1 godzinę temu ✶
Nie było dobrze, miała rację, sam przecież zadbałem o to, żeby moje słowa straciły na wiarygodności, zanim jeszcze zdążyłem wypowiedzieć je na głos.
- Wiem. - Odpowiedziałem ciszej niż wcześniej, zdecydowanie bardziej gorzkawo, przyglądając się jej twarzy, aby zobaczyć, jak źle tak naprawdę było. Zamierzałem pomóc jej stanąć pewniej, osłonić ją własnym płaszczem, potem znaleźć sposób, żeby wydostać nas z tego przeklętego miejsca, chociaż nie miałem pojęcia, czy w ogóle istniało jakieś wyjście, nie zdążyłem jednak zrobić żadnej z tych rzeczy, bo Prue zaczęła rozglądać się za napastnikiem, po czym spojrzała na mnie z pytaniem na ustach i w oczach, którego nie zdołała już dokończyć - jej sylwetka rozmyła się na moich oczach - wyciągnąłem rękę, próbując złapać ją za nadgarstek, lecz moje palce zacisnęły się na pustym powietrzu, dziedziniec zniknął tak nagle, jak się pojawił.
- Pruey? - Rzuciłem odruchowo, chociaż podświadomie wiedziałem, że nie miałem obok siebie nikogo, kto mógłby mi odpowiedzieć, zostałem sam, bez fontanny, śniegu, jakiegokolwiek punktu odniesienia, potem wszystko pochłonęła ciemność. Poczułem nagłą, obezwładniającą frustrację, ponieważ po raz kolejny coś wymykało mi się z rąk, zanim zdążyłem zrozumieć, co właściwie powinienem zrobić, próbowałem jeszcze zrobić krok, choć nie wiedziałem dokąd i… Kiedy się obudziłem, bark bolał mnie zdecydowanie bardziej niż wcześniej, zupełnie niczym po fizycznym starciu, w kominku strzeliła jakaś zbłąkana iskra wcześniejszego żaru, za oknem nadal padał deszcz. Przez dłuższą chwilę leżałem nieruchomo, wpatrując się w sufit, z nieprzyjemnym wrażeniem, że nawet we śnie nie potrafiłem zostać przy Prue dostatecznie długo, po czym wstałem, by zapalić na balkonie, zaraz znowu się kładąc.
Mieliśmy przed sobą długi dzień, musiałem spróbować zaznać chociażby trochę odpoczynku, ale właściwie nie miałem pewności, czy w ogóle było mi to dane, ponieważ ciemność wynajętego lokum ustąpiła miejsca obrazowi tak wyraźnemu, że bezwiednie przyjąłem go za rzeczywistość - stałem pośrodku wąskiej uliczki, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, ubrany w zdecydowanie za duży płaszcz, który ktoś musiał mi wcześniej zapiąć pod samą szyję, było ciepło, duszno od zapachów dochodzących z otwartych sklepów, gdzieś w pobliżu ktoś targował się o cenę czegoś, czego skomplikowanej nazwy nie umiałbym powtórzyć. Nie pamiętałem, jak długo błąkałem się po okolicy, zanim strach zaczął wypierać moje wcześniejsze przekonanie, że wszystko będzie dobrze, pamiętałem za to, że nie chciałem płakać, ponieważ matka zawsze powtarzała, że powinienem zachować spokój, kiedy coś szło nie tak, toteż potraktowałem tę radę jako zobowiązanie do udawania, że wcale nie byłem przerażony.
Miałem może sześć lat, może siedem, trudno było mi ocenić, jak poważny to był wiek, ponieważ wspomnienia z tamtego okresu zawsze mieszały mi się ze sobą, zwłaszcza te, w których występowałem jako wyjątkowo uparty gówniarz, przekonany, że skoro potrafiłem samodzielnie przejść przez ulicę, to równie dobrze mogłem poradzić sobie z każdym innym problemem. Matka puściła moją dłoń tylko na moment, żeby załatwić coś w jednym ze sklepów, więc uznałem, że skoro i tak miałem stać bezczynnie, równie dobrze mogłem sprawdzić, co znajdowało się za rogiem - potem był jeszcze jeden róg, kolejny zakręt i przejście, które wyglądało znajomo, dopóki nie spróbowałem wrócić tą samą drogą - wtedy odkryłem, że wszystkie uliczki wyglądały podobnie, kiedy patrzyło się na nie z wysokości dziecka, które nie miało pojęcia, gdzie właściwie się znalazło, ale to miejsce już raczej nie było Pokątną…
Ruszyłem przed siebie, szukając czegoś znajomego, aż w końcu zobaczyłem… kobietę przypartą do ściany przez mężczyznę z nożem przy jej gardle i zatrzymałem się tak gwałtownie, że prawie stanąłem w miejscu. Nie rozumiałem wszystkiego, co widziałem, ale wiedziałem, czym był nóż i potrafiłem rozpoznać, kiedy ktoś robił drugiej osobie krzywdę, szczególnie że ta pani miała zamknięte oczy, ostrze dotykało jej szyi, a ja stałem kilka kroków dalej, zbyt mały, żeby pomóc i wystarczająco przestraszony, by natychmiast zapragnąć znaleźć się gdziekolwiek indziej. Napastnik tymczasem odwrócił głowę w moją stronę, nie wiedziałem, co zobaczył, bo przecież nie mogłem mu zajrzeć do głowy, ale jego zachowanie zmieniło się tak wyraźnie, że nawet dziecko potrafiłoby to zauważyć - cofnął się o krok, potem następny, odsunął nóż od gardła kobiety i puścił ją bez słowa, jakby nagle uznał, że cała ta sprawa przestała być warta zachodu - patrzyłem na niego z rosnącym zdumieniem, nie mając pojęcia, dlaczego zrezygnował, ani dlaczego zamiast uciekać, wciąż spoglądał na mnie z czymś, czego nie umiałem nazwać, w oczach. Dopiero kiedy odwrócił się i zniknął za zakrętem, zauważyłem, że zaciskałem dłonie tak mocno, aż paznokcie wbijały mi się w skórę, nie wiedziałem, czy powinienem był do podejść do niedoszłej ofiary, czy też natychmiast uciekać, ale zrobiłem jeden ostrożny krok naprzód.
- Wiem. - Odpowiedziałem ciszej niż wcześniej, zdecydowanie bardziej gorzkawo, przyglądając się jej twarzy, aby zobaczyć, jak źle tak naprawdę było. Zamierzałem pomóc jej stanąć pewniej, osłonić ją własnym płaszczem, potem znaleźć sposób, żeby wydostać nas z tego przeklętego miejsca, chociaż nie miałem pojęcia, czy w ogóle istniało jakieś wyjście, nie zdążyłem jednak zrobić żadnej z tych rzeczy, bo Prue zaczęła rozglądać się za napastnikiem, po czym spojrzała na mnie z pytaniem na ustach i w oczach, którego nie zdołała już dokończyć - jej sylwetka rozmyła się na moich oczach - wyciągnąłem rękę, próbując złapać ją za nadgarstek, lecz moje palce zacisnęły się na pustym powietrzu, dziedziniec zniknął tak nagle, jak się pojawił.
- Pruey? - Rzuciłem odruchowo, chociaż podświadomie wiedziałem, że nie miałem obok siebie nikogo, kto mógłby mi odpowiedzieć, zostałem sam, bez fontanny, śniegu, jakiegokolwiek punktu odniesienia, potem wszystko pochłonęła ciemność. Poczułem nagłą, obezwładniającą frustrację, ponieważ po raz kolejny coś wymykało mi się z rąk, zanim zdążyłem zrozumieć, co właściwie powinienem zrobić, próbowałem jeszcze zrobić krok, choć nie wiedziałem dokąd i… Kiedy się obudziłem, bark bolał mnie zdecydowanie bardziej niż wcześniej, zupełnie niczym po fizycznym starciu, w kominku strzeliła jakaś zbłąkana iskra wcześniejszego żaru, za oknem nadal padał deszcz. Przez dłuższą chwilę leżałem nieruchomo, wpatrując się w sufit, z nieprzyjemnym wrażeniem, że nawet we śnie nie potrafiłem zostać przy Prue dostatecznie długo, po czym wstałem, by zapalić na balkonie, zaraz znowu się kładąc.
Mieliśmy przed sobą długi dzień, musiałem spróbować zaznać chociażby trochę odpoczynku, ale właściwie nie miałem pewności, czy w ogóle było mi to dane, ponieważ ciemność wynajętego lokum ustąpiła miejsca obrazowi tak wyraźnemu, że bezwiednie przyjąłem go za rzeczywistość - stałem pośrodku wąskiej uliczki, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, ubrany w zdecydowanie za duży płaszcz, który ktoś musiał mi wcześniej zapiąć pod samą szyję, było ciepło, duszno od zapachów dochodzących z otwartych sklepów, gdzieś w pobliżu ktoś targował się o cenę czegoś, czego skomplikowanej nazwy nie umiałbym powtórzyć. Nie pamiętałem, jak długo błąkałem się po okolicy, zanim strach zaczął wypierać moje wcześniejsze przekonanie, że wszystko będzie dobrze, pamiętałem za to, że nie chciałem płakać, ponieważ matka zawsze powtarzała, że powinienem zachować spokój, kiedy coś szło nie tak, toteż potraktowałem tę radę jako zobowiązanie do udawania, że wcale nie byłem przerażony.
Miałem może sześć lat, może siedem, trudno było mi ocenić, jak poważny to był wiek, ponieważ wspomnienia z tamtego okresu zawsze mieszały mi się ze sobą, zwłaszcza te, w których występowałem jako wyjątkowo uparty gówniarz, przekonany, że skoro potrafiłem samodzielnie przejść przez ulicę, to równie dobrze mogłem poradzić sobie z każdym innym problemem. Matka puściła moją dłoń tylko na moment, żeby załatwić coś w jednym ze sklepów, więc uznałem, że skoro i tak miałem stać bezczynnie, równie dobrze mogłem sprawdzić, co znajdowało się za rogiem - potem był jeszcze jeden róg, kolejny zakręt i przejście, które wyglądało znajomo, dopóki nie spróbowałem wrócić tą samą drogą - wtedy odkryłem, że wszystkie uliczki wyglądały podobnie, kiedy patrzyło się na nie z wysokości dziecka, które nie miało pojęcia, gdzie właściwie się znalazło, ale to miejsce już raczej nie było Pokątną…
Ruszyłem przed siebie, szukając czegoś znajomego, aż w końcu zobaczyłem… kobietę przypartą do ściany przez mężczyznę z nożem przy jej gardle i zatrzymałem się tak gwałtownie, że prawie stanąłem w miejscu. Nie rozumiałem wszystkiego, co widziałem, ale wiedziałem, czym był nóż i potrafiłem rozpoznać, kiedy ktoś robił drugiej osobie krzywdę, szczególnie że ta pani miała zamknięte oczy, ostrze dotykało jej szyi, a ja stałem kilka kroków dalej, zbyt mały, żeby pomóc i wystarczająco przestraszony, by natychmiast zapragnąć znaleźć się gdziekolwiek indziej. Napastnik tymczasem odwrócił głowę w moją stronę, nie wiedziałem, co zobaczył, bo przecież nie mogłem mu zajrzeć do głowy, ale jego zachowanie zmieniło się tak wyraźnie, że nawet dziecko potrafiłoby to zauważyć - cofnął się o krok, potem następny, odsunął nóż od gardła kobiety i puścił ją bez słowa, jakby nagle uznał, że cała ta sprawa przestała być warta zachodu - patrzyłem na niego z rosnącym zdumieniem, nie mając pojęcia, dlaczego zrezygnował, ani dlaczego zamiast uciekać, wciąż spoglądał na mnie z czymś, czego nie umiałem nazwać, w oczach. Dopiero kiedy odwrócił się i zniknął za zakrętem, zauważyłem, że zaciskałem dłonie tak mocno, aż paznokcie wbijały mi się w skórę, nie wiedziałem, czy powinienem był do podejść do niedoszłej ofiary, czy też natychmiast uciekać, ale zrobiłem jeden ostrożny krok naprzód.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)