Standardowo była przed czasem zbiórki, wolała być wcześniej niż później, tym bardziej, że miała nadzieję, że uda jej się jeszcze porozmawiać z Brenną. Nie była pewna, jak będzie wyglądał dzisiejszy wieczór, czy się wszyscy nie rozdzielą, a ona nigdy nie opanowała fal (i był to wybór świadomy), natomiast w takich warunkach dobrze było mieć z kimś kontakt… jakikolwiek. Chciała dać jedno z lusterek Brennie, albo Atreusowi, nie była pewna, komu lepiej, ale do tego i tak potrzebowała Brenny. Ta jednak znalazła ich sama.
– Co? – o umarłych mogła pogadać, ale wosk? – Ale jaki rytuał i co niby zadziałało – niestety Lestrange nie miała zielonego pojęcia, o czym Brenna w ogóle mówi i popatrzyła na nią zresztą nierozumiejącym wzrokiem.
Kątem oka dostrzegła Geraldine i jej towarzysza, zdążyła sobie tylko pomyśleć, że chyba przyciągają ich kłopoty, cicho westchnęła i… okazało się, że szli prosto do nich.
– Jak na każdym sabacie ostatnio – odparła, bo chyba jedyny sabat bez rozróby to było Mabon. Głównie dlatego, że nie było sabatu, a kiermasz był tak skromny, że nie było żadnego walnego zebrania czarodziejów.
– Co masz na myśli niby, w jaki sposób udają umarłych i wpływają na umysł? – zmarszczyła brwi, bo słowa Brenny ją w tym miejscu mocno zaskoczyły. Te widma… Kolejne rzeczy, których się o nich dowiadywała, były coraz dziwniejsze.