18.10.2026, 18:46 ✶
Prawdą było, że nie miała siły mu przerywać. Jej gniew, podobny do wydmuszki był tylko pustą, pozbawioną jakiejkolwiek esencji skorupką; jej złość, żal - jedynie marną mrzonką w obliczu wieczności.
Próbowała wierzyć, ba! przecież wierzyła z całego serca, że wystarczy przeczekać burzę. Była wierna, lojalna, tak kurewsko cierpliwa. Przegrała. A teraz… Donald nie żył. Niedługo zamkną jego trumnę, a jej zostaną tylko i wyłącznie wspomnienia. Kolejna cela w pałacu pamięci.
I znów ciemne fale rozszalałego Morza Północnego wciągną ją pod wodę. Znów lina ratunkowa wyślizgnie się spod dłoni. Tonęła, nie mogąc utonąć.
- Kochać mężczyznę niezdolnego do miłości to jak kochać zbłąkany wiatr, jak słońce i strumienie. Nie oczekujesz, że pokocha cię z wzajemnością. Ale kochałam twojego ojca. Kochałam twoją matkę, jak gdyby była mi moją własną. Czy to taki grzech pragnąć być ich podług prawa i obyczaju?
Wuj powiedział kiedyś, że aurę odnaleźć można w jej oczach. Na co dzień kobaltowe, pod słońce zawsze mieniły się odcieniami ultramaryny, odbijając miękkie żółte promienie. Nie była wtedy pewna czy to właśnie ma na myśli, czy też lubi, jak to miał w zwyczaju, przypisywać rzeczom dużo większe znaczenie.
A przecież jej oczy nawet nie były jej. Kobalt zawdzięczała klątwie nie biologii. Kobalt lśnił na końcówkach piór wilgowrona. Czasem myślała, że gdyby nie to, miałaby oczy zielone po rodzicach. Czy wtedy Duncan Mulciber zobaczyłby w nich cokolwiek ciekawego?
Nie zdążyła go zapytać.
Ale tamten wieczór spędziła przed lustrem, szukając w tęczówkach jakichkolwiek innych odcieni. Dziś, gdy witraże odbijały wszelkie kolory świata, pozostawała na nie ślepa.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie, niczym dwoje zbłąkanych dzieci, które nigdy nie powinny się w kaplicy znaleźć. A przecież bywali tu często. Chowali się przed służącymi, którym przykazano przyprowadzić ich na obiad. Na kamiennej posadzce bawili się magami Alexandra, czytali stare księgi, których wcale nie powinni byli czytać. A teraz… nie wiedziała co było gorsze - to, że mógł mówić prawdę, czy może to, że prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Czy krzywda nagle przestała być krzywdą? Czy też wystarczyło jedynie nie pragnąć czyjegoś nieszczęścia, by nie musieć odpowiadać za jego nadejście.
Nie widziała oczu Donalda od miesięcy. Chyba nawet nie pamiętała jakiego były koloru. Czy zmieniła je Amortencja? A może któraś z eksperymentalnych kuracji Lovegood'a, które sowicie opłacała, przypadkiem oślepiła na wpół martwego Mulcibera?
Nie obróciła za nim głowy.
Nawet nie drgnęła, gdy wplótł rękę w loki, których nie próbowała układać. Nie odtrąciła go. Nie chciała go odtrącać, nie chciała też trzymać go przesadnie blisko. Ranił ją swoją bliskością. Ranił tym jak był daleko.
- Udało ci się uczynić go dumnym? - Zapytała po prostu.- Zarzucasz mi “Nie chciałaś mnie, Lorien!” - Zacisnęła dłonie w pięści. Chciała poczuć cokolwiek. Wszystko zdawało się być lepsze od tej wszechogarniającej pustki. A jednak mówiła dalej. - Nie, nie chciałam. Jak mogłabym? Byłeś brudny. Wzgardzałeś powinnością wobec rodziców, wobec mnie. Uciekłeś, bo taka jest właśnie twoja miłość. Butna. Tchórzliwa. - Wypowiadała kolejne słowa niemal… znużona. Z tym dziwnym, jątrzącym pod skórą podirytowaniem. Była zmęczona. Nim. Sobą. Życiem.- Myślisz, że nie kochałam Cię, gdy byliśmy dziećmi, a świadkami naszej miłości były tylko opustoszałe wrzosowiska? Myślisz, że nie kochałabym Cię, gdybyś padł przed moim ojcem na kolana i błagał go o moją rękę? Gdybyś poprzysiągł, że nie skazisz mojego i swojego honoru. Nie zrobiłeś tego. Bo kochanie mnie było jedną rzeczą. Stanie się godnym mnie - zupełnie inną. A przecież nikt nie może uwięzić wiatru w słoju. Nikt nie może skryć się przed słońcem. Nikt nie może zmienić biegu strumienia. Nawet teraz mówisz o powinności jak o przekleństwie. Ród, nazwisko, nawet ja… to wszystko jest ci ciężarem, prawda?
Odwróciła się powoli, podobna do spłoszonego zwierzęcia; czekając na atak ze strony potężniejszego drapieżnika. Ale w Lorien już dawno nie było lęku. Nie było niczego co mógłby jej odebrać. Nic, co mógłby jej dać.
Dłoń wciąż trzymał wspartą lekko na jej karku. Mógł czuć każde jedno powolne uderzenie serca i przełknięcie śliny, gdy wreszcie odnalazła wzrokiem udręczoną twarz brata. Czuła jego ciężar na sobie, nieznośną bliskość do której nie miał żadnego prawa. Skupiła całą swoją uwagę na sygnecie, przynajmniej tak długo jak dotyk trwał.
Podniosła palce do jego ust, brudząc lekko rozchylone wargi czarodzieja krwią spod rozdrapanych na nowo ran. Nie dbała, że zrani go połamanymi paznokciami, podrażni przesiąkniętymi bandażami.
- A jednak wciąż zostaje portret. Portret na który zgodziłem się, ponieważ Cię kocham.
Nie zdołała powstrzymać łez. Portrety malowało się szczęśliwym małżonkom. Malowano je, by w przyszłości potomkowie porównywali czy są podobni. By pokazać dumę, tradycję, nadzieję, że to wszystko o co walczą jeszcze ma jakiś sens. Ich dziedzictwo było jednym wielkim kłamstwem. Jej miejsce na portrecie - żałosnym przypomnieniem, że nic nie należy do niej.
- Tobie zawsze chodzi o nich.
Tak. Tak! Chciała krzyczeć. Ale Alexander nie rozumiał. Jak mógłby to zrozumieć?
- Nie chciałam żadnej wielkiej miłości. Ja chciałam mieć dom.- Szepnęła, wreszcie opuszczając wzrok. Cofnęła ręce dociskając dłonie do swojej piersi.- Ale moja krew tylko zabija. Nie zasłużyłam więc nawet na to.
Za sobą miała katafalk. Jeden nieporadny krok, a wpadłaby na kamienny bok. Nie powinna była tu w ogóle przychodzić. Już niebawem jej imię wymażą z drzewa rodzinnego, obraz wepchną do kominka, a pomnik na cmentarzu… przymknęła na moment oczy wyobrażając sobie marmurową głowę toczącą się po ścieżce.
Nie pozostanie po niej nic.
- Nie jesteś mi Prorokiem. Nie jesteś mi Panem. Zaczynam wątpić czy kiedykolwiek byłeś mi bratem. Czy żeś nie jest kochający? Nie ma miłości w tym domu. Nie ma miłości w tobie. Czy żeś nie jest łaskawym? Spójrz na siebie, Alexandrze. Spójrz na nas. Jak brat żąda od swojej siostry dowodów posłuszeństwa, miast paść przed nią na kolana, by ująć jej cierpienia?
Gdyby tylko mogła - wyszarpałaby alexandrowe serce tu i teraz Wyrwałaby też swoje. Spaliłaby je na ołtarzu Bogów Śmierci, do których tak żarliwie modliła się Selina Ayers. Może wtedy - i tylko wtedy - i Lorien stałaby się miłości jakiejkolwiek godna.
Łzy płynące po policzkach odbijały błyszczące świata witraży.
- Odsuń się, proszę. Wciąż jesteś tak okropnie brudny.- Załkała, wpijając paznokcie we własny szal.
Próbowała wierzyć, ba! przecież wierzyła z całego serca, że wystarczy przeczekać burzę. Była wierna, lojalna, tak kurewsko cierpliwa. Przegrała. A teraz… Donald nie żył. Niedługo zamkną jego trumnę, a jej zostaną tylko i wyłącznie wspomnienia. Kolejna cela w pałacu pamięci.
I znów ciemne fale rozszalałego Morza Północnego wciągną ją pod wodę. Znów lina ratunkowa wyślizgnie się spod dłoni. Tonęła, nie mogąc utonąć.
- Kochać mężczyznę niezdolnego do miłości to jak kochać zbłąkany wiatr, jak słońce i strumienie. Nie oczekujesz, że pokocha cię z wzajemnością. Ale kochałam twojego ojca. Kochałam twoją matkę, jak gdyby była mi moją własną. Czy to taki grzech pragnąć być ich podług prawa i obyczaju?
Wuj powiedział kiedyś, że aurę odnaleźć można w jej oczach. Na co dzień kobaltowe, pod słońce zawsze mieniły się odcieniami ultramaryny, odbijając miękkie żółte promienie. Nie była wtedy pewna czy to właśnie ma na myśli, czy też lubi, jak to miał w zwyczaju, przypisywać rzeczom dużo większe znaczenie.
A przecież jej oczy nawet nie były jej. Kobalt zawdzięczała klątwie nie biologii. Kobalt lśnił na końcówkach piór wilgowrona. Czasem myślała, że gdyby nie to, miałaby oczy zielone po rodzicach. Czy wtedy Duncan Mulciber zobaczyłby w nich cokolwiek ciekawego?
Nie zdążyła go zapytać.
Ale tamten wieczór spędziła przed lustrem, szukając w tęczówkach jakichkolwiek innych odcieni. Dziś, gdy witraże odbijały wszelkie kolory świata, pozostawała na nie ślepa.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie, niczym dwoje zbłąkanych dzieci, które nigdy nie powinny się w kaplicy znaleźć. A przecież bywali tu często. Chowali się przed służącymi, którym przykazano przyprowadzić ich na obiad. Na kamiennej posadzce bawili się magami Alexandra, czytali stare księgi, których wcale nie powinni byli czytać. A teraz… nie wiedziała co było gorsze - to, że mógł mówić prawdę, czy może to, że prawda przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Czy krzywda nagle przestała być krzywdą? Czy też wystarczyło jedynie nie pragnąć czyjegoś nieszczęścia, by nie musieć odpowiadać za jego nadejście.
Nie widziała oczu Donalda od miesięcy. Chyba nawet nie pamiętała jakiego były koloru. Czy zmieniła je Amortencja? A może któraś z eksperymentalnych kuracji Lovegood'a, które sowicie opłacała, przypadkiem oślepiła na wpół martwego Mulcibera?
Nie obróciła za nim głowy.
Nawet nie drgnęła, gdy wplótł rękę w loki, których nie próbowała układać. Nie odtrąciła go. Nie chciała go odtrącać, nie chciała też trzymać go przesadnie blisko. Ranił ją swoją bliskością. Ranił tym jak był daleko.
- Udało ci się uczynić go dumnym? - Zapytała po prostu.- Zarzucasz mi “Nie chciałaś mnie, Lorien!” - Zacisnęła dłonie w pięści. Chciała poczuć cokolwiek. Wszystko zdawało się być lepsze od tej wszechogarniającej pustki. A jednak mówiła dalej. - Nie, nie chciałam. Jak mogłabym? Byłeś brudny. Wzgardzałeś powinnością wobec rodziców, wobec mnie. Uciekłeś, bo taka jest właśnie twoja miłość. Butna. Tchórzliwa. - Wypowiadała kolejne słowa niemal… znużona. Z tym dziwnym, jątrzącym pod skórą podirytowaniem. Była zmęczona. Nim. Sobą. Życiem.- Myślisz, że nie kochałam Cię, gdy byliśmy dziećmi, a świadkami naszej miłości były tylko opustoszałe wrzosowiska? Myślisz, że nie kochałabym Cię, gdybyś padł przed moim ojcem na kolana i błagał go o moją rękę? Gdybyś poprzysiągł, że nie skazisz mojego i swojego honoru. Nie zrobiłeś tego. Bo kochanie mnie było jedną rzeczą. Stanie się godnym mnie - zupełnie inną. A przecież nikt nie może uwięzić wiatru w słoju. Nikt nie może skryć się przed słońcem. Nikt nie może zmienić biegu strumienia. Nawet teraz mówisz o powinności jak o przekleństwie. Ród, nazwisko, nawet ja… to wszystko jest ci ciężarem, prawda?
Odwróciła się powoli, podobna do spłoszonego zwierzęcia; czekając na atak ze strony potężniejszego drapieżnika. Ale w Lorien już dawno nie było lęku. Nie było niczego co mógłby jej odebrać. Nic, co mógłby jej dać.
Dłoń wciąż trzymał wspartą lekko na jej karku. Mógł czuć każde jedno powolne uderzenie serca i przełknięcie śliny, gdy wreszcie odnalazła wzrokiem udręczoną twarz brata. Czuła jego ciężar na sobie, nieznośną bliskość do której nie miał żadnego prawa. Skupiła całą swoją uwagę na sygnecie, przynajmniej tak długo jak dotyk trwał.
Podniosła palce do jego ust, brudząc lekko rozchylone wargi czarodzieja krwią spod rozdrapanych na nowo ran. Nie dbała, że zrani go połamanymi paznokciami, podrażni przesiąkniętymi bandażami.
- A jednak wciąż zostaje portret. Portret na który zgodziłem się, ponieważ Cię kocham.
Nie zdołała powstrzymać łez. Portrety malowało się szczęśliwym małżonkom. Malowano je, by w przyszłości potomkowie porównywali czy są podobni. By pokazać dumę, tradycję, nadzieję, że to wszystko o co walczą jeszcze ma jakiś sens. Ich dziedzictwo było jednym wielkim kłamstwem. Jej miejsce na portrecie - żałosnym przypomnieniem, że nic nie należy do niej.
- Tobie zawsze chodzi o nich.
Tak. Tak! Chciała krzyczeć. Ale Alexander nie rozumiał. Jak mógłby to zrozumieć?
- Nie chciałam żadnej wielkiej miłości. Ja chciałam mieć dom.- Szepnęła, wreszcie opuszczając wzrok. Cofnęła ręce dociskając dłonie do swojej piersi.- Ale moja krew tylko zabija. Nie zasłużyłam więc nawet na to.
Za sobą miała katafalk. Jeden nieporadny krok, a wpadłaby na kamienny bok. Nie powinna była tu w ogóle przychodzić. Już niebawem jej imię wymażą z drzewa rodzinnego, obraz wepchną do kominka, a pomnik na cmentarzu… przymknęła na moment oczy wyobrażając sobie marmurową głowę toczącą się po ścieżce.
Nie pozostanie po niej nic.
- Nie jesteś mi Prorokiem. Nie jesteś mi Panem. Zaczynam wątpić czy kiedykolwiek byłeś mi bratem. Czy żeś nie jest kochający? Nie ma miłości w tym domu. Nie ma miłości w tobie. Czy żeś nie jest łaskawym? Spójrz na siebie, Alexandrze. Spójrz na nas. Jak brat żąda od swojej siostry dowodów posłuszeństwa, miast paść przed nią na kolana, by ująć jej cierpienia?
Gdyby tylko mogła - wyszarpałaby alexandrowe serce tu i teraz Wyrwałaby też swoje. Spaliłaby je na ołtarzu Bogów Śmierci, do których tak żarliwie modliła się Selina Ayers. Może wtedy - i tylko wtedy - i Lorien stałaby się miłości jakiejkolwiek godna.
Łzy płynące po policzkach odbijały błyszczące świata witraży.
- Odsuń się, proszę. Wciąż jesteś tak okropnie brudny.- Załkała, wpijając paznokcie we własny szal.