybko mnie ukoić, lecz zamiast tego przewracałem się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której przestałoby mnie ciągnąć w barku, a potem…
Nie od razu zrozumiałem, gdzie się znalazłem, co zresztą należało uznać za całkiem racjonalną reakcję, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno znajdowałem się w Rumunii - teoretycznie z dala od brytyjskiej pogody, brytyjskich problemów, brytyjskiej… brytyjskości i wszystkiego, co mogłoby mi przypominać, że zostawiłem za sobą więcej, niż byłem gotów przyznać nawet przed samym sobą - śnieg osiadał mi na ramionach, wlatywał za kołnierz płaszcza, topniał na włosach, kiedy stałem na dziedzińcu, próbując zrozumieć, co właściwie robiłem w miejscu, w którym nie powinno mnie być. Od szkolnych lat zdążyłem odwiedzić wystarczająco wiele miejsc, w których niegdyś przeżywałem dobre chwile, potem zaś próbowano mnie tam zabić, żebym przestał darzyć sentymentem jakiekolwiek znajome otoczenie, ale kamienne mury, wysokie okna, kamienne łuki i ławki przyprószone białym puchem, wszystko to wyglądało na tyle zwyczajnie, że przez pierwsze sekundy nie poczułem niepokoju, tylko konsternację, rozglądając się dookoła, zanim ruszyłem wzdłuż arkad - nie dostrzegałem niczego, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego właściwie znalazłem się tutaj, zamiast leżeć na kanapie gdzieś po drugiej stronie Europy - nie pamiętałem, skąd przyszedłem ani dokąd powinienem iść, nie miałem różdżki w dłoni, nie słyszałem żadnych głosów dobiegających z zamku, cisza panująca na dziedzińcu była wręcz na tyle głęboka i niepokojąca, że po kilku krokach odruchowo zwolniłem, spoglądając w stronę przejścia prowadzącego ku schodom.
Wtedy ją zobaczyłem…
Prudence stała przy fontannie, pochylona nad kamiennym obrzeżem, z włosami opadającymi w stronę ciemnej tafli. Przez ułamek sekundy nie zrobiłem niczego, po prostu patrzyłem, usiłując pogodzić jej obecność z własnym położeniem, ponieważ ostatnim razem, kiedy miałem okazję zobaczyć Prue, nie znajdowaliśmy się w Hogwarcie, nie padał śnieg, a ja byłem już dostatecznie daleko na drodze do piekła, żeby uznać, że przynajmniej w kwestii podejmowania fatalnych decyzji osiągnąłem pewną pokrętną stabilizację - było w tym coś żałosnego, chociaż nie miałem zamiaru urządzać sobie teraz rachunku sumienia, zwłaszcza że sam fakt, iż znalazłem się w tym miejscu, nie oznaczał jeszcze, że miałem przed sobą prawdziwą Prudence, nie jakiś wyjątkowo złośliwy wytwór własnego umysłu - w końcu spałem, chociaż nie wiedziałem o tym jeszcze na tyle świadomie, by uznać tę okoliczność za wystarczające wyjaśnienie - mogłem równie dobrze znajdować się pod wpływem zaklęcia, zostać wciągnięty w iluzję, we własne rozmyte wspomnienie czegoś, o czym już kiedyś przecież śniłem albo mieć do czynienia z czymś, czego wolałbym nie poznawać bliżej. Żadna z tych możliwości nie skłaniała mnie do podejmowania pochopnych działań, dlatego przez moment po prostu obserwowałem ją z kilku metrów, próbując dostrzec cokolwiek, co pozwoliłoby mi ustalić, czy wiedziała o mojej obecności.
Zrobiłem krok w jej stronę, potem drugi, nie chcąc jej spłoszyć, chociaż nie miałem pojęcia, dlaczego miałaby się mnie przestraszyć - to pytanie zdążyło zresztą nabrać wyjątkowo nieprzyjemnego wydźwięku, kiedy przypomniałem sobie, że ostatnio sam zadbałem, żeby nie miała powodu spodziewać się po mnie czegokolwiek dobrego - sposób, w jaki planowałem wypowiedzieć jej imię uformował mi się w głowie na kilka sekund przed tym, zanim dostrzegłem jakiś ruch za jej plecami i pierwotne zamiary poszły się gonić…
Nie usłyszałem jego nadejścia, trzasku teleportacji, niczego w tym rodzaju, nie zauważyłem, skąd napastnik się wziął, ani jak długo znajdował się w pobliżu, zobaczyłem jedynie obcą sylwetkę, która dopadła do Prue i gwałtownie popchnęła ją w stronę fontanny. Przez krótką, przeklętą sekundę mój umysł zarejestrował wszystkie szczegóły, których nie potrzebowałem - sposób, w jaki jej ramiona napięły się pod ciężarem napastnika, jak palce szukały oparcia na mokrym kamieniu, jak ciemna tafla wody zamknęła się nad jej włosami - ręce Bletchley zacisnęły się na kamiennej krawędzi, nogi zaparły o podłoże, lecz napastnik docisnął ją w dół, nie pozwalając jej podnieść głowy. Potem ruszyłem.
Nie zastanawiałem się, kim był, po prostu złapałem go za kark i ramię, po czym szarpnąłem z całej siły do tyłu - opór okazał się większy, niż przewidywałem, więc zamiast odciągnąć go od Prudence, jedynie zmusiłem go do przesunięcia stóp po oblodzonej nawierzchni - zakląłem pod nosem, poprawiłem chwyt i wbiłem kolano w jego bok, wykorzystując moment, w którym musiał przenieść ciężar ciała, tym razem puścił, nie czekałem, aż odzyska równowagę, tylko uderzyłem go barkiem, spychając go w kierunku środka dziedzińca. Poczułem ból, ten sam, który dokuczał mi jeszcze przed zaśnięciem, przez moment zakręciło mi się w głowie, ale zacisnąłem zęby, nie pozwalając sobie na choćby sekundę przerwy, tylko szarżując dalej. Usłyszałem szorstki, chrapliwy oddech, poczułem pod palcami materiał jego ubrania, sekundę później napastnik wyrwał się z mojego chwytu i cofnął się o kilka kroków. W zaskakująco szybkim tempie odzyskał równowagę i odwrócił głowę w moją stronę, lecz zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, ruszyłem na niego ponownie, chcąc odciągnąć go od fontanny na tyle daleko, by nie mógł znów sięgnąć swojej ofiary, tyle tylko, że… Zniknął, dosłownie wyparował, moje palce zacisnęły się na pustce, zamiast uderzyć w twarde ciało…
Nie zobaczyłem jego twarzy, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy miał ją tak dobrze ukrytą pod kapturem, czy po prostu nie byłem w stanie skupić wzroku na szczegółach, ponieważ wszystko działo się zbyt szybko, obudziła się we mnie ta paskudna, dobrze znana gotowość do zrobienia komuś krzywdy, kiedy uznawałem, że nie pozostawiono mi innego wyboru. Gdy tylko odwróciłem głowę w stronę fontanny, żeby sprawdzić, czy Prudence zdołała się podnieść, usłyszałem za plecami szelest, po którym nastąpiła cisza. Obejrzałem się natychmiast, gotów ponownie rzucić się do walki, ale na dziedzińcu nikogo już nie było, nie widziałem śladów prowadzących ku przejściu, nie dostrzegłem żadnej sylwetki między kolumnami, napastnik po prostu zniknął, pozostawiając mnie z zaciśniętymi pięściami i ze świadomością, że nie miałem pojęcia, co właściwie przed chwilą wydarzyło się na moich oczach.
Zorientowawszy się, iż przynajmniej chwilowo zagrożenie już nas nie dotyczyło, dopadłem kamiennej niecki, opierając jedną dłoń o brzeg, drugą zaś wyciągając w stronę Prue. Nie próbowałem od razu jej podnosić, ponieważ nie wiedziałem, czy była w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach, czy zakrztusiła się wodą, ani nawet czy zdążyła zaczerpnąć powietrza, zanim napastnik spróbował ją utopić. Woda spływała z jej włosów i ubrania, a ja miałem ochotę przekląć wszystko, co doprowadziło nas do tej sytuacji, poczynając od samej fontanny, na własnej głupocie kończąc.
- Już dobrze. - Powiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście było dobrze i czy w ogóle mogłem obiecać jej coś takiego. - Mam cię. Wyciągnąłem cię stamtąd. Już dobrze. - Słowa zabrzmiały dziwnie w moich ustach, ponieważ przypominały obietnicę, którą składałem jej już kiedyś, w innej sytuacji, kiedy wystarczyło wyciągnąć rękę, odsunąć ją od niebezpieczeństwa „albo po prostu zostać przy niej, zamiast pakować swoje rzeczy i wyjeżdżać do obcego kraju”. Nie wiedziałem, czy mnie słyszała, ani czy w ogóle rozumiała, że napastnik zniknął, ponieważ sam wciąż byłem gotów odwrócić się w każdej chwili i ponownie rzucić na kogoś, kto mógłby wyłonić się zza fontanny, rozglądałem się co kilka sekund, odruchowo sprawdzając przejścia między murami i ciemne okna zamku, lecz nie dostrzegałem niczego poza śniegiem oraz pustką, która w tej chwili wydawała mi się znacznie bardziej niepokojąca niż obecność jakiegokolwiek człowieka…
Tej nocy spałem kiepsko, choć nie mogłem powiedzieć, żeby stanowiło to jakąś nowość. W salonie było chłodno, ogień w kominku przygasł już jakiś czas wcześniej, deszcz uderzał o szybę z irytującą regularnością, która powinna była szybko mnie ukoić, lecz zamiast tego przewracałem się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której przestałoby mnie ciągnąć w barku, a potem…
Nie od razu zrozumiałem, gdzie się znalazłem, co zresztą należało uznać za całkiem racjonalną reakcję, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno znajdowałem się w Rumunii - teoretycznie z dala od brytyjskiej pogody, brytyjskich problemów, brytyjskiej… brytyjskości i wszystkiego, co mogłoby mi przypominać, że zostawiłem za sobą więcej, niż byłem gotów przyznać nawet przed samym sobą - śnieg osiadał mi na ramionach, wlatywał za kołnierz płaszcza, topniał na włosach, kiedy stałem na dziedzińcu, próbując zrozumieć, co właściwie robiłem w miejscu, w którym nie powinno mnie być. Od szkolnych lat zdążyłem odwiedzić wystarczająco wiele miejsc, w których niegdyś przeżywałem dobre chwile, potem zaś próbowano mnie tam zabić, żebym przestał darzyć sentymentem jakiekolwiek znajome otoczenie, ale kamienne mury, wysokie okna, kamienne łuki i ławki przyprószone białym puchem, wszystko to wyglądało na tyle zwyczajnie, że przez pierwsze sekundy nie poczułem niepokoju, tylko konsternację, rozglądając się dookoła, zanim ruszyłem wzdłuż arkad - nie dostrzegałem niczego, co mogłoby wyjaśnić, dlaczego właściwie znalazłem się tutaj, zamiast leżeć na kanapie gdzieś po drugiej stronie Europy - nie pamiętałem, skąd przyszedłem ani dokąd powinienem iść, nie miałem różdżki w dłoni, nie słyszałem żadnych głosów dobiegających z zamku, cisza panująca na dziedzińcu była wręcz na tyle głęboka i niepokojąca, że po kilku krokach odruchowo zwolniłem, spoglądając w stronę przejścia prowadzącego ku schodom.
Wtedy ją zobaczyłem…
Prudence stała przy fontannie, pochylona nad kamiennym obrzeżem, z włosami opadającymi w stronę ciemnej tafli. Przez ułamek sekundy nie zrobiłem niczego, po prostu patrzyłem, usiłując pogodzić jej obecność z własnym położeniem, ponieważ ostatnim razem, kiedy miałem okazję zobaczyć Prue, nie znajdowaliśmy się w Hogwarcie, nie padał śnieg, a ja byłem już dostatecznie daleko na drodze do piekła, żeby uznać, że przynajmniej w kwestii podejmowania fatalnych decyzji osiągnąłem pewną pokrętną stabilizację - było w tym coś żałosnego, chociaż nie miałem zamiaru urządzać sobie teraz rachunku sumienia, zwłaszcza że sam fakt, iż znalazłem się w tym miejscu, nie oznaczał jeszcze, że miałem przed sobą prawdziwą Prudence, nie jakiś wyjątkowo złośliwy wytwór własnego umysłu - w końcu spałem, chociaż nie wiedziałem o tym jeszcze na tyle świadomie, by uznać tę okoliczność za wystarczające wyjaśnienie - mogłem równie dobrze znajdować się pod wpływem zaklęcia, zostać wciągnięty w iluzję, we własne rozmyte wspomnienie czegoś, o czym już kiedyś przecież śniłem albo mieć do czynienia z czymś, czego wolałbym nie poznawać bliżej. Żadna z tych możliwości nie skłaniała mnie do podejmowania pochopnych działań, dlatego przez moment po prostu obserwowałem ją z kilku metrów, próbując dostrzec cokolwiek, co pozwoliłoby mi ustalić, czy wiedziała o mojej obecności.
Zrobiłem krok w jej stronę, potem drugi, nie chcąc jej spłoszyć, chociaż nie miałem pojęcia, dlaczego miałaby się mnie przestraszyć - to pytanie zdążyło zresztą nabrać wyjątkowo nieprzyjemnego wydźwięku, kiedy przypomniałem sobie, że ostatnio sam zadbałem, żeby nie miała powodu spodziewać się po mnie czegokolwiek dobrego - sposób, w jaki planowałem wypowiedzieć jej imię uformował mi się w głowie na kilka sekund przed tym, zanim dostrzegłem jakiś ruch za jej plecami i pierwotne zamiary poszły się gonić…
Nie usłyszałem jego nadejścia, trzasku teleportacji, niczego w tym rodzaju, nie zauważyłem, skąd napastnik się wziął, ani jak długo znajdował się w pobliżu, zobaczyłem jedynie obcą sylwetkę, która dopadła do Prue i gwałtownie popchnęła ją w stronę fontanny. Przez krótką, przeklętą sekundę mój umysł zarejestrował wszystkie szczegóły, których nie potrzebowałem - sposób, w jaki jej ramiona napięły się pod ciężarem napastnika, jak palce szukały oparcia na mokrym kamieniu, jak ciemna tafla wody zamknęła się nad jej włosami - ręce Bletchley zacisnęły się na kamiennej krawędzi, nogi zaparły o podłoże, lecz napastnik docisnął ją w dół, nie pozwalając jej podnieść głowy. Potem ruszyłem.
Nie zastanawiałem się, kim był, po prostu złapałem go za kark i ramię, po czym szarpnąłem z całej siły do tyłu - opór okazał się większy, niż przewidywałem, więc zamiast odciągnąć go od Prudence, jedynie zmusiłem go do przesunięcia stóp po oblodzonej nawierzchni - zakląłem pod nosem, poprawiłem chwyt i wbiłem kolano w jego bok, wykorzystując moment, w którym musiał przenieść ciężar ciała, tym razem puścił, nie czekałem, aż odzyska równowagę, tylko uderzyłem go barkiem, spychając go w kierunku środka dziedzińca. Poczułem ból, ten sam, który dokuczał mi jeszcze przed zaśnięciem, przez moment zakręciło mi się w głowie, ale zacisnąłem zęby, nie pozwalając sobie na choćby sekundę przerwy, tylko szarżując dalej. Usłyszałem szorstki, chrapliwy oddech, poczułem pod palcami materiał jego ubrania, sekundę później napastnik wyrwał się z mojego chwytu i cofnął się o kilka kroków. W zaskakująco szybkim tempie odzyskał równowagę i odwrócił głowę w moją stronę, lecz zanim zdążył zrobić cokolwiek więcej, ruszyłem na niego ponownie, chcąc odciągnąć go od fontanny na tyle daleko, by nie mógł znów sięgnąć swojej ofiary, tyle tylko, że… Zniknął, dosłownie wyparował, moje palce zacisnęły się na pustce, zamiast uderzyć w twarde ciało…
Nie zobaczyłem jego twarzy, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy miał ją tak dobrze ukrytą pod kapturem, czy po prostu nie byłem w stanie skupić wzroku na szczegółach, ponieważ wszystko działo się zbyt szybko, obudziła się we mnie ta paskudna, dobrze znana gotowość do zrobienia komuś krzywdy, kiedy uznawałem, że nie pozostawiono mi innego wyboru. Gdy tylko odwróciłem głowę w stronę fontanny, żeby sprawdzić, czy Prudence zdołała się podnieść, usłyszałem za plecami szelest, po którym nastąpiła cisza. Obejrzałem się natychmiast, gotów ponownie rzucić się do walki, ale na dziedzińcu nikogo już nie było, nie widziałem śladów prowadzących ku przejściu, nie dostrzegłem żadnej sylwetki między kolumnami, napastnik po prostu zniknął, pozostawiając mnie z zaciśniętymi pięściami i ze świadomością, że nie miałem pojęcia, co właściwie przed chwilą wydarzyło się na moich oczach.
Zorientowawszy się, iż przynajmniej chwilowo zagrożenie już nas nie dotyczyło, dopadłem kamiennej niecki, opierając jedną dłoń o brzeg, drugą zaś wyciągając w stronę Prue. Nie próbowałem od razu jej podnosić, ponieważ nie wiedziałem, czy była w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach, czy zakrztusiła się wodą, ani nawet czy zdążyła zaczerpnąć powietrza, zanim napastnik spróbował ją utopić. Woda spływała z jej włosów i ubrania, a ja miałem ochotę przekląć wszystko, co doprowadziło nas do tej sytuacji, poczynając od samej fontanny, na własnej głupocie kończąc.
- Już dobrze. - Powiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście było dobrze i czy w ogóle mogłem obiecać jej coś takiego. - Mam cię. Wyciągnąłem cię stamtąd. Już dobrze. - Słowa zabrzmiały dziwnie w moich ustach, ponieważ przypominały obietnicę, którą składałem jej już kiedyś, w innej sytuacji, kiedy wystarczyło wyciągnąć rękę, odsunąć ją od niebezpieczeństwa „albo po prostu zostać przy niej, zamiast pakować swoje rzeczy i wyjeżdżać do obcego kraju”. Nie wiedziałem, czy mnie słyszała, ani czy w ogóle rozumiała, że napastnik zniknął, ponieważ sam wciąż byłem gotów odwrócić się w każdej chwili i ponownie rzucić na kogoś, kto mógłby wyłonić się zza fontanny, rozglądałem się co kilka sekund, odruchowo sprawdzając przejścia między murami i ciemne okna zamku, lecz nie dostrzegałem niczego poza śniegiem oraz pustką, która w tej chwili wydawała mi się znacznie bardziej niepokojąca niż obecność jakiegokolwiek człowieka…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)