Wczoraj, 00:30 ✶
Oczywiście, że zdarzało mi się słyszeć tylko to, co chciałem usłyszeć, zdarzało mi się też ignorować rozsądne rady, podejmować decyzje pod wpływem impulsu i robić rzeczy, których później nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć, ale nie przypominałem sobie, żebym w ostatnich latach oczekiwał od Prudence, że będzie stała obok i z uśmiechem przyjmowała wszystkie konsekwencje moich pomysłów, ponieważ przecież „nic złego się nie stało”.
Na uwagę o wybiórczym słuchu prychnąłem pod nosem, nie zamierzając nawet udawać, że nie dostrzegałem ironii, chociaż różnica między nami polegała na tym, że ja przynajmniej nie usiłowałem się wybielać, kiedy celowo kogoś ignorowałem, podczas gdy ona najwyraźniej uważała własną skłonność do słuchania wyłącznie tego, co akurat jej odpowiadało, za całkowicie uzasadniony element osobowości - „jestem jaka jestem”, co nie - przez moment miałem najszczerszą ochotę pogratulować jej tego doskonałego słuchu, bo potrafiła naprawdę bezbłędnie wyłapywać z moich wypowiedzi wyłącznie te fragmenty, które nadawały się do wykorzystania przeciwko mnie, pomijając przy tym całą resztę, ale ostatecznie uznałem, że nie potrzebowała kolejnego potwierdzenia własnych umiejętności. Z wybiórczym słuchem rzeczywiście miałem pewne doświadczenie, jasna sprawa, zwłaszcza kiedy Prudence Bletchley zaczynała mówić rzeczy, których nie miałem ochoty słuchać, tyle że istniała zasadnicza różnica między ignorowaniem czyjegoś marudzenia pośrodku jasnego korytarza a zniknięciem w ciemności, kiedy ten ktoś próbował cię zatrzymać - przynajmniej w moim przekonaniu, bo ona z pewnością i na to miałaby własne argumenty - nie zamierzałem wdawać się w kolejną dyskusję o tym, kto z nas był większym hipokrytą, ponieważ oboje mieliśmy w tej dziedzinie wystarczająco dużo doświadczenia, żebyśmy mogli spędzić na wzajemnym wytykaniu sobie wad resztę nocy. Kiedy jednak oznajmiła, że mogłem sobie wierzyć, w co chcę, prychnąłem pod nosem. „No proszę, teraz jeszcze dostałem pozwolenie na posiadanie własnego zdania. Cóż za hojność”, być może powinienem jej podziękować, dygnąć i zapewnić, że będę korzystał z tego przywileju odpowiedzialnie, choć szczerze mówiąc, w tej chwili miałem ochotę skorzystać z niego przede wszystkim po to, żeby powiedzieć jej dokładnie, co myślałem o całym tym przedstawieniu.
- Och, nie martw się, właśnie to robię. Na przykład wierzę, że gdybyś przez te kilka sekund pomyślała, zanim ruszyłaś w pizdu, oszczędzilibyśmy sobie tego uroczego spaceru krajoznawczego. Potrafię też sobie wyobrazić, że następnym razem, kiedy postanowisz gdzieś zniknąć, po prostu uszanuję twoje głębokie pragnienie samodzielnego podejmowania decyzji i nie będę marnował czasu na szukanie cię po krzakach. - Głos miałem suchy, pozbawiony rozbawienia. - A skoro najwyraźniej nie jesteś zainteresowana tym, co mam do powiedzenia, nie będę ci również przeszkadzał w pielęgnowaniu własnej wersji wydarzeń. Możesz sobie nawet wmówić, że wszystko poszło znakomicie, skoro udało ci się złapać drogocenny kawałek materiału i nie uszkodzić sobie przy tym pięknej buźki. Gratuluję zdobyczy. - Zaczynałem podejrzewać, że niezależnie od tego, co powiedziałbym teraz Prudence, ona i tak znalazłaby sposób, żeby odwrócić kota ogonem. Kłamstwo przyszło mi z nieprzyjemną łatwością, praktycznie bez wahania w tonie, co w jakiś pokrętny sposób tylko pogorszyło mi humor, bo jednocześnie chciałem wierzyć w to, że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż gdyby sytuacja się powtórzyła, prawdopodobnie zrobiłbym dokładnie to samo, co tym razem, tyle że przeklinałbym przy tym znacznie głośniej, nie zamierzałem jednak dawać jej tej satysfakcji i wyjaśniać, że moje deklaracje miały bardzo ograniczoną wartość, kiedy w grę wchodziło jej bezpieczeństwo. Wolałem skupić się na tym, że najwyraźniej uznała za stosowne podważyć moje umiejętności łapania czegokolwiek, skoro nie zdołałem jej dogonić. Właściwie nie miałem zamiaru jej odpowiadać, dopóki nie zaczęła opowiadać o tym, jak łatwo zdołała mi uciec, skoro byłem takim wspaniałym specjalistą od łapania rzeczy, wtedy zatrzymałem się w pół ruchu, szczerze zdumiony, że zdecydowała się pójść akurat w tę stronę.
- Słucham? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, po czym roześmiałem się krótko. - Naprawdę zamierzasz wykorzystać fakt, że nie dogoniłem cię na cmentarzu, jako argument przeciwko moim umiejętnościom? Prue, kochanie, gdybym wiedział, że zależy ci na sprawdzeniu mojej formy, mogliśmy umówić się na trening na boisku. Z przyjemnością pozwoliłbym ci spróbować dotrzymać mi kroku w warunkach, w których nie musiałbym się zastanawiać, czy zaraz wpadniesz do dziury, rozbijesz sobie głowę o nagrobek albo znikniesz za kolejnym zakrętem, bo akurat uznasz, że „a chuj mi tam”. - Naprawdę nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać, czy zacząć tłumaczyć jej podstawy komunikacji międzyludzkiej, co byłoby o tyle upokarzające, że Prudence potrafiła wykazać się wyjątkową inteligencją, kiedy tylko miała na to ochotę. Gdybyśmy znajdowali się gdziekolwiek indziej, prawdopodobnie nawet uznałbym to za zabawne, szczególnie wiedząc, że nawet nie zbliżała się do miotły, lecz w tych konkretnych okolicznościach cholernie nie podobało mi się, jak łatwo przyszło jej potraktowanie całej sprawy w kategoriach naszej typowej rywalizacji, jak gdyby naprawdę chodziło o to, kto z nas potrafił szybciej przebiec kilkadziesiąt metrów. Nie miałem zamiaru jej zabraniać biegania, skakania przez płoty ani wdawania się w pościgi za rzeczami, które postanowiły odlecieć w siną dal, chciałem tylko, żeby przestała traktować mnie jak kogoś, kogo obecność można było zignorować, dopóki nie stawał się potrzebny do kłótni.
- Dwa słowa. „Rookwood, łap”. Jestem przekonany, że nawet w stanie głębokiego upojenia alkoholowego zrozumiałbym, o co ci chodzi, choć przyznaję, że twoja wiara w moje zdolności poznawcze urzeka. - Nie zamierzałem odpuszczać, zwłaszcza kiedy zaczęła zapewniać mnie, że przecież nie zrobiła niczego szczególnie trudnego i nie potrzebowała moich wyjątkowych umiejętności. - Podejrzewam, że jeszcze kilka takich sukcesów i będziesz mogła ubiegać się o miejsce w reprezentacji. - Przesunąłem światłem różdżki po nagrobkach, szukając jakiegoś punktu orientacyjnego, po czym dodałem, zanim zdążyła uznać, że właśnie przyznałem jej rację. - I żebyśmy mieli jasność, nie twierdziłem, że nie potrafisz biegać. Nie przypominam sobie, żebym kwestionował twoją zdolność do poruszania nogami w odpowiednim kierunku. - Pokręciłem głową, ponieważ naprawdę zaczynałem mieć dość tej rozmowy, zwłaszcza że zdawała się traktować moje słowa jak osobisty atak na jej kompetencje, nie zamierzałem odbierać jej prawa do samodzielnego podejmowania decyzji, za to z każdą kolejną wypowiedzią coraz trudniej było mi uwierzyć, że rzeczywiście rozumiała, o co miałem pretensje. Nie spodobało mi się również to, co powiedziała o wyciąganiu do niej ręki, bo przez ułamek sekundy miałem ochotę zapytać, czy naprawdę uważała mnie za kogoś, kto z premedytacją odmówiłby jej pomocy po tym, jak nawiązaliśmy sojusz, nawet tymczasowy, którego nie złamaliśmy przez kilka godzin, tylko po to, żeby później móc wypomnieć jej słabość. Te słowa sprawiły, że uśmiechnąłem się krzywo i nie było w tym niczego szczególnie przyjaznego. Nie miałem w zwyczaju wyciągać do niej ręki, tak? „Ciekawe”. Najwyraźniej ostatnie kilka godzin spędziliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach, bo niby to ona dysponowała doskonałą pamięcią, tymczasem teraz najwyraźniej tylko ja pamiętałem, że przyszedłem tutaj z nią, że dotrzymywałem jej towarzystwa na weselu i obcych ludzi, że próbowałem przeprowadzić nas przez cmentarz i że kiedy zniknęła, pobiegłem jej szukać, zamiast uznać, iż dorosła dziewczyna powinna doskonale radzić sobie sama, ale oczywiście to wszystko można było zignorować, kiedy wygodniej było utrzymywać, że nie miała powodów, żeby mi zaufać.
Pytanie ugrzęzło mi w gardle, ponieważ odpowiedź mogłaby okazać się znacznie bardziej nieprzyjemna, niż byłem gotów przyjąć, więc zamiast tego prychnąłem i pokręciłem głową.
- Oczywiście, że nie masz powodu mi ufać. Przecież nigdy w życiu nie zrobiłem niczego, co mogłoby cię przekonać, że czasem potrafię zachować się przyzwoicie. - Mój głos stał się wyraźnie chłodniejszy, przez chwilę miałem ochotę dodać coś jeszcze, coś wyjątkowo podłego, co pozwoliłoby mi odzyskać przewagę w tej rozmowie, lecz ugryzłem się w język, bo nie potrzebowałem kolejnej kłótni o to, kto komu co kiedyś powiedział - nie zmieniało to faktu, że jej słowa zabolały mnie bardziej, niż chciałem przyznać, zwłaszcza że nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak wyraźnie poczułem, jak wiele rzeczy zdążyło się między nami zmienić.
- Naprawdę? A ja myślałem, że właśnie przeżywasz najlepszą noc swojego życia. Cmentarz, brak drogi powrotnej, pijany narzeczony, który nie przestaje gadać. Czego więcej można chcieć? - Spytałem, nawet jeśli miałem ochotę odpowiedzieć, że gdyby rzeczywiście zależało mi wyłącznie na własnej satysfakcji, już dawno zostawiłbym ją samą z tą przeklętą chustą i pozwoliłbym jej przekonać się, jak świetnie radziła sobie bez niczyjej pomocy, lecz nie powiedziałem tego od razu - wiedziałem, że byłoby to kłamstwo, właśnie dlatego tak bardzo mnie to kusiło.
Przez moment po prostu patrzyłem wprost na nią, zastanawiając się, czy naprawdę uważała, że w środku nocy, po naprawdę dobrze spędzonym wspólnie czasie nagle urządzałem sobie z nią kolejną głupią zabawę, czy tylko chciała mnie jeszcze bardziej wkurwić - nie zamierzałem udawać, że nigdy wcześniej nie robiłem jej podobnych numerów, bo oboje wiedzieliśmy, że miałem na koncie wystarczająco dużo idiotycznych pomysłów, żeby takie podejrzenia nie wzięły się zupełnie znikąd, ale tym razem naprawdę nie zależało mi na wywołaniu kolejnej kłótni, nie bawiłem się w straszenie, nie próbowałem udowodnić jej, że cmentarz był niebezpieczny, nie czekałem za drzewem, żeby wyskoczyć i zobaczyć, jak podskakuje, po prostu nie mogłem jej znaleźć, ale przecież byłem beznadziejny, nie? Miałem swoje za uszami, doskonale o tym wiedziałem, nie zmieniało to jednak faktu, że nie próbowałem urządzić jej żadnego przedstawienia, a i tak mi się dostało.
Ciche zapewnienie, że wszystko pamiętała, nie zrobiło na mnie większego wrażenia, bo zdecydowanie zdawałem sobie z tego sprawę, lecz w tym momencie byłem skłonny stwierdzić, że gdyby rzeczywiście zapamiętała wszystko, co jej powiedziałem, prawdopodobnie nie stalibyśmy teraz w tej części cmentarza. Przesunąłem snop światła po ziemi, zatrzymując go na wąskiej ścieżce prowadzącej między nagrobkami, po czym odwróciłem się do Prudence.
- Świetnie. W takim razie może uświadom sobie również, że nie jestem zobowiązany do udawania, że wszystko jest w porządku, bo postanowiłaś przeprosić i następnym razem spróbuj zastosować tę wiedzę w praktyce, zamiast przypominać sobie o niej dopiero wtedy, kiedy sytuacja zdąży się spieprzyć. - Odmruknąłem dostatecznie głośno, aby to do niej dotarło, zabrzmiało to wystarczająco jadowicie, żebym mógł uznać temat za chwilowo zamknięty, chociaż doskonale wiedziałem, że Prudence nie należała do osób, które rezygnowały z ostatniego słowa tylko dlatego, że ktoś wyraźnie dawał im do zrozumienia, iż miał już serdecznie dość, toteż zaraz doszedł do mnie ten komentarz o taplaniu się, na który obdarzyłem ją naprawdę mroźnym spojrzeniem.
- Zgadza się. Ty przewróciłaś dzbanek, ja sprzątam bałagan. Odkrywcze. - Parsknąłem. - Nie martw się, Bletchley, nie zamierzam cię prosić o ścierkę. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie, przez moment naprawdę rozważałem, czy celowo próbowała doprowadzić mnie do stanu, w którym sam zacznę kopać groby, po czym odwróciłem się, kierując światło na żwir pod naszymi nogami, i ponownie ruszyłem przed siebie, ponieważ jeśli nadal mieliśmy stać w miejscu i roztrząsać każde wypowiedziane słowo, moglibyśmy równie dobrze rozłożyć sobie posłanie na najbliższej płycie nagrobnej. Przyspieszyłem kroku, trzymając różdżkę przed sobą, skupiwszy się na tym, by znaleźć właściwą drogę, ponieważ w tej sytuacji znacznie łatwiej było mi szukać wyjścia z cmentarza niż odpowiedzi na pytanie, dlaczego wciąż zależało mi na tym, żeby wreszcie zrozumiała, co próbowałem jej przekazać.
Na uwagę o wybiórczym słuchu prychnąłem pod nosem, nie zamierzając nawet udawać, że nie dostrzegałem ironii, chociaż różnica między nami polegała na tym, że ja przynajmniej nie usiłowałem się wybielać, kiedy celowo kogoś ignorowałem, podczas gdy ona najwyraźniej uważała własną skłonność do słuchania wyłącznie tego, co akurat jej odpowiadało, za całkowicie uzasadniony element osobowości - „jestem jaka jestem”, co nie - przez moment miałem najszczerszą ochotę pogratulować jej tego doskonałego słuchu, bo potrafiła naprawdę bezbłędnie wyłapywać z moich wypowiedzi wyłącznie te fragmenty, które nadawały się do wykorzystania przeciwko mnie, pomijając przy tym całą resztę, ale ostatecznie uznałem, że nie potrzebowała kolejnego potwierdzenia własnych umiejętności. Z wybiórczym słuchem rzeczywiście miałem pewne doświadczenie, jasna sprawa, zwłaszcza kiedy Prudence Bletchley zaczynała mówić rzeczy, których nie miałem ochoty słuchać, tyle że istniała zasadnicza różnica między ignorowaniem czyjegoś marudzenia pośrodku jasnego korytarza a zniknięciem w ciemności, kiedy ten ktoś próbował cię zatrzymać - przynajmniej w moim przekonaniu, bo ona z pewnością i na to miałaby własne argumenty - nie zamierzałem wdawać się w kolejną dyskusję o tym, kto z nas był większym hipokrytą, ponieważ oboje mieliśmy w tej dziedzinie wystarczająco dużo doświadczenia, żebyśmy mogli spędzić na wzajemnym wytykaniu sobie wad resztę nocy. Kiedy jednak oznajmiła, że mogłem sobie wierzyć, w co chcę, prychnąłem pod nosem. „No proszę, teraz jeszcze dostałem pozwolenie na posiadanie własnego zdania. Cóż za hojność”, być może powinienem jej podziękować, dygnąć i zapewnić, że będę korzystał z tego przywileju odpowiedzialnie, choć szczerze mówiąc, w tej chwili miałem ochotę skorzystać z niego przede wszystkim po to, żeby powiedzieć jej dokładnie, co myślałem o całym tym przedstawieniu.
- Och, nie martw się, właśnie to robię. Na przykład wierzę, że gdybyś przez te kilka sekund pomyślała, zanim ruszyłaś w pizdu, oszczędzilibyśmy sobie tego uroczego spaceru krajoznawczego. Potrafię też sobie wyobrazić, że następnym razem, kiedy postanowisz gdzieś zniknąć, po prostu uszanuję twoje głębokie pragnienie samodzielnego podejmowania decyzji i nie będę marnował czasu na szukanie cię po krzakach. - Głos miałem suchy, pozbawiony rozbawienia. - A skoro najwyraźniej nie jesteś zainteresowana tym, co mam do powiedzenia, nie będę ci również przeszkadzał w pielęgnowaniu własnej wersji wydarzeń. Możesz sobie nawet wmówić, że wszystko poszło znakomicie, skoro udało ci się złapać drogocenny kawałek materiału i nie uszkodzić sobie przy tym pięknej buźki. Gratuluję zdobyczy. - Zaczynałem podejrzewać, że niezależnie od tego, co powiedziałbym teraz Prudence, ona i tak znalazłaby sposób, żeby odwrócić kota ogonem. Kłamstwo przyszło mi z nieprzyjemną łatwością, praktycznie bez wahania w tonie, co w jakiś pokrętny sposób tylko pogorszyło mi humor, bo jednocześnie chciałem wierzyć w to, że oboje doskonale wiedzieliśmy, iż gdyby sytuacja się powtórzyła, prawdopodobnie zrobiłbym dokładnie to samo, co tym razem, tyle że przeklinałbym przy tym znacznie głośniej, nie zamierzałem jednak dawać jej tej satysfakcji i wyjaśniać, że moje deklaracje miały bardzo ograniczoną wartość, kiedy w grę wchodziło jej bezpieczeństwo. Wolałem skupić się na tym, że najwyraźniej uznała za stosowne podważyć moje umiejętności łapania czegokolwiek, skoro nie zdołałem jej dogonić. Właściwie nie miałem zamiaru jej odpowiadać, dopóki nie zaczęła opowiadać o tym, jak łatwo zdołała mi uciec, skoro byłem takim wspaniałym specjalistą od łapania rzeczy, wtedy zatrzymałem się w pół ruchu, szczerze zdumiony, że zdecydowała się pójść akurat w tę stronę.
- Słucham? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, po czym roześmiałem się krótko. - Naprawdę zamierzasz wykorzystać fakt, że nie dogoniłem cię na cmentarzu, jako argument przeciwko moim umiejętnościom? Prue, kochanie, gdybym wiedział, że zależy ci na sprawdzeniu mojej formy, mogliśmy umówić się na trening na boisku. Z przyjemnością pozwoliłbym ci spróbować dotrzymać mi kroku w warunkach, w których nie musiałbym się zastanawiać, czy zaraz wpadniesz do dziury, rozbijesz sobie głowę o nagrobek albo znikniesz za kolejnym zakrętem, bo akurat uznasz, że „a chuj mi tam”. - Naprawdę nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać, czy zacząć tłumaczyć jej podstawy komunikacji międzyludzkiej, co byłoby o tyle upokarzające, że Prudence potrafiła wykazać się wyjątkową inteligencją, kiedy tylko miała na to ochotę. Gdybyśmy znajdowali się gdziekolwiek indziej, prawdopodobnie nawet uznałbym to za zabawne, szczególnie wiedząc, że nawet nie zbliżała się do miotły, lecz w tych konkretnych okolicznościach cholernie nie podobało mi się, jak łatwo przyszło jej potraktowanie całej sprawy w kategoriach naszej typowej rywalizacji, jak gdyby naprawdę chodziło o to, kto z nas potrafił szybciej przebiec kilkadziesiąt metrów. Nie miałem zamiaru jej zabraniać biegania, skakania przez płoty ani wdawania się w pościgi za rzeczami, które postanowiły odlecieć w siną dal, chciałem tylko, żeby przestała traktować mnie jak kogoś, kogo obecność można było zignorować, dopóki nie stawał się potrzebny do kłótni.
- Dwa słowa. „Rookwood, łap”. Jestem przekonany, że nawet w stanie głębokiego upojenia alkoholowego zrozumiałbym, o co ci chodzi, choć przyznaję, że twoja wiara w moje zdolności poznawcze urzeka. - Nie zamierzałem odpuszczać, zwłaszcza kiedy zaczęła zapewniać mnie, że przecież nie zrobiła niczego szczególnie trudnego i nie potrzebowała moich wyjątkowych umiejętności. - Podejrzewam, że jeszcze kilka takich sukcesów i będziesz mogła ubiegać się o miejsce w reprezentacji. - Przesunąłem światłem różdżki po nagrobkach, szukając jakiegoś punktu orientacyjnego, po czym dodałem, zanim zdążyła uznać, że właśnie przyznałem jej rację. - I żebyśmy mieli jasność, nie twierdziłem, że nie potrafisz biegać. Nie przypominam sobie, żebym kwestionował twoją zdolność do poruszania nogami w odpowiednim kierunku. - Pokręciłem głową, ponieważ naprawdę zaczynałem mieć dość tej rozmowy, zwłaszcza że zdawała się traktować moje słowa jak osobisty atak na jej kompetencje, nie zamierzałem odbierać jej prawa do samodzielnego podejmowania decyzji, za to z każdą kolejną wypowiedzią coraz trudniej było mi uwierzyć, że rzeczywiście rozumiała, o co miałem pretensje. Nie spodobało mi się również to, co powiedziała o wyciąganiu do niej ręki, bo przez ułamek sekundy miałem ochotę zapytać, czy naprawdę uważała mnie za kogoś, kto z premedytacją odmówiłby jej pomocy po tym, jak nawiązaliśmy sojusz, nawet tymczasowy, którego nie złamaliśmy przez kilka godzin, tylko po to, żeby później móc wypomnieć jej słabość. Te słowa sprawiły, że uśmiechnąłem się krzywo i nie było w tym niczego szczególnie przyjaznego. Nie miałem w zwyczaju wyciągać do niej ręki, tak? „Ciekawe”. Najwyraźniej ostatnie kilka godzin spędziliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach, bo niby to ona dysponowała doskonałą pamięcią, tymczasem teraz najwyraźniej tylko ja pamiętałem, że przyszedłem tutaj z nią, że dotrzymywałem jej towarzystwa na weselu i obcych ludzi, że próbowałem przeprowadzić nas przez cmentarz i że kiedy zniknęła, pobiegłem jej szukać, zamiast uznać, iż dorosła dziewczyna powinna doskonale radzić sobie sama, ale oczywiście to wszystko można było zignorować, kiedy wygodniej było utrzymywać, że nie miała powodów, żeby mi zaufać.
Pytanie ugrzęzło mi w gardle, ponieważ odpowiedź mogłaby okazać się znacznie bardziej nieprzyjemna, niż byłem gotów przyjąć, więc zamiast tego prychnąłem i pokręciłem głową.
- Oczywiście, że nie masz powodu mi ufać. Przecież nigdy w życiu nie zrobiłem niczego, co mogłoby cię przekonać, że czasem potrafię zachować się przyzwoicie. - Mój głos stał się wyraźnie chłodniejszy, przez chwilę miałem ochotę dodać coś jeszcze, coś wyjątkowo podłego, co pozwoliłoby mi odzyskać przewagę w tej rozmowie, lecz ugryzłem się w język, bo nie potrzebowałem kolejnej kłótni o to, kto komu co kiedyś powiedział - nie zmieniało to faktu, że jej słowa zabolały mnie bardziej, niż chciałem przyznać, zwłaszcza że nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak wyraźnie poczułem, jak wiele rzeczy zdążyło się między nami zmienić.
- Naprawdę? A ja myślałem, że właśnie przeżywasz najlepszą noc swojego życia. Cmentarz, brak drogi powrotnej, pijany narzeczony, który nie przestaje gadać. Czego więcej można chcieć? - Spytałem, nawet jeśli miałem ochotę odpowiedzieć, że gdyby rzeczywiście zależało mi wyłącznie na własnej satysfakcji, już dawno zostawiłbym ją samą z tą przeklętą chustą i pozwoliłbym jej przekonać się, jak świetnie radziła sobie bez niczyjej pomocy, lecz nie powiedziałem tego od razu - wiedziałem, że byłoby to kłamstwo, właśnie dlatego tak bardzo mnie to kusiło.
Przez moment po prostu patrzyłem wprost na nią, zastanawiając się, czy naprawdę uważała, że w środku nocy, po naprawdę dobrze spędzonym wspólnie czasie nagle urządzałem sobie z nią kolejną głupią zabawę, czy tylko chciała mnie jeszcze bardziej wkurwić - nie zamierzałem udawać, że nigdy wcześniej nie robiłem jej podobnych numerów, bo oboje wiedzieliśmy, że miałem na koncie wystarczająco dużo idiotycznych pomysłów, żeby takie podejrzenia nie wzięły się zupełnie znikąd, ale tym razem naprawdę nie zależało mi na wywołaniu kolejnej kłótni, nie bawiłem się w straszenie, nie próbowałem udowodnić jej, że cmentarz był niebezpieczny, nie czekałem za drzewem, żeby wyskoczyć i zobaczyć, jak podskakuje, po prostu nie mogłem jej znaleźć, ale przecież byłem beznadziejny, nie? Miałem swoje za uszami, doskonale o tym wiedziałem, nie zmieniało to jednak faktu, że nie próbowałem urządzić jej żadnego przedstawienia, a i tak mi się dostało.
Ciche zapewnienie, że wszystko pamiętała, nie zrobiło na mnie większego wrażenia, bo zdecydowanie zdawałem sobie z tego sprawę, lecz w tym momencie byłem skłonny stwierdzić, że gdyby rzeczywiście zapamiętała wszystko, co jej powiedziałem, prawdopodobnie nie stalibyśmy teraz w tej części cmentarza. Przesunąłem snop światła po ziemi, zatrzymując go na wąskiej ścieżce prowadzącej między nagrobkami, po czym odwróciłem się do Prudence.
- Świetnie. W takim razie może uświadom sobie również, że nie jestem zobowiązany do udawania, że wszystko jest w porządku, bo postanowiłaś przeprosić i następnym razem spróbuj zastosować tę wiedzę w praktyce, zamiast przypominać sobie o niej dopiero wtedy, kiedy sytuacja zdąży się spieprzyć. - Odmruknąłem dostatecznie głośno, aby to do niej dotarło, zabrzmiało to wystarczająco jadowicie, żebym mógł uznać temat za chwilowo zamknięty, chociaż doskonale wiedziałem, że Prudence nie należała do osób, które rezygnowały z ostatniego słowa tylko dlatego, że ktoś wyraźnie dawał im do zrozumienia, iż miał już serdecznie dość, toteż zaraz doszedł do mnie ten komentarz o taplaniu się, na który obdarzyłem ją naprawdę mroźnym spojrzeniem.
- Zgadza się. Ty przewróciłaś dzbanek, ja sprzątam bałagan. Odkrywcze. - Parsknąłem. - Nie martw się, Bletchley, nie zamierzam cię prosić o ścierkę. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie, przez moment naprawdę rozważałem, czy celowo próbowała doprowadzić mnie do stanu, w którym sam zacznę kopać groby, po czym odwróciłem się, kierując światło na żwir pod naszymi nogami, i ponownie ruszyłem przed siebie, ponieważ jeśli nadal mieliśmy stać w miejscu i roztrząsać każde wypowiedziane słowo, moglibyśmy równie dobrze rozłożyć sobie posłanie na najbliższej płycie nagrobnej. Przyspieszyłem kroku, trzymając różdżkę przed sobą, skupiwszy się na tym, by znaleźć właściwą drogę, ponieważ w tej sytuacji znacznie łatwiej było mi szukać wyjścia z cmentarza niż odpowiedzi na pytanie, dlaczego wciąż zależało mi na tym, żeby wreszcie zrozumiała, co próbowałem jej przekazać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)