18.10.2026, 21:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2026, 21:41 przez Benjy Fenwick.)
Właściwie wciąż próbowałem ustalić, czy powinienem był uciekać, wołać o pomoc, czy może zrobić coś jeszcze innego, głupszego i bardziej impulsywnego, na przykład zapytać kobietę, której chwilę wcześniej groził tamten mężczyzna z nożem, dlaczego tamten facet tak właściwie postanowił przerwać swoją działalność akurat w chwili, kiedy pojawiłem się w zasięgu jego wzroku. Na szczęście nawet w tym wieku miałem wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby nie zadawać pytań, na które odpowiedź mogłaby mi się nie spodobać, więc ostatecznie odrzuciłem tę trzecią możliwość. Kiedy jednak niedoszła ofiara nożownika wypowiedziała moje imię, zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią z narastającą konsternacją - Aloysius - wiedziałem, jak się nazywam, znałem swoje imię, oczywiście, słyszałem je od matki tyle razy, że zdążyłem się do niego przyzwyczaić, chociaż wolałem, kiedy zwracano się do mnie krócej, zwłaszcza jeśli akurat coś przeskrobałem i należało spodziewać się reprymendy. Nie znałem natomiast tej pani, przynajmniej tak mi się wydawało, bo dźwięk jej głosu wywołał we mnie nieprzyjemne poczucie, że powinienem ją kojarzyć, podobnie jak zrobiła to jej twarz, choć nie potrafiłem przywołać żadnego konkretnego wspomnienia. Stałem więc przed nią, z brudnymi butami, rozpiętym płaszczykiem i z miną kogoś, kto bardzo chciałby zachować się dorośle, może nawet odpowiedzialnie, ale nie miał najmniejszego pojęcia, od czego powinien był zacząć.
- Nic się pani nie stało? - Zapytałem w końcu, wskazując brodą jej szyję, bo jakoś nie przyszło mi do głowy nic mądrzejszego, poza tym przecież powinna była wiedzieć lepiej ode mnie, czy coś jej się stało i czy wymagała pomocy, więc takie pytanie nie wydało mi się wyjątkowo głupie. - Mogę kogoś zawołać. T–tylko… Nie wiem, gdzie jesteśmy. - Dodałem, czując, że policzki zaczynają mi płonąć ze wstydu - „świetnie” - najpierw zgubiłem się w obcym miejscu, potem przyglądałem się, jak ktoś próbował zabić kobietę, a teraz jeszcze informowałem ją, że nie miałem pojęcia, jak wydostać nas z tej uliczki, matka z pewnością byłaby zachwycona. Właśnie… Matka…
- Skąd pani zna moje imię? - Zapytałem, marszcząc brwi, bo nawet w tym wieku miałem wystarczająco dużo rozumu, żeby nie uznawać za normalne, kiedy nieznajomi zwracali się do mnie tak, jakbyśmy byli starymi znajomymi, po czym nagle zmieniali zdanie. - Zna pani moją mamę? - Nie zdążyłem powiedzieć niczego więcej, ponieważ otoczenie zaczęło się rozmywać i poczułem znajome, nieprzyjemne wrażenie utratu gruntu pod nogami, więc odruchowo wyciągnąłem rękę w stronę kobiety, choć nie wiedziałem, czy chciałem jej pomóc, czy po prostu złapać się czegokolwiek, co mogłoby powstrzymać mnie przed kolejnym upadkiem - uliczka zniknęła, jej twarz rozpłynęła się w ciemności, a ja zostałem z dłonią wyciągniętą przed siebie i z jeszcze jednym pytaniem, którego nie zdążyłem zadać - kiedy obraz wreszcie się ustabilizował, nie byłem już dzieckiem zagubionym w obcym mieście, nie miałem jednak czasu nacieszyć się tą informacją, bo miejsce, w którym się znalazłem, wyglądało na kolejne, w którym nikt nie powinien był przebywać dobrowolnie.
Pierwszym, co poczułem, było wszechogarniające mnie ciepło, nie było ono jednak tym przyjemnym, rozchodzącym się po skórze gorącem bijącym na przykład od rozpalonego kominka, które doceniało się po całym dniu spędzonym w zimnym, siąpiącym deszczu, tylko duszącym żarem, od którego piekły mnie oczy, gardło zaś wypełniało się smakiem pyłu i sadzy. Próbowałem przypomnieć sobie, co wydarzyło się wcześniej, lecz w głowie miałem jedynie urywki obrazów, kilka niepasujących do siebie miejsc i irytujące przekonanie, że powinienem znajdować się gdzieś indziej, tymczasem nad głową miałem miejskie niebo zasnute dymem, z którego sypał się popiół, osiadając na wszystkim wokoło. Ostatnim, co pamiętałem, była wąska alejka, kobieta z krwią na szyi i moje własne, niezbyt udane próby zachowania się jak odpowiedzialny dorosły, mimo że byłem przecież dzieciakiem w za dużym płaszczu, który zgubił matkę, ponieważ uznał, że samodzielne zwiedzanie okolicy stanowiło znacznie ciekawszą rozrywkę niż pilnowanie się jej spódnicy. Teraz miałem swoje dorosłe ciało, normalne ubranie, które coraz mocniej przesiąkało dymem i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby wiedzieć, że jeśli w jakimś miejscu płonęły budynki, najlepszym i najbardziej dorosłym rozwiązaniem było znalezienie drogi ucieczki, zanim sytuacja stała się jeszcze gorsza.
Ktoś przebiegł obok mnie praktycznie na oślep, z zakrwawionym czołem i krwią cieknącą mu po oczach, ktoś inny krzyczał, żeby przepuścić jego i jego żonę, lecz jednocześnie nie zrobił niczego, co pomogłoby mu poradzić sobie z drogą przez coraz bardziej ogarniętą paniką ulicę, ja tymczasem odruchowo zasłoniłem usta przedramieniem, próbując zorientować się, którędy najlepiej było wydostać się z tej części ulicy, zanim jeden z budynków postanowiłby runąć prosto na przechodniów. Ogień trawił bowiem kolejne budynki, z okien wydobywały się kłęby dymu, ludzie wypadali przez drzwi, przepychali się, potrącali się nawzajem, gubili swoje rzeczy i krzyczeli na siebie z taką zapalczywością, jakby wciąż mieli przed sobą wystarczająco dużo czasu, żeby móc rozstrzygnąć, kto pierwszy powinien dostać się do bezpiecznego miejsca. Próbowałem ominąć grupę czarodziejów, którzy napierali na siebie w poszukiwaniu przejścia, odruchowo tylko je zawężając, kiedy dostrzegłem Prudence i nie myśląc zbyt wiele, ruszyłem szybciej w jej stronę, całkowicie porzuciwszy pierwotną niechęć do torowania sobie drogi przy pomocy najbardziej brutalnych, fizycznych środków - nie musiałem długo zastanawiać się nad tym, co widziałem, bo nie był to pierwszy raz, „nie”, nie teraz i nie wtedy przy tamtej fontannie - otworzyłem usta, żeby ją zawołać, lecz wtedy dostrzegłem ruch w oknie nad jej głową.
- Prue! - Wrzasnąłem, starając się przebić przez panujący hałas, który mógł pochłonąć mój głos. - Odsuń się! Podnieś głowę, do kurwy! - Zakląłem, rzuciłem się naprzód i wyciągnąłem rękę w stronę Prudence, gotów szarpnąć ją za ubranie, jeśli nie zdążyłaby odwrócić się sama, nie zamierzałem pozwolić, żeby po raz kolejny zniknęła mi sprzed oczu, zanim zdążyłem zrobić cokolwiek, co miało znaczenie.
- Nic się pani nie stało? - Zapytałem w końcu, wskazując brodą jej szyję, bo jakoś nie przyszło mi do głowy nic mądrzejszego, poza tym przecież powinna była wiedzieć lepiej ode mnie, czy coś jej się stało i czy wymagała pomocy, więc takie pytanie nie wydało mi się wyjątkowo głupie. - Mogę kogoś zawołać. T–tylko… Nie wiem, gdzie jesteśmy. - Dodałem, czując, że policzki zaczynają mi płonąć ze wstydu - „świetnie” - najpierw zgubiłem się w obcym miejscu, potem przyglądałem się, jak ktoś próbował zabić kobietę, a teraz jeszcze informowałem ją, że nie miałem pojęcia, jak wydostać nas z tej uliczki, matka z pewnością byłaby zachwycona. Właśnie… Matka…
- Skąd pani zna moje imię? - Zapytałem, marszcząc brwi, bo nawet w tym wieku miałem wystarczająco dużo rozumu, żeby nie uznawać za normalne, kiedy nieznajomi zwracali się do mnie tak, jakbyśmy byli starymi znajomymi, po czym nagle zmieniali zdanie. - Zna pani moją mamę? - Nie zdążyłem powiedzieć niczego więcej, ponieważ otoczenie zaczęło się rozmywać i poczułem znajome, nieprzyjemne wrażenie utratu gruntu pod nogami, więc odruchowo wyciągnąłem rękę w stronę kobiety, choć nie wiedziałem, czy chciałem jej pomóc, czy po prostu złapać się czegokolwiek, co mogłoby powstrzymać mnie przed kolejnym upadkiem - uliczka zniknęła, jej twarz rozpłynęła się w ciemności, a ja zostałem z dłonią wyciągniętą przed siebie i z jeszcze jednym pytaniem, którego nie zdążyłem zadać - kiedy obraz wreszcie się ustabilizował, nie byłem już dzieckiem zagubionym w obcym mieście, nie miałem jednak czasu nacieszyć się tą informacją, bo miejsce, w którym się znalazłem, wyglądało na kolejne, w którym nikt nie powinien był przebywać dobrowolnie.
Pierwszym, co poczułem, było wszechogarniające mnie ciepło, nie było ono jednak tym przyjemnym, rozchodzącym się po skórze gorącem bijącym na przykład od rozpalonego kominka, które doceniało się po całym dniu spędzonym w zimnym, siąpiącym deszczu, tylko duszącym żarem, od którego piekły mnie oczy, gardło zaś wypełniało się smakiem pyłu i sadzy. Próbowałem przypomnieć sobie, co wydarzyło się wcześniej, lecz w głowie miałem jedynie urywki obrazów, kilka niepasujących do siebie miejsc i irytujące przekonanie, że powinienem znajdować się gdzieś indziej, tymczasem nad głową miałem miejskie niebo zasnute dymem, z którego sypał się popiół, osiadając na wszystkim wokoło. Ostatnim, co pamiętałem, była wąska alejka, kobieta z krwią na szyi i moje własne, niezbyt udane próby zachowania się jak odpowiedzialny dorosły, mimo że byłem przecież dzieciakiem w za dużym płaszczu, który zgubił matkę, ponieważ uznał, że samodzielne zwiedzanie okolicy stanowiło znacznie ciekawszą rozrywkę niż pilnowanie się jej spódnicy. Teraz miałem swoje dorosłe ciało, normalne ubranie, które coraz mocniej przesiąkało dymem i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby wiedzieć, że jeśli w jakimś miejscu płonęły budynki, najlepszym i najbardziej dorosłym rozwiązaniem było znalezienie drogi ucieczki, zanim sytuacja stała się jeszcze gorsza.
Ktoś przebiegł obok mnie praktycznie na oślep, z zakrwawionym czołem i krwią cieknącą mu po oczach, ktoś inny krzyczał, żeby przepuścić jego i jego żonę, lecz jednocześnie nie zrobił niczego, co pomogłoby mu poradzić sobie z drogą przez coraz bardziej ogarniętą paniką ulicę, ja tymczasem odruchowo zasłoniłem usta przedramieniem, próbując zorientować się, którędy najlepiej było wydostać się z tej części ulicy, zanim jeden z budynków postanowiłby runąć prosto na przechodniów. Ogień trawił bowiem kolejne budynki, z okien wydobywały się kłęby dymu, ludzie wypadali przez drzwi, przepychali się, potrącali się nawzajem, gubili swoje rzeczy i krzyczeli na siebie z taką zapalczywością, jakby wciąż mieli przed sobą wystarczająco dużo czasu, żeby móc rozstrzygnąć, kto pierwszy powinien dostać się do bezpiecznego miejsca. Próbowałem ominąć grupę czarodziejów, którzy napierali na siebie w poszukiwaniu przejścia, odruchowo tylko je zawężając, kiedy dostrzegłem Prudence i nie myśląc zbyt wiele, ruszyłem szybciej w jej stronę, całkowicie porzuciwszy pierwotną niechęć do torowania sobie drogi przy pomocy najbardziej brutalnych, fizycznych środków - nie musiałem długo zastanawiać się nad tym, co widziałem, bo nie był to pierwszy raz, „nie”, nie teraz i nie wtedy przy tamtej fontannie - otworzyłem usta, żeby ją zawołać, lecz wtedy dostrzegłem ruch w oknie nad jej głową.
- Prue! - Wrzasnąłem, starając się przebić przez panujący hałas, który mógł pochłonąć mój głos. - Odsuń się! Podnieś głowę, do kurwy! - Zakląłem, rzuciłem się naprzód i wyciągnąłem rękę w stronę Prudence, gotów szarpnąć ją za ubranie, jeśli nie zdążyłaby odwrócić się sama, nie zamierzałem pozwolić, żeby po raz kolejny zniknęła mi sprzed oczu, zanim zdążyłem zrobić cokolwiek, co miało znaczenie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)