— To by było dopiero coś. Taki mur z żywych kapłanek, hm? Tak, wspomnienie z Beltane, a potem przeskok do mrocznej sceny w Kniei Godryka, kiedy stawiają swoje życie na szali, ale serce głównego bohatera należało do kogoś innego — westchnął ciężko. — Kolejny przeskok. Tragedia, rytuał, przeklęta więź, która związała ludzi wbrew swojej woli. Mimo początkowej niechęci, pokonują przeciwności lodu i zaczynają się do siebie przekonywać. Kapłanki ochraniają głównego bohatera, ale przez to cierpi jego ukochana, a czytelnik sam nie wie komu powinien kibicować; dawnemu zauroczeniu, czy czemuś co pokonało podłą magię, narzucającą głównej parze to, że nie mogą być od siebie zbyt daleko. Z resztą, nad tym drugim wciąż wisi pytanie czy to wciąż magia, czy może coś co jest zupełnie prawdziwe… — gadał, opisując oczywiście trochę ich historię, ale wyraźnie starając się nadać temu jakiś piśmienniczy flair, żeby było ciekawiej. Pokręcił głową, prychając nieco rozbawiony na te karteczki.
— Nawet taki. Jaki tylko chcesz — pokiwał głową, nie widząc w tej propozycji niczego złego w tym momencie. Na pewno też nie w tym, że miał za sobą parę drinków. Nie było w jego aktualnym słowniku czegoś takiego, jak za dużo i pewnie gdyby był u siebie, to już otwierałby jakąś butelkę.
Uśmiechnął się nieco krzywo, słysząc o kaktusie, bo ten koszmarny sen wciąż nie do końca wyleciał z jego pamięci, ale Nora faktycznie miała talent, jeśli chodziło o zrobienie pysznego tortu. Brenna miała też jak najbardziej rację, podejrzewając że nie przyszedł tu tylko dlatego, że się z kimś pobił i potrzebował, żeby użyczyć mu nieco maści na siniaki, albo poopowiadać z nim fabułę książki. Westchnął jakoś tak ciężej i przez chwilę tylko spoglądał na nią kątem oka, kiedy nakładała maść na odsłonięte, poobijane miejsca. Wreszcie poruszył się, pochylając w jej stronę, by ułożyć na kanapie i położyć głowę na podołku. Przymknął oczy znowu i przez chwilę leżał tak, nic nie mówiąc.
— Mogę ci coś powiedzieć? Tylko proszę, nie mówi nikomu — powiedział wreszcie cicho, czując jak kręci mu się w głowie i jakby wcale nie leżał na kanapie a oderwał się od własnego ciała, wirując dookoła tej jednej, uciążliwej myśli. — Ciasta, kartki, prezenciki… wszystkiego się spodziewałem, ale nie… — wahał się wyraźnie, mówiąc te słowa z wyraźnym bólem, nawet jeśli brzmiały okropnie cicho. Ale po dłuższej pauzie, jaka nastąpiła, zabrzmiał zwyczajnie obco, jakby nagle i nienaturalnie oderwał się od wszystkich emocji, które ciążyły mu do tej pory. — Dostałem list od Stanleya.