Czasami się cieszę, że większość kariery spędziłem wśród książek i w archiwach, pomyślał na wzmiankę o wyciąganiu mózgów przez nos. Przejechał dłonią po okolicy swojego brzucha. Dobrze, że przed chwilą nic nie jadł, bo pewnie zrobiłby się cały zielony. Praktykowanie wiedzy historycznej w prawdziwym świecie, w obcym kraju, to było jednak coś zupełnie innego, niż ślęczenie nad katalogami i badanie dawnych woluminów. Te delegacje zdecydowanie pozwalały Sebastianowi na uzyskanie nowej perspektywy.
— Nie odejdę, dopóki to coś z niego nie wyjdzie — Zapewnił, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Miał nadzieję, że starożytny duch to usłyszał.
Szkatuła była w gruncie rzeczy równie dobrym pojemnikiem na złośliwego ducha, jak każdy inny, jaki Macmillan miał do dyspozycji podczas tego wyjazdu. Ciężko było się jednak spierać z tym, że niepozorne pudełeczko było dyskretniejsze, niż zdobiona szkatułka, która w oczach co poniektórych mogłaby uchodzić za antyk. W razie, gdyby ktoś próbował ich okraść, to prędzej zwróciłby się w kierunku ładnego pojemnika, niż plastikowej popierdółki. Kolokwialnie mówiąc.
— Dobrze. W takim razie cofnij się o kilka kroków, Cathalu. Tak dla bezpieczeństwa — Uśmiechnął się minimalnie. Nawet się nieco rozluźnił. Stopniowo przyzwyczaił się do wykonywania mniejszych lub większych egzorcyzmów, wchodziło mu to w krew, stawało się znajomym schematem, na którym mógł polegać. Zawsze występowały delikatne odstępstwa od normy, które wymagały dokonania zmian w inkantacji, jednak ogólnie rzecz biorąc, wiedział, przez jakie punkty musiał przejść, aby osiągnąć swój cel.
Chrząknął kilka razy, szepcząc pod nosem kilka formułek, bardziej, żeby uspokoić głos i przyzwyczaić się do brzmienia, co mniej używanych słów. Nie chciał zaprzepaścić całej operacji przez źle zaakcentowaną samogłoskę lub niepoprawną wymowę części modlitwy. W końcu wziął głęboki oddech i zbliżył się do kręgu na tyle blisko, że czubek jego butów napierał na niewidzialną barierę.
— Wierzę w Boginię Matkę, Panią Księżyca, i wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne, które są jej darem dla stworzenia. — Podniósł wzrok znad tekstu na Fadila, wyczekując jakiejś reakcji, jednak zamieszkujący ciało byt zdawał się niewzruszony. — Wierzę w Boginię Matkę, i poprzez mą wiarę wzywam wszystkie święte zakony błogosławionych duchów, świętych patriarchów i proroków, świętych uczniów Bogini Matki, świętych niewinnych, którzy oddali swe życie za Wielką Sprawę. — Do tej pory zafiksowany na Cathalu pacjent, wreszcie zwrócił się ku Sebastianowi. Mężczyzna wytrzymał spojrzenie, chociaż dzikie ogniki w oczach, nie napawały go radością. — Przez tajemnicę stworzenia, przez święte symbole umiłowanej Pani Księżyca, przez to, co znajduje się po Drugiej Stronie. — Z gardła Fadila wydobył się zwierzęcy, gardłowy pomruk. Nienaturalny dla strun głosowych człowieka. — Rozkazuję ci, duchu nieczysty, kimkolwiek jesteś, zdradź nam swe imię oraz dzień i godzinę twego odejścia. Bądź mi posłuszny, jako ja, który jestem sługą Matki, pomimo mej niegodności, nakazuję Ci. Na łaskę Matki i przedwiecznych bogów, poddaj się ciężarom łańcuchów, które cię krępują. Odejdź i nie waż się skrzywdzić w żaden sposób Fadila ani osób postronnych, czy też ich dobytku.
Następnie przeszedł do drugiej fazy modlitwy, jaką było w gruncie rzeczy powtórzenie tej samej czynności, jednak po łacinie. Szybkość mowy Sebastiana zwiększała się wraz z kolejnym słowem, jednak jakość jego wymowy zbytnio na tym nie cierpiała. Zdążył już się obyć z tym językiem, a fakt, że wcześniej wypowiedział cały tekst po angielsku, sprawił, że wypowiadał je z coraz większą pewnością siebie.
Nieludzkie odgłosy wydawane przez Fadila wzrastały w siłę wraz z postępami poczynionymi przez egzorcystę. Brzmiał, jakby obdzierano go ze skóry, jednak Macmillana to zbytnio nie obeszło. Przesunął karty swoich zapisków, wypowiadając kilka dodatkowych inkantacji po łacinie. Runy w kręgu zamigotały ostrzegawczo, a przez jaskinię przeszedł podmuch ostrego, chłodnego wiatru. Nie uderzył jednak w Sebastiana czy Cathala, zamiast tego skupił swoją siłę na Fadilu. Można było odnieść wrażenie, że próbuje się wedrzeć do jego ciała przez nos, usta, a nawet uszy.
Wtedy nastąpiła cisza. Sebastian zerknął kątem oka na Cathala, cofając się o pół kroku i wyciągając pojemnik, uchylając jego wieczko. Skrzywił się lekko. Zaczynało mu się kręcić w głowie, jednak musiał to doprowadzić do końca. Chwilę później z Fadila zaczęła unosić się para, a sam mężczyzna przymknął oczy.
— Nadchodzi — poinformował niemrawo Sebastian. I wcale się nie mylił. Para uformowała się w półprzezroczystą sylwetkę mężczyzny w bogato zdobionych starożytnych ciałach z wymyślnym nakryciem głowy, które opadało mu na czoło. Duch spojrzał na nieprzytomnego Fadila, jednak potem zwrócił się ku Cathalowi, nacierając na niego, pomimo runicznego kręgu. — Uwaga!
Przetarł plastikowy pojemnik palcem i rzucił dosłownie pod nogi ducha. Gdy tylko byt na niego nastąpił, utracił swą formą i przyjął ponownie formę pary. Pudełko samoczynnie zamknęło się po tym fakcie. Sebastian zaś zrobił się zielony na twarzy i rzucił się w bok, aby zwrócić resztki ostatniego posiłku. Cholera, chyba był aż zbyt nadgorliwy w swej chęci udzielenia natychmiastowej pomocy.