18.10.2026, 12:13 ✶
— We wróżbach nie chodzi o to, kim się jest, ale o to, kim można się stać. — Choć w głosie jego słychać było znużenie, Alexander nie umiał tak po prostu odpuścić, gdy chodziło o wróżbiarstwo. Bo jego wróżby się nie myliły, choć czasem chciał, aby tak właśnie było. "Obym był fałszywym prorokiem". Taką maksymą Alexander Mulciber kończył wszystkie swoje prace. Nie z poczucia fałszywej skromności, lecz z nadzieją, że być może… Być może… Co "być może"? Być może sam już nie wiedział, stwierdził, z rezygnacją opierając ociężałą głowę na kolanie, które chwilę wcześniej podwinął pod brodę, kuląc się bliżej ognia. Łatwiej było dostroić się do intencji Jahnavi, gdy serce nie próbowało mu już wyskoczyć z piersi. Gdy każdorazowe wzięcie oddechu nie wiązało się z bólem porównywalnym do drażnienia pękniętego żebra.
Wcześniej milczał, bo wydawało mu się niewłaściwym mówić, podczas gdy jego towarzyszka nie mogła odpowiedzieć: sprawił Jahnavi wystarczająco przykrości, żeby nie chcieć ryzykować popełnienia kolejnej. A jednak nie umiał się powstrzymać, gdy zobaczył jej spłoszony uśmiech, zawód starannie ukryty na dnie zielononiebieskich oczu, przypominających wody jeziora.
Znał dobrze poczucie dysproporcji między tym, co wymagało od niego przeznaczenie, a tym, co dała natura. Zawsze przecież wprzódy wróżył samemu sobie, może dlatego aż nazbyt świadomy był swych braków. Przypuszczał, że większość wróżbitów zaniosłoby się śmiechem patrząc na jego datę urodzenia. Być może podejrzewaliby nawet, że skłamał, powierzchowna analiza przyniosłaby bowiem same sprzeczności. Był spod znaku ziemi, ale "stabilny" byłoby ostatnim słowem, którego inni użyliby, aby go opisać. Nie miał charyzmy właściwej tym, którzy pochwalić się mogli ascendentem w strzelcu. Kosmogram jego był rozchwiany, pełen sprzeczności, planet, które wzajemnie się przyciągały, i jednocześnie kłóciły o wpływy. Ale cygańska brać rozumiała: oto bowiem prorok przyszedł na świat na kilka minut przed nastaniem wigilii święta wiosny, krzykiem swoim uprzedzając obchody Ederlezi. Doświadczenie jego zawsze miało być granicznym, na styku świata materialnego i duchowego, gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Słońce w byku dawało obraz człowieka, który pragnie, żeby świat był przewidywalny, a jednocześnie nie może przestać poszukiwać tego, czego przewidzieć się nie da. Chciał poznać wszystko, co ukryte, ale nie był w stanie przewidzieć, czy będzie umiał żyć z tym poznaniem. Poznaniem, które z jednej strony domagało się dowodu i powtarzalności, a z drugiej, dopuszczało istnienie prawdy niedającej się sprowadzić do żadnej z tych rzeczy. Tak samo jak racjonalny był w sposobie opisywania rzeczywistości, tak samo brakowało mi racjonalności w sposobie jej przeżywania. Impulsywność Alexandra w połączeniu z intelektualną zdolnością do usprawiedliwiania własnych decyzji tworzyła mieszankę wybuchową, przed którą przestrzegał księżyc w baranie. Nie myl samowiedzy z samokontrolą, mówił, wspierany w tym samym znaku przez ścisłą koniukcję Merkurego z Jowiszem, najbardziej prominentną w całym kosmogramie jasnowidza: silne stellium w domu trzecim, tym, który władał intelektem. Skłonność do rozbudowywania interpretacji własnych wizji w połączeniu z intuicyjnym rozumieniem zależności i wzorów zbyt często zmieniała jednak naturalne pragnienie poszukiwania sensu w chorobliwą potrzebę, aby wszystko miało sens. Umysł Alexandra zawsze chciał dotrzeć do sedna, wzmacniany chęcią uporządkowania cechującą solarnego byka. Wenus i Mars w koniunkcji w bliźniętach wprowadzały destabilizację. Zdolność nawigowania między kompletnie odmiennymi perspektywami. Ciekawość. Wychodząc naprzeciw ascendentowi w strzelcu przypominały, że jego miłość do tego, co nieprzewidywalne, stoi w bezpośredniej opozycji do niepewności, jaką czuł w konfrontacji z drugim człowiekiem: człowiekiem, który musiał być nieprzewidywalnym, aby nie być Alexandrowi nudnym. Saturn i Uran w byku oraz Neptun w pannie zaostrzały konflikt: mógł pragnąć stabilnego życia, a jednocześnie żyć ze świadomością, że żadna struktura nie zagwarantuje ochrony przed nagłą zmianą. Rodzina nie zapewni bezpieczeństwa tylko dlatego, że jest rodziną. Miłość nie ocali tylko dlatego, że jest miłością. Pluton w dumnym lwie dawał do zrozumienia, że jasnowidzenie może być w równym stopniu przekleństwem, jak i darem. Nagromadzenie planet w czwartym domu, domu symbolizującym rodzinę i jej dziedzictwo, nie pozwalało mu jednak tego daru odrzucić, tak samo jak nie umiał odrzucić swojego życia i po prostu zdechnąć w cholerę. Coś zawsze ciągnęło go z powrotem, nawet jeżeli pragnął wyzwolenia nade wszystko. Może urodził się skazany na przeżywanie swojego Ederlezi wciąż na nowo.
Alexander mimowolnie potarł skórę poniżej ucha, na które niedosłyszał. Drżące palce same wspięły się po szyi, wybijając bezgłośny rytm. Drganie go uspokajało, pomyślał, odszukawszy pulsującą żywo tętnicę szyjną. Uspokajało go sapanie psa rozłożonego na kocach. Niewinność intencji kobiety tuż obok. Machnął ręką, gdy pokazała na koszulę, którą z siebie zrzucił. Pokręcił dobitnie głową. Zostaw, zdawał się mówić. Zostaw, nie warto. Miał wystarczająco dużo ubrań, żeby nie musieć martwić się o jedną zniszczoną koszulę: nawet nie przeszło mu przez głowę, że przydałoby się ją naprawić.
Zatrzymał na Jahnavi spojrzenie przekrwionych oczu. Zamrugał gwałtownie.
— Czy możesz ze mną posiedzieć? — spytał nagle.
Oddech znowu przynosił ulgę, nie wysiłek.
— Nie musimy rozmawiać, jeżeli nie chcesz… Po prostu posiedź ze mną.
Alexander przymknął wreszcie oczy.
Wcześniej milczał, bo wydawało mu się niewłaściwym mówić, podczas gdy jego towarzyszka nie mogła odpowiedzieć: sprawił Jahnavi wystarczająco przykrości, żeby nie chcieć ryzykować popełnienia kolejnej. A jednak nie umiał się powstrzymać, gdy zobaczył jej spłoszony uśmiech, zawód starannie ukryty na dnie zielononiebieskich oczu, przypominających wody jeziora.
Znał dobrze poczucie dysproporcji między tym, co wymagało od niego przeznaczenie, a tym, co dała natura. Zawsze przecież wprzódy wróżył samemu sobie, może dlatego aż nazbyt świadomy był swych braków. Przypuszczał, że większość wróżbitów zaniosłoby się śmiechem patrząc na jego datę urodzenia. Być może podejrzewaliby nawet, że skłamał, powierzchowna analiza przyniosłaby bowiem same sprzeczności. Był spod znaku ziemi, ale "stabilny" byłoby ostatnim słowem, którego inni użyliby, aby go opisać. Nie miał charyzmy właściwej tym, którzy pochwalić się mogli ascendentem w strzelcu. Kosmogram jego był rozchwiany, pełen sprzeczności, planet, które wzajemnie się przyciągały, i jednocześnie kłóciły o wpływy. Ale cygańska brać rozumiała: oto bowiem prorok przyszedł na świat na kilka minut przed nastaniem wigilii święta wiosny, krzykiem swoim uprzedzając obchody Ederlezi. Doświadczenie jego zawsze miało być granicznym, na styku świata materialnego i duchowego, gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Słońce w byku dawało obraz człowieka, który pragnie, żeby świat był przewidywalny, a jednocześnie nie może przestać poszukiwać tego, czego przewidzieć się nie da. Chciał poznać wszystko, co ukryte, ale nie był w stanie przewidzieć, czy będzie umiał żyć z tym poznaniem. Poznaniem, które z jednej strony domagało się dowodu i powtarzalności, a z drugiej, dopuszczało istnienie prawdy niedającej się sprowadzić do żadnej z tych rzeczy. Tak samo jak racjonalny był w sposobie opisywania rzeczywistości, tak samo brakowało mi racjonalności w sposobie jej przeżywania. Impulsywność Alexandra w połączeniu z intelektualną zdolnością do usprawiedliwiania własnych decyzji tworzyła mieszankę wybuchową, przed którą przestrzegał księżyc w baranie. Nie myl samowiedzy z samokontrolą, mówił, wspierany w tym samym znaku przez ścisłą koniukcję Merkurego z Jowiszem, najbardziej prominentną w całym kosmogramie jasnowidza: silne stellium w domu trzecim, tym, który władał intelektem. Skłonność do rozbudowywania interpretacji własnych wizji w połączeniu z intuicyjnym rozumieniem zależności i wzorów zbyt często zmieniała jednak naturalne pragnienie poszukiwania sensu w chorobliwą potrzebę, aby wszystko miało sens. Umysł Alexandra zawsze chciał dotrzeć do sedna, wzmacniany chęcią uporządkowania cechującą solarnego byka. Wenus i Mars w koniunkcji w bliźniętach wprowadzały destabilizację. Zdolność nawigowania między kompletnie odmiennymi perspektywami. Ciekawość. Wychodząc naprzeciw ascendentowi w strzelcu przypominały, że jego miłość do tego, co nieprzewidywalne, stoi w bezpośredniej opozycji do niepewności, jaką czuł w konfrontacji z drugim człowiekiem: człowiekiem, który musiał być nieprzewidywalnym, aby nie być Alexandrowi nudnym. Saturn i Uran w byku oraz Neptun w pannie zaostrzały konflikt: mógł pragnąć stabilnego życia, a jednocześnie żyć ze świadomością, że żadna struktura nie zagwarantuje ochrony przed nagłą zmianą. Rodzina nie zapewni bezpieczeństwa tylko dlatego, że jest rodziną. Miłość nie ocali tylko dlatego, że jest miłością. Pluton w dumnym lwie dawał do zrozumienia, że jasnowidzenie może być w równym stopniu przekleństwem, jak i darem. Nagromadzenie planet w czwartym domu, domu symbolizującym rodzinę i jej dziedzictwo, nie pozwalało mu jednak tego daru odrzucić, tak samo jak nie umiał odrzucić swojego życia i po prostu zdechnąć w cholerę. Coś zawsze ciągnęło go z powrotem, nawet jeżeli pragnął wyzwolenia nade wszystko. Może urodził się skazany na przeżywanie swojego Ederlezi wciąż na nowo.
Alexander mimowolnie potarł skórę poniżej ucha, na które niedosłyszał. Drżące palce same wspięły się po szyi, wybijając bezgłośny rytm. Drganie go uspokajało, pomyślał, odszukawszy pulsującą żywo tętnicę szyjną. Uspokajało go sapanie psa rozłożonego na kocach. Niewinność intencji kobiety tuż obok. Machnął ręką, gdy pokazała na koszulę, którą z siebie zrzucił. Pokręcił dobitnie głową. Zostaw, zdawał się mówić. Zostaw, nie warto. Miał wystarczająco dużo ubrań, żeby nie musieć martwić się o jedną zniszczoną koszulę: nawet nie przeszło mu przez głowę, że przydałoby się ją naprawić.
Zatrzymał na Jahnavi spojrzenie przekrwionych oczu. Zamrugał gwałtownie.
— Czy możesz ze mną posiedzieć? — spytał nagle.
Oddech znowu przynosił ulgę, nie wysiłek.
— Nie musimy rozmawiać, jeżeli nie chcesz… Po prostu posiedź ze mną.
Alexander przymknął wreszcie oczy.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat