20.10.2026, 21:49 ✶
Opuściliśmy wreszcie mokradła, w których, mimo kilku drobnych komplikacji, udało nam się skutecznie utopić nasze dary wotywne, pozostawiając bogom ocenę, czy zasługiwały na przychylność, czy też należało uznać je za kolejny dowód naszej mizernej pobożności. Skoro zaś o spoglądaniu była już mowa, nie musiałem zbyt długo zastanawiać się nad tym, co lęgło się w głowie towarzyszącej mi kobiety, znałem bowiem doskonale ten wzrok i kolejne etapy namysłu, które zdradzał, zanim jeszcze zdążyła otworzyć usta - najpierw osiadał na czymś kuszącym, zatrzymując się tam na chwilę bez najmniejszego mrugnięcia, podczas gdy Prudence ważyła w myślach możliwe korzyści i straty, później nabierał skupienia, gdy próbowała znaleźć dla rodzącego się pomysłu choćby zalążki rozsądnego uzasadnienia, wreszcie zaś przenosił się na mnie, z niemym oczekiwaniem, że jako jej stały wspólnik w sprawach wątpliwych moralnie i ryzykownych pod względem prawnym pomogę jej przechylić szalę na korzyść decyzji, którą i tak zdążyła już podjąć, ale potrzebowała odpowiednio brzmiącego argumentu, byśmy mogli z czystszym sumieniem dopuścić się czegoś, czego przyzwoici obywatele zapewne powinni byli unikać.
Pytanie, czy ktokolwiek zauważy dwa skradzione owoce, skierowane właśnie do mnie, wydało mi się przy tym szczególnie zabawne, zważywszy na charakter mojej codziennej pracy i fakt, że przez lata zdążyłem nabrać wyjątkowo dużo doświadczenia w ocenianiu, co można było wynieść, kiedy należało to podprowadzić i jak istotne statystycznie były szanse, że ktokolwiek zorientuje się w skali strat, zanim zdążę znaleźć się wystarczająco daleko, by przestało mnie to obchodzić. Zabawniejsze było chyba tylko to, że zadała je moja własna żona, która teoretycznie doskonale wiedziała, kogo poślubiła i powinna była mieć przynajmniej mgliste pojęcie o możliwościach, jakie otwierały się przed kimś, kto zawodowo trudnił się przenoszeniem rozmaitych towarów z jednego miejsca w drugie, nie zawsze z wiedzą osób, do których towary te należały. Co prawda niewiele rozmawialiśmy do tej pory na ten temat, bo nie było ku temu okoliczności, ale miała przecież w domu całkiem przyzwoite źródło informacji na temat tego, jak wiele rzeczy potrafiło zmienić właściciela, położenie albo jedno i drugie, zanim ktokolwiek zorientował się, że w ogóle powinien zacząć ich szukać, o ile oczywiście nie przyszło mu do głowy, by spojrzeć we właściwym kierunku o właściwym czasie, bo wtedy zwykła akcja zyskiwała trochę ciekawszą oprawę.
Jabłonki wyglądały znakomicie, tego nie zamierzałem kwestionować - nie dało się przecież ukryć, iż mijane przez nas sady dorastały do przypisywanej im opinii, jeśli nie całkowicie ją już przerosły - owoce zwisające z drzew były dorodne i soczyste, idealnie czerwone, pozbawione wyraźnych skaz, których można byłoby się spodziewać po wrześniowych wydarzeniach w Dolinie, lecz w mojej ocenie stanowiły raczej całkiem łatwy kąsek, więc oczywiście, że mieliśmy temu podołać, nie sądziłem, by były to słynne „ostatnie słowa”, nawet jeśli w dalszym ciągu nie miałem pojęcia, w czym tkwił sekret rodziny Abbottów, co właściwie robili, że ich drzewa wydawały tak znakomite owoce, podczas gdy reszta okolicy zapewne miała wystarczająco dużo powodów do narzekań.
- Pluey, kochanie, pytasz mnie, czy zauwaszą zniknięcie dwóch jabłek? Stoisz obok nieukolonowanego specjalisty od znikania szeszy, któle ich właściciele balso chcieliby zachowaś. - Wyszczerzyłem zęby, jednocześnie doszedłszy do wniosku, że przy najbliższej sposobności warto było odbyć z nią kreatywną rozmowę na temat tego, jak właściwie wyobrażała sobie moje zawodowe i pozazawodowe osiągnięcia, i czy naprawdę zamierzała przez resztę naszego małżeństwa traktować mnie jak amatora, który mógł bezpiecznie przeprowadzić przez granicę co najwyżej torbę ze sprzętem i własną parę butów. Nie wykluczałem bowiem przy tym, że opowiedzenie jej o kilku detalach dotyczących mojej mniej oficjalnej działalności przyniosłoby mi pewne nieskrywane korzyści, chociażby pr-owe, co mogłoby być nieocenione po tej akcji w lesie, o ile tylko udałoby mi się utrzymać dyskusję na właściwym torze, bo doświadczenie podpowiadało mi, że istniało również spore ryzyko, iż zamiast uzyskać należne mi uznanie, skończyłbym z kolejną listą obowiązków do wykonania przed sabatem, uzupełnioną zapewne o kilka pozycji, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem, więc może jednak należało to przekalkulować.
- Dobla… - Przeniosłem spojrzenie na drzewa, oceniając odległość między nimi a drogą, którą właśnie szliśmy, wysokość najniższych gałęzi oraz stan ogrodzenia, którego obecność lub brak miały w tej chwili tak naprawdę znaczenie czysto techniczne, bo przecież mogliśmy przez nie przeskoczyć, przynajmniej w teorii, bo znacznie łatwiej przeprawiało się w kierunku celu niż w drodze powrotnej z miejsca rabunku, zwłaszcza z ludźmi na ogonie - nie dostrzegłem jednak nikogo, kto mógłby nas obserwować, nie usłyszałem też odgłosów pracy, które sugerowałyby, że za następną grupą jabłoni ktoś właśnie napełniał kosz - właściwie trudno było wyobrazić sobie lepsze warunki do przeprowadzenia niewielkiej operacji terenowej, zwłaszcza że Prudence sama podsunęła mi pomysł, więc w razie ewentualnych pretensji mogłem przynajmniej twierdzić, że zostałem wciągnięty w całe przedsięwzięcie, nie zaś byłem jego prowodyrem, co zdecydowanie stanowiło całkiem interesujące odstępstwo od normy w dynamice takiej jak nasza.
- Idziemy? - Spytałem, spoglądając na Prudence. - Moses się jeszcze wycofaś. - Dodałem, chociaż wiedziałem, co miały uczynić te słowa.
Pytanie, czy ktokolwiek zauważy dwa skradzione owoce, skierowane właśnie do mnie, wydało mi się przy tym szczególnie zabawne, zważywszy na charakter mojej codziennej pracy i fakt, że przez lata zdążyłem nabrać wyjątkowo dużo doświadczenia w ocenianiu, co można było wynieść, kiedy należało to podprowadzić i jak istotne statystycznie były szanse, że ktokolwiek zorientuje się w skali strat, zanim zdążę znaleźć się wystarczająco daleko, by przestało mnie to obchodzić. Zabawniejsze było chyba tylko to, że zadała je moja własna żona, która teoretycznie doskonale wiedziała, kogo poślubiła i powinna była mieć przynajmniej mgliste pojęcie o możliwościach, jakie otwierały się przed kimś, kto zawodowo trudnił się przenoszeniem rozmaitych towarów z jednego miejsca w drugie, nie zawsze z wiedzą osób, do których towary te należały. Co prawda niewiele rozmawialiśmy do tej pory na ten temat, bo nie było ku temu okoliczności, ale miała przecież w domu całkiem przyzwoite źródło informacji na temat tego, jak wiele rzeczy potrafiło zmienić właściciela, położenie albo jedno i drugie, zanim ktokolwiek zorientował się, że w ogóle powinien zacząć ich szukać, o ile oczywiście nie przyszło mu do głowy, by spojrzeć we właściwym kierunku o właściwym czasie, bo wtedy zwykła akcja zyskiwała trochę ciekawszą oprawę.
Jabłonki wyglądały znakomicie, tego nie zamierzałem kwestionować - nie dało się przecież ukryć, iż mijane przez nas sady dorastały do przypisywanej im opinii, jeśli nie całkowicie ją już przerosły - owoce zwisające z drzew były dorodne i soczyste, idealnie czerwone, pozbawione wyraźnych skaz, których można byłoby się spodziewać po wrześniowych wydarzeniach w Dolinie, lecz w mojej ocenie stanowiły raczej całkiem łatwy kąsek, więc oczywiście, że mieliśmy temu podołać, nie sądziłem, by były to słynne „ostatnie słowa”, nawet jeśli w dalszym ciągu nie miałem pojęcia, w czym tkwił sekret rodziny Abbottów, co właściwie robili, że ich drzewa wydawały tak znakomite owoce, podczas gdy reszta okolicy zapewne miała wystarczająco dużo powodów do narzekań.
- Pluey, kochanie, pytasz mnie, czy zauwaszą zniknięcie dwóch jabłek? Stoisz obok nieukolonowanego specjalisty od znikania szeszy, któle ich właściciele balso chcieliby zachowaś. - Wyszczerzyłem zęby, jednocześnie doszedłszy do wniosku, że przy najbliższej sposobności warto było odbyć z nią kreatywną rozmowę na temat tego, jak właściwie wyobrażała sobie moje zawodowe i pozazawodowe osiągnięcia, i czy naprawdę zamierzała przez resztę naszego małżeństwa traktować mnie jak amatora, który mógł bezpiecznie przeprowadzić przez granicę co najwyżej torbę ze sprzętem i własną parę butów. Nie wykluczałem bowiem przy tym, że opowiedzenie jej o kilku detalach dotyczących mojej mniej oficjalnej działalności przyniosłoby mi pewne nieskrywane korzyści, chociażby pr-owe, co mogłoby być nieocenione po tej akcji w lesie, o ile tylko udałoby mi się utrzymać dyskusję na właściwym torze, bo doświadczenie podpowiadało mi, że istniało również spore ryzyko, iż zamiast uzyskać należne mi uznanie, skończyłbym z kolejną listą obowiązków do wykonania przed sabatem, uzupełnioną zapewne o kilka pozycji, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem, więc może jednak należało to przekalkulować.
- Dobla… - Przeniosłem spojrzenie na drzewa, oceniając odległość między nimi a drogą, którą właśnie szliśmy, wysokość najniższych gałęzi oraz stan ogrodzenia, którego obecność lub brak miały w tej chwili tak naprawdę znaczenie czysto techniczne, bo przecież mogliśmy przez nie przeskoczyć, przynajmniej w teorii, bo znacznie łatwiej przeprawiało się w kierunku celu niż w drodze powrotnej z miejsca rabunku, zwłaszcza z ludźmi na ogonie - nie dostrzegłem jednak nikogo, kto mógłby nas obserwować, nie usłyszałem też odgłosów pracy, które sugerowałyby, że za następną grupą jabłoni ktoś właśnie napełniał kosz - właściwie trudno było wyobrazić sobie lepsze warunki do przeprowadzenia niewielkiej operacji terenowej, zwłaszcza że Prudence sama podsunęła mi pomysł, więc w razie ewentualnych pretensji mogłem przynajmniej twierdzić, że zostałem wciągnięty w całe przedsięwzięcie, nie zaś byłem jego prowodyrem, co zdecydowanie stanowiło całkiem interesujące odstępstwo od normy w dynamice takiej jak nasza.
- Idziemy? - Spytałem, spoglądając na Prudence. - Moses się jeszcze wycofaś. - Dodałem, chociaż wiedziałem, co miały uczynić te słowa.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)