21.10.2026, 10:10 ✶
Oczywiście, mogłem docenić, że tym razem mnie posłuchała, ale biorąc pod uwagę, że poprzednim razem nie potrafiła nawet zatrzymać się na tyle długo, żeby sprawdzić, czy nie wołałem jej dlatego, że właśnie zauważyłem coś, co mogło ją zabić, uznałem, że nie będę rozdawał pochwał za samo stanie w miejscu i wyglądanie ładnie w mglistym świetle księżyca w pełni.
- Fantastycznie. Czyli problem nie leży w twoim słuchu. Zaczynamy robić postępy. Skoro słyszałaś, następnym razem spróbuj jeszcze posłuchać. Podobno to nieoceniona umiejętność. - Wypowiedziałem te słowa tak wymownie oschłym tonem, na jaki tylko mogłem sobie pozwolić, zanim ponownie zacząłbym krzyczeć. Przywykłem do tego, że potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi w czasie krótszym, niż potrzebowałem, żeby wyciągnąć dumę z kieszeni, bo w gruncie rzeczy sam nie byłem pod tym względem lepszy, ale to konkretne stwierdzenie, wypowiedziane prosto w moją twarz, kiedy stała przede mną, z tą swoją durną chustką w dłoniach, uderzyło we mnie w sposób, którego zdecydowanie nie chciałem. Nie byłem niczyim opiekunem, nie miałem duszy prefekta naczelnego, tak jak ona, nie musiałem pilnować każdego kroku, jaki stawiała, ani odpowiadać za jej decyzje - wiedziałem o tym nader doskonale - mogłem w tej chwili odwrócić się na pięcie, zostawić ją z jej cenną własnością i wrócić do domu, gdzie przynajmniej nikt nie próbowałby udawać przede mną sympatii, bo wszyscy tam całkiem szczerze stroniliśmy od wzajemnego towarzystwa i posiedliśmy tę szczególną umiejętność schodzenia sobie z drogi bez karania się interakcją, której mi i Prudence jakoś nadal brakło. Mógłbym to zrobić, obrócić się na pięcie i znaleźć ścieżkę mającą mnie poprowadzić wprost w kamienne ściany rezydencji, lecz tego nie zrobiłem, miałem również pełne prawo być wściekły i nie zamierzałem udawać, że nie przyszło mi to do głowy, szczególnie teraz, kiedy sama zasugerowała mi, że nie spodziewała się po mnie niczego więcej.
Nie, nigdy nie chodziło mi o karanie Prue za przejawy - cóż - ludzkiej natury, ani trochę, w normalnych okolicznościach być może nawet pogratulowałbym jej tego nagłego zrywu spontaniczności, sam też przecież nie byłem najbardziej odpowiedzialny, przynajmniej jeśli chodziło o moje własne zdrowie, ale gdyby naprawdę było mi wszystko jedno, gdzie się podziała, nie biegałbym jednak między nagrobkami, nie krzyczałbym w ciemność, żeby tylko znaleźć ją przed tym, zanim stało się coś złego.
Nie zamierzałem zatem udawać, że tamto zachowanie nie miało znaczenia tylko dlatego, że wróciła w jednym kawałku - owszem, stała przede mną, nie brakowało jej żadnej kończyny, znikąd nie leciała jej krew, a z tonu, jakim mi odpowiadała, wynikało, że poza urażoną dumą nic szczególnego jej nie dolegało - najwyraźniej oczekiwałem zbyt wiele zrozumienia dla moich zszarganych nerwów, skoro takim oto sposobem poinformowała mnie, że nie mieliśmy o czym rozmawiać, ponieważ podjęła decyzję, znalazła się tutaj i w jej ocenie można było postawić na tym wszystkim kreskę. Cholernie wygodne podejście, musiałem jej ponownie przyznać, sam chętnie korzystałbym z takiej metody, gdyby nie to, że przez ostatnie kilka minut zdążyłem sobie wyobrazić wystarczająco wiele rzeczy, których nie miałem ochoty oglądać w rzeczywistości - jasne, mógłbym się cieszyć, że żadne złe proroctwo tak naprawdę nie okazało się prorocze, w końcu wszystko skończyło się dobrze, gdybym tylko nie musiał moment wcześniej rozważać wielu możliwych sposobów, na jakie mogła zrobić sobie krzywdę, począwszy od skręcenia sobie kostki na jakimś korzeniu, skończywszy na wpadnięciu do dziury, której nie zauważyła w ciemności, rozwaleniu sobie głowy, utracie przytomności, hipotermii i… „Od kiedy w ogóle zaczęło mi tak zależeć?! Niedorzeczne, głupie, bezzasadne, chujowe…”
- Ta, jasne. - Prychnąłem pod nosem, zirytowany przede wszystkim własną niezdolnością do zakończenia tej rozmowy, lecz również tym, że Prudence sprowadzała wszystko do tego, jakże racjonalnego, „przecież nic mi nie jest” - „no, wspaniale, wręcz zajebiście” - i gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego nie potrafiłem po prostu przyjąć jej przeprosin i ruszyć dalej, prawdopodobnie odpowiedziałbym, że nie chodziło o przeprosiny, tylko o sposób, w jaki podeszła do całej sprawy. Całe szczęście, nikt mnie tutaj nie pytał o nic, bo jedyna żywa osoba, poza mną, miała głęboko w dupie mój nastrój.
Obejrzałem się na nią, kiedy zaczęła wyjaśniać, że przecież wcale nie powiedziała mi, żebym sobie poszedł, tylko oznajmiła, że nie musiałem na nią czekać - cudownie - różnica była doprawdy przełomowa, prawdopodobnie powinienem był od razu poczuć się lepiej, skoro najwyraźniej w jej głowie istniała jakaś istotna granica między pozwoleniem komuś odejść a poinformowaniem go, że jego obecność nie była konieczna.
- Dobra, co se tam uważasz. - Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie policzka, bo kolejne słowa cisnęły mi się na usta, lecz nie wszystkie nadawały się do wypowiedzenia, nawet jak na nasze standardy - nie zamierzałem urządzać jej długiego wykładu na temat semantyki, zwłaszcza że sama przed chwilą zarzucała mi wkładanie jej w usta słów, których nie wypowiedziała. Nie powiedziała, że mam odejść, jasne, powiedziała jednak wystarczająco dużo, żebym zrozumiał, jak niewielkie znaczenie miało dla niej to, że zostałem.
- Ani razu więcej, jeśli łaska. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Po prostu nie wciskaj mi, że musiałaś działać szybko, bo to nie jest żaden argument. Gdybyś krzyknęła, pewnie nawet nie zdążyłbym zapytać, po co biegniesz, tylko ruszyłbym za tobą. Złapałem w życiu wystarczająco dużo rzeczy, które nie chciały dać się złapać, Prudence, żeby wiedzieć, jak się do tego zabrać! - Pokręciłem głową. - Wiesz, jak to działa? Ty mówisz „Aloysius, moja chusta!”, ja odpowiadam „świetnie, pokaż mi, gdzie poleciała”, potem oboje próbujemy ją złapać. Niesamowita koncepcja. Wiem, brzmi skomplikowanie, ale jestem pewien, że przy odrobinie praktyki opanowalibyśmy ją oboje. - Urwałem, zacisnąwszy zęby, bo dopiero teraz usłyszałem, jak bardzo osobiście zabrzmiały te słowa, ale nie zamierzałem się z nich wycofywać - nie miałem też ochoty tłumaczyć jej rzeczy tak oczywistych, że samo ich wypowiadanie sprawiało, iż czułem się jak skończony idiota - jeszcze gorsze było to, że im bardziej próbowałem opanować gniew, tym wyraźniej docierało do mnie, jak bardzo zależało mi na tym, żeby zrozumiała, dlaczego tak się zachowałem. Mogłem znieść jej upór, mogłem znieść to, że miała własne zdanie na każdy temat i nie zamierzała ustępować tylko dlatego, że ktoś podniósł głos, sam nie byłbym zachwycony, gdyby ktoś odzywał się do mnie w podobny sposób, ale trudno było mi zdobyć się na odpowiednią skruchę, kiedy nadal miałem przed oczami moment, w którym zniknęła mi w ciemności, zostawiając mnie z własnym głosem odbijającym się od nagrobków i z wyjątkowo nieprzyjemną świadomością, że nie miałem pojęcia, gdzie pobiegła. Nie zamierzałem jej tego wszystkiego jednak tłumaczyć po raz kolejny, zgodnie z życzeniem, próbowałem już wcześniej i najwyraźniej osiągnąłem tyle, że teraz oboje byliśmy w stanie dość sprawnie powtarzać własne argumenty, co nie przybliżało nas ani o krok do wyjścia z tej zasranej nekropolii. Nie zamierzałem także dodawać, że jej argument o samotnym radzeniu sobie z problemami był wyjątkowo kiepski, ponieważ zdążyłem już powiedzieć to na kilka różnych sposobów, a kolejne powtórzenie prawdopodobnie nie uczyniłoby ze mnie ani odrobinę bardziej przekonującego rozmówcy, zwłaszcza że słuchałem jej z rosnącą irytacją, próbując zrozumieć, dlaczego dopiero teraz przyszło jej do głowy, że mogła uwzględnić moją obecność w swoich planach. Nie chodziło nawet o to, że uważałem się za niezbędnego, bo byłem wystarczająco świadomy własnych wad, żeby wiedzieć, iż w niektórych sytuacjach moja obecność potrafiła przynieść więcej szkody niż pożytku, tyle że Prudence nie dawała mi nawet okazji, żeby się o tym przekonać, zamiast tego działała, a potem wyjaśniała, że „przecież niczego nie chciała udowodnić”.
- Chusta od babci. Jasne. Spoko. Rozumiem. - Skinąłem głową, po czym uniosłem brwi, mówiłem zgryźliwie, bo wcale nie zamierzałem ułatwiać tej rozmowy, skoro najwyraźniej Prue również sama postanowiła utrudnić mi ją na wszelkie możliwe sposoby. - Jestem ścigającym, pamiętasz o takim detalu, nie? Bo jeśli zdążyłaś to też wyprzeć, szybkie łapanie rzeczy, które latają jeszcze szybciej, to dosłownie moja specjalność. - Wskazałem na siebie różdżką, po czym natychmiast opuściłem rękę, zirytowany własnym gestem. - Zazwyczaj przy okazji ktoś próbuje mi jeszcze roztrzaskać mordę, więc wybacz, ale gonienie kawałka materiału nie wydaje mi się zadaniem, które wymagałoby ode mnie nadzwyczajnego wysiłku. - Przerwałem, bo nagle dotarło do mnie, że im dłużej mówiła o swoim pośpiechu, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, dlaczego w ogóle nie przyszło jej do głowy, żeby mnie wykorzystać do czegoś, w czym rzeczywiście mógłbym się przydać - oczywiście, bo „mogła sobie doskonale poradzić sama” - nie oczekiwałem przecież, że będzie stała na ścieżce, płacząc nad utraconą chustą, podczas gdy ja bohatersko rzucę się jej na ratunek, ale wystarczyło jedno zdanie, jak już stwierdziłem, „Aloysius, pomóż mi ją złapać” lub „łap”, tyle, nie potrzebowała mojego pozwolenia na zajęcie się własnym pościgiem, lecz nie musiała również prosić mnie o przysługę z odpowiednim wyprzedzeniem.
- Wiesz co, to jest naprawdę niesamowite. - Mój głos stał się podejrzanie spokojny. - Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię, czy po prostu czekasz na swoją kolej, żeby powiedzieć coś, co doprowadzi mnie do szału? - Wiedziałem, że była świadoma własnej winy, ale wiedziałem również, że nie miała zamiaru przyznać mi racji w kwestii sposobu, w jaki reagowałem, co oznaczało, że mogliśmy spędzić tutaj resztę nocy, przerzucając się argumentami, aż w końcu któreś z nas uznałoby, że lepiej umrzeć, niż kontynuować rozmowę. Nie zamierzałem dawać jej tej satysfakcji, przesunąłem zatem językiem po zębach, starając się powstrzymać kolejną falę złośliwości, która chciała opuścić moje usta.
- Nie, nie muszę. - To było najbliżej przeprosin, jak tylko było mnie obecnie stać, oświetliłem najbliższy nagrobek, próbując odczytać wyryte na nim nazwisko, ale litery były zbyt starte, żebym mógł cokolwiek rozpoznać, więc westchnąłem z frustracji.
- Oczywiście, że mogliśmy nie iść przez cmentarz. Mogliśmy też zamówić powóz, znaleźć jakiś kominek albo spędzić resztę wieczoru, siedząc na schodach przed salą weselną i czekając, aż ktoś łaskawie nas stąd zabierze. Mnóstwo rzeczy mogliśmy zrobić inaczej, Prudence. - Przeniosłem światło różdżki na najbliższy zakręt, po czym ruszyłem w jego stronę, upewniając się, że nadal szła za mną. - Tyle że wtedy wydawało mi się, że znam drogę i najwyraźniej przeceniłem swoje umiejętności. Przyznaję, zjebałem, zadowolona? Czujesz się już lepiej? - Mój głos był cichy, ale wciąż pobrzmiewała w nim bardzo wyraźna irytacja. - Możesz sobie powtarzać, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem, ale to nie zmienia faktu, że sama przewróciłaś dzbanek. - Zrobiłem kilka kroków w stronę, która wydawała mi się właściwą, po czym wskazałem ręką ciemną ścieżkę za sobą. - Tak, wiedziałem, że cmentarz jest niepokojący. Dlatego właśnie powiedziałem ci wcześniej. Nie pamiętasz? Czy może ten fragment rozmowy również uznałaś za niewart uwagi, bo akurat miałaś inne plany? - Nie czekałem na odpowiedź, odwróciłem się ponownie, kierując wzrok w miejsce, w którym wcześniej słyszałem podejrzane dźwięki, chociaż te nagle ucichły, po czym podejmując marsz w przeciwnym kierunku. Nie miałem pojęcia, czy prowadził we właściwą stronę, ale przynajmniej nie zamierzałem faktycznie stać tutaj do rana i urządzać kolejnej kłótni o to, kto powinien był podjąć lepszą decyzję, wystarczyło mi w zupełności, że wiedziałem, co zrobiłem źle - spędziłem z nią miły czas na weselu i dałem sobie tym zamydlić oczy.
- Fantastycznie. Czyli problem nie leży w twoim słuchu. Zaczynamy robić postępy. Skoro słyszałaś, następnym razem spróbuj jeszcze posłuchać. Podobno to nieoceniona umiejętność. - Wypowiedziałem te słowa tak wymownie oschłym tonem, na jaki tylko mogłem sobie pozwolić, zanim ponownie zacząłbym krzyczeć. Przywykłem do tego, że potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi w czasie krótszym, niż potrzebowałem, żeby wyciągnąć dumę z kieszeni, bo w gruncie rzeczy sam nie byłem pod tym względem lepszy, ale to konkretne stwierdzenie, wypowiedziane prosto w moją twarz, kiedy stała przede mną, z tą swoją durną chustką w dłoniach, uderzyło we mnie w sposób, którego zdecydowanie nie chciałem. Nie byłem niczyim opiekunem, nie miałem duszy prefekta naczelnego, tak jak ona, nie musiałem pilnować każdego kroku, jaki stawiała, ani odpowiadać za jej decyzje - wiedziałem o tym nader doskonale - mogłem w tej chwili odwrócić się na pięcie, zostawić ją z jej cenną własnością i wrócić do domu, gdzie przynajmniej nikt nie próbowałby udawać przede mną sympatii, bo wszyscy tam całkiem szczerze stroniliśmy od wzajemnego towarzystwa i posiedliśmy tę szczególną umiejętność schodzenia sobie z drogi bez karania się interakcją, której mi i Prudence jakoś nadal brakło. Mógłbym to zrobić, obrócić się na pięcie i znaleźć ścieżkę mającą mnie poprowadzić wprost w kamienne ściany rezydencji, lecz tego nie zrobiłem, miałem również pełne prawo być wściekły i nie zamierzałem udawać, że nie przyszło mi to do głowy, szczególnie teraz, kiedy sama zasugerowała mi, że nie spodziewała się po mnie niczego więcej.
Nie, nigdy nie chodziło mi o karanie Prue za przejawy - cóż - ludzkiej natury, ani trochę, w normalnych okolicznościach być może nawet pogratulowałbym jej tego nagłego zrywu spontaniczności, sam też przecież nie byłem najbardziej odpowiedzialny, przynajmniej jeśli chodziło o moje własne zdrowie, ale gdyby naprawdę było mi wszystko jedno, gdzie się podziała, nie biegałbym jednak między nagrobkami, nie krzyczałbym w ciemność, żeby tylko znaleźć ją przed tym, zanim stało się coś złego.
Nie zamierzałem zatem udawać, że tamto zachowanie nie miało znaczenia tylko dlatego, że wróciła w jednym kawałku - owszem, stała przede mną, nie brakowało jej żadnej kończyny, znikąd nie leciała jej krew, a z tonu, jakim mi odpowiadała, wynikało, że poza urażoną dumą nic szczególnego jej nie dolegało - najwyraźniej oczekiwałem zbyt wiele zrozumienia dla moich zszarganych nerwów, skoro takim oto sposobem poinformowała mnie, że nie mieliśmy o czym rozmawiać, ponieważ podjęła decyzję, znalazła się tutaj i w jej ocenie można było postawić na tym wszystkim kreskę. Cholernie wygodne podejście, musiałem jej ponownie przyznać, sam chętnie korzystałbym z takiej metody, gdyby nie to, że przez ostatnie kilka minut zdążyłem sobie wyobrazić wystarczająco wiele rzeczy, których nie miałem ochoty oglądać w rzeczywistości - jasne, mógłbym się cieszyć, że żadne złe proroctwo tak naprawdę nie okazało się prorocze, w końcu wszystko skończyło się dobrze, gdybym tylko nie musiał moment wcześniej rozważać wielu możliwych sposobów, na jakie mogła zrobić sobie krzywdę, począwszy od skręcenia sobie kostki na jakimś korzeniu, skończywszy na wpadnięciu do dziury, której nie zauważyła w ciemności, rozwaleniu sobie głowy, utracie przytomności, hipotermii i… „Od kiedy w ogóle zaczęło mi tak zależeć?! Niedorzeczne, głupie, bezzasadne, chujowe…”
- Ta, jasne. - Prychnąłem pod nosem, zirytowany przede wszystkim własną niezdolnością do zakończenia tej rozmowy, lecz również tym, że Prudence sprowadzała wszystko do tego, jakże racjonalnego, „przecież nic mi nie jest” - „no, wspaniale, wręcz zajebiście” - i gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego nie potrafiłem po prostu przyjąć jej przeprosin i ruszyć dalej, prawdopodobnie odpowiedziałbym, że nie chodziło o przeprosiny, tylko o sposób, w jaki podeszła do całej sprawy. Całe szczęście, nikt mnie tutaj nie pytał o nic, bo jedyna żywa osoba, poza mną, miała głęboko w dupie mój nastrój.
Obejrzałem się na nią, kiedy zaczęła wyjaśniać, że przecież wcale nie powiedziała mi, żebym sobie poszedł, tylko oznajmiła, że nie musiałem na nią czekać - cudownie - różnica była doprawdy przełomowa, prawdopodobnie powinienem był od razu poczuć się lepiej, skoro najwyraźniej w jej głowie istniała jakaś istotna granica między pozwoleniem komuś odejść a poinformowaniem go, że jego obecność nie była konieczna.
- Dobra, co se tam uważasz. - Przejechałem językiem po wewnętrznej stronie policzka, bo kolejne słowa cisnęły mi się na usta, lecz nie wszystkie nadawały się do wypowiedzenia, nawet jak na nasze standardy - nie zamierzałem urządzać jej długiego wykładu na temat semantyki, zwłaszcza że sama przed chwilą zarzucała mi wkładanie jej w usta słów, których nie wypowiedziała. Nie powiedziała, że mam odejść, jasne, powiedziała jednak wystarczająco dużo, żebym zrozumiał, jak niewielkie znaczenie miało dla niej to, że zostałem.
- Ani razu więcej, jeśli łaska. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Po prostu nie wciskaj mi, że musiałaś działać szybko, bo to nie jest żaden argument. Gdybyś krzyknęła, pewnie nawet nie zdążyłbym zapytać, po co biegniesz, tylko ruszyłbym za tobą. Złapałem w życiu wystarczająco dużo rzeczy, które nie chciały dać się złapać, Prudence, żeby wiedzieć, jak się do tego zabrać! - Pokręciłem głową. - Wiesz, jak to działa? Ty mówisz „Aloysius, moja chusta!”, ja odpowiadam „świetnie, pokaż mi, gdzie poleciała”, potem oboje próbujemy ją złapać. Niesamowita koncepcja. Wiem, brzmi skomplikowanie, ale jestem pewien, że przy odrobinie praktyki opanowalibyśmy ją oboje. - Urwałem, zacisnąwszy zęby, bo dopiero teraz usłyszałem, jak bardzo osobiście zabrzmiały te słowa, ale nie zamierzałem się z nich wycofywać - nie miałem też ochoty tłumaczyć jej rzeczy tak oczywistych, że samo ich wypowiadanie sprawiało, iż czułem się jak skończony idiota - jeszcze gorsze było to, że im bardziej próbowałem opanować gniew, tym wyraźniej docierało do mnie, jak bardzo zależało mi na tym, żeby zrozumiała, dlaczego tak się zachowałem. Mogłem znieść jej upór, mogłem znieść to, że miała własne zdanie na każdy temat i nie zamierzała ustępować tylko dlatego, że ktoś podniósł głos, sam nie byłbym zachwycony, gdyby ktoś odzywał się do mnie w podobny sposób, ale trudno było mi zdobyć się na odpowiednią skruchę, kiedy nadal miałem przed oczami moment, w którym zniknęła mi w ciemności, zostawiając mnie z własnym głosem odbijającym się od nagrobków i z wyjątkowo nieprzyjemną świadomością, że nie miałem pojęcia, gdzie pobiegła. Nie zamierzałem jej tego wszystkiego jednak tłumaczyć po raz kolejny, zgodnie z życzeniem, próbowałem już wcześniej i najwyraźniej osiągnąłem tyle, że teraz oboje byliśmy w stanie dość sprawnie powtarzać własne argumenty, co nie przybliżało nas ani o krok do wyjścia z tej zasranej nekropolii. Nie zamierzałem także dodawać, że jej argument o samotnym radzeniu sobie z problemami był wyjątkowo kiepski, ponieważ zdążyłem już powiedzieć to na kilka różnych sposobów, a kolejne powtórzenie prawdopodobnie nie uczyniłoby ze mnie ani odrobinę bardziej przekonującego rozmówcy, zwłaszcza że słuchałem jej z rosnącą irytacją, próbując zrozumieć, dlaczego dopiero teraz przyszło jej do głowy, że mogła uwzględnić moją obecność w swoich planach. Nie chodziło nawet o to, że uważałem się za niezbędnego, bo byłem wystarczająco świadomy własnych wad, żeby wiedzieć, iż w niektórych sytuacjach moja obecność potrafiła przynieść więcej szkody niż pożytku, tyle że Prudence nie dawała mi nawet okazji, żeby się o tym przekonać, zamiast tego działała, a potem wyjaśniała, że „przecież niczego nie chciała udowodnić”.
- Chusta od babci. Jasne. Spoko. Rozumiem. - Skinąłem głową, po czym uniosłem brwi, mówiłem zgryźliwie, bo wcale nie zamierzałem ułatwiać tej rozmowy, skoro najwyraźniej Prue również sama postanowiła utrudnić mi ją na wszelkie możliwe sposoby. - Jestem ścigającym, pamiętasz o takim detalu, nie? Bo jeśli zdążyłaś to też wyprzeć, szybkie łapanie rzeczy, które latają jeszcze szybciej, to dosłownie moja specjalność. - Wskazałem na siebie różdżką, po czym natychmiast opuściłem rękę, zirytowany własnym gestem. - Zazwyczaj przy okazji ktoś próbuje mi jeszcze roztrzaskać mordę, więc wybacz, ale gonienie kawałka materiału nie wydaje mi się zadaniem, które wymagałoby ode mnie nadzwyczajnego wysiłku. - Przerwałem, bo nagle dotarło do mnie, że im dłużej mówiła o swoim pośpiechu, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, dlaczego w ogóle nie przyszło jej do głowy, żeby mnie wykorzystać do czegoś, w czym rzeczywiście mógłbym się przydać - oczywiście, bo „mogła sobie doskonale poradzić sama” - nie oczekiwałem przecież, że będzie stała na ścieżce, płacząc nad utraconą chustą, podczas gdy ja bohatersko rzucę się jej na ratunek, ale wystarczyło jedno zdanie, jak już stwierdziłem, „Aloysius, pomóż mi ją złapać” lub „łap”, tyle, nie potrzebowała mojego pozwolenia na zajęcie się własnym pościgiem, lecz nie musiała również prosić mnie o przysługę z odpowiednim wyprzedzeniem.
- Wiesz co, to jest naprawdę niesamowite. - Mój głos stał się podejrzanie spokojny. - Czy ty w ogóle słuchasz, co do ciebie mówię, czy po prostu czekasz na swoją kolej, żeby powiedzieć coś, co doprowadzi mnie do szału? - Wiedziałem, że była świadoma własnej winy, ale wiedziałem również, że nie miała zamiaru przyznać mi racji w kwestii sposobu, w jaki reagowałem, co oznaczało, że mogliśmy spędzić tutaj resztę nocy, przerzucając się argumentami, aż w końcu któreś z nas uznałoby, że lepiej umrzeć, niż kontynuować rozmowę. Nie zamierzałem dawać jej tej satysfakcji, przesunąłem zatem językiem po zębach, starając się powstrzymać kolejną falę złośliwości, która chciała opuścić moje usta.
- Nie, nie muszę. - To było najbliżej przeprosin, jak tylko było mnie obecnie stać, oświetliłem najbliższy nagrobek, próbując odczytać wyryte na nim nazwisko, ale litery były zbyt starte, żebym mógł cokolwiek rozpoznać, więc westchnąłem z frustracji.
- Oczywiście, że mogliśmy nie iść przez cmentarz. Mogliśmy też zamówić powóz, znaleźć jakiś kominek albo spędzić resztę wieczoru, siedząc na schodach przed salą weselną i czekając, aż ktoś łaskawie nas stąd zabierze. Mnóstwo rzeczy mogliśmy zrobić inaczej, Prudence. - Przeniosłem światło różdżki na najbliższy zakręt, po czym ruszyłem w jego stronę, upewniając się, że nadal szła za mną. - Tyle że wtedy wydawało mi się, że znam drogę i najwyraźniej przeceniłem swoje umiejętności. Przyznaję, zjebałem, zadowolona? Czujesz się już lepiej? - Mój głos był cichy, ale wciąż pobrzmiewała w nim bardzo wyraźna irytacja. - Możesz sobie powtarzać, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem, ale to nie zmienia faktu, że sama przewróciłaś dzbanek. - Zrobiłem kilka kroków w stronę, która wydawała mi się właściwą, po czym wskazałem ręką ciemną ścieżkę za sobą. - Tak, wiedziałem, że cmentarz jest niepokojący. Dlatego właśnie powiedziałem ci wcześniej. Nie pamiętasz? Czy może ten fragment rozmowy również uznałaś za niewart uwagi, bo akurat miałaś inne plany? - Nie czekałem na odpowiedź, odwróciłem się ponownie, kierując wzrok w miejsce, w którym wcześniej słyszałem podejrzane dźwięki, chociaż te nagle ucichły, po czym podejmując marsz w przeciwnym kierunku. Nie miałem pojęcia, czy prowadził we właściwą stronę, ale przynajmniej nie zamierzałem faktycznie stać tutaj do rana i urządzać kolejnej kłótni o to, kto powinien był podjąć lepszą decyzję, wystarczyło mi w zupełności, że wiedziałem, co zrobiłem źle - spędziłem z nią miły czas na weselu i dałem sobie tym zamydlić oczy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)