23.10.2026, 08:44 ✶
Moody nie wiedziała do końca co się dzieje. Ciepło rozlewające się po brzuchu infekowało ją… czymś. To nie była trucizna (najprawdopodobniej, no bo w sumie nie znała się na tym, tak długo jakby nie padła trupem), też nie podejrzewała Szeptuchy o to, by z miejsca ją ukatrupiła i wrzuciła do pieca w roli swojego obiadu. A może podejrzewała? Jej wątpliwości z początku tej ścieżki, jej rozedrganie wygłądzały się. Zupełnie jakby elektryczność śmigająca w jej żyłach uspokoiła się do stabilnego strumienia, srebrzystej nitki świadomości zaskakująco jednotorowej.
Czy tak myślą właśnie normalni ludzie?
Zatrzaskiwane drzwi przeszły płynnie w cierpkość głosu gospodyni tego domu, a Miles zmusiła się y pozostać nieruchomo w miejscu i tą jedną, jedyną iskierką świadomości przetrawić co się właściwie stało. Peregrinusa nie było, ale tez nic mu nie było. Łapacz snu czekał. To wyglądało jak pułapka. To wyglądało jak droga, którą musiała przebyć sama.
Przez krótki moment przyszła do niej refleksja, że gdyby śmierciożercy realnie chcieli ją zabić, to dawno już by to zrobili.
Skinęła głową.
– Spróbujmy. Powiedz mi co mam robić. – Jej głos zabrzmiał dziwnie odlegle. Jakby nie należał do niej. A może to był właśnie jej prawdziwy głos, a nie krzyk, którym chciała przykryć niemożność poznania swojego przeznaczenia?
Wieża.
Nie była Mildred. Nie była siłą. Była wieżą, płonącą i pustą z jedynym towarzystwem rozdartego piorunem nieba. Było jej pisane niekończące się spadanie.
– Proszę – dodała, bo nie chciała już się przed tym bronić. Przed snem czy koszmarem, cokolwiek było jej przeznaczone.
Czy tak myślą właśnie normalni ludzie?
Zatrzaskiwane drzwi przeszły płynnie w cierpkość głosu gospodyni tego domu, a Miles zmusiła się y pozostać nieruchomo w miejscu i tą jedną, jedyną iskierką świadomości przetrawić co się właściwie stało. Peregrinusa nie było, ale tez nic mu nie było. Łapacz snu czekał. To wyglądało jak pułapka. To wyglądało jak droga, którą musiała przebyć sama.
Przez krótki moment przyszła do niej refleksja, że gdyby śmierciożercy realnie chcieli ją zabić, to dawno już by to zrobili.
Skinęła głową.
– Spróbujmy. Powiedz mi co mam robić. – Jej głos zabrzmiał dziwnie odlegle. Jakby nie należał do niej. A może to był właśnie jej prawdziwy głos, a nie krzyk, którym chciała przykryć niemożność poznania swojego przeznaczenia?
Wieża.
Nie była Mildred. Nie była siłą. Była wieżą, płonącą i pustą z jedynym towarzystwem rozdartego piorunem nieba. Było jej pisane niekończące się spadanie.
– Proszę – dodała, bo nie chciała już się przed tym bronić. Przed snem czy koszmarem, cokolwiek było jej przeznaczone.