Nie zdążyła zrobić wiele: schłodziła czoło i kark nieznajomej wyczarowaną przez siebie wodą, zdążyła się zorientować w jej obrażeniach (a te spalone włosy, to był w tym wszystkim najmniejszy z problemów, bo te na szczęście nie spopieliły się doszczętnie i nie poparzyły jej głowy czy twarzy, jedynie zapach… zapachu już nie czuła, bo zmieszał się z każdym innym smrodem dymu i spalenizny, które czuć było wokół), w tym, że niczego sobie nie złamała, ale najpewniej uderzyła się w głowę i straciła przytomność, że jest cała poraniona od szkła, którego na razie nie wyciągała. Na szczęście miała jeszcze trochę eliksiru uzupełniającego krew, ale już zupełną końcówkę i kobieta będzie ostatnią osobą, której będzie mogła go podać.
Guinevere właśnie odwróciła się, chcąc wyciągnąć bandaż, by opatrzyć głowę brązowowłosej, kiedy usłyszała cichy jęk, a następnie słowa wypowiedziane zachrypniętym głosem, jakby ta miała przez dłuższy czas zaciśnięte gardło, albo może była to kwestia oddychania tym całym swinstwem unoszącym się w powietrzu…
– Hej, hej, spokojnie – powiedziała łagodnie, od razu kierując na nią swoją uwagę, gotowa zresztą powstrzymać nieznajomą przed jakimś gwałtowniejszym ruchem – Powoli, dobrze? Straciłaś przytomność, a ja właśnie miałam zająć się twoimi ranami. Jestem uzdrowicielem – wyjaśniła szybko, nie chcąc by zamroczony umysł kobiety dorobił sobie do tego jakieś dziwne teorie. – Jak masz na imię? Czy coś cię boli? – powiedziała niemal od razu, chcąc utrzymać uwagę kobiety, by ta nie osunęła się zaraz znowu w ciemność.