Daleko było jej do Cressidy, rzucającej się z pięściami na Christophera (a jak na Chrisa to i pewnie nie miałaby problemu, by się poszarpać z jakąś kobietą). Przemoc nie była jej obca, lecz rezerwowała ją tylko i wyłącznie do pracy, nigdy do prywatnych porachunków. Cholera, nawet usłyszeć ją, by krzyczała na kogoś, było rzeczą niezmiernie rzadką, raczej nie potrzebowała, miała taką prezencję, że potrafiła sobie poradzić, bez podnoszenia głosu.
– Że jemu nie potrzeba wiele, to wiem – nawet się cicho zaśmiała, a nawet w ostatnich miesiącach doniesienia o tym, że Bulstrode złoił komuś skórę nieco się nasiliły, ona mogła na to co najwyżej wzdychać. – Ale w twoim kontekście to chyba drugi raz w przeciągu ostatnich miesięcy? – powiedziała łagodnir. Tak: przyjęła do wiadomości, że tym razem to Christopher zaczął.
I że znowu pobili się o dziewczynę. I to taką, którą w jakiś sposób zainteresowany był Chris.
Tyle, że inną niż poprzednio. I w ogóle trochę inaczej to wyglądało.
– Wiem, że nie jest kretynem – nie miała go za takiego, chociaż musiała przyznać, że czasami zachowywał się dokładnie jakby nim był. Natomiast… Christopher i Victoria nie spotykali się przecież jakoś długo, od balu minęły właśnie trzy tygodnie, widywani byli od dwóch, ale nie do każdego docierała każda plotka, więc Victoria wcale nie była pewna, jak bardzo na bieżąco jeden z drugim byli odnośnie swoich spraw sercowych. – Może więc się nie domyślił celowo? – zasugerowała. Albo był myślami zupełnie gdzieś indziej. Nie wiedziała, że prowokacje Atreusa były widoczne aż tak gołym okiem.
– Możesz się obruszyć, ale to nie zmieni mojego zdania do tamtej sytuacji – wiedziała, że nie chciał mówić o nim źle, zwłaszcza, że nie żył – rozumiała to. Natomiast ona nie gryzła się w język (i prawdopodobnie od komentarza powstrzymałaby się jedynie przed resztą Rosierów), bo dla niej była to prawdziwa katastrofa, chyba nigdy nie czuła się bardziej w klatce, jak wtedy i nie chciała tego ukrywać przed Chrisem, który przecież nie był ślepy, ani głupi i swoich uwag nie rzucał zupełnie bez pokrycia. – Haha, dobrze – wyciągnęła rękę, by złapać go na chwilę za dłoń. – Nie martw się o moją rodzinę – dodała, bo nie sądziła, żeby faktycznie miało być tak, by takie głupie plotki miałyby się okazać prawdziwe. Albo żeby ona w ogóle się zgodziła. Albo, żeby nie porozmawiała o tym z Christopherem, którego traktowała pod tym względem poważnie i nie zamierzała się bawić w jakieś niedomówienia i domysły – dla niej była to psychiczną męczarnia i nie wyobrażała sobie skazywać na to kogokolwiek innego. – Zjesz ze mną śniadanie, czy nie bardzo? – nie chciała go zmuszać, gdyby się okazało, że nie czuł się na tyle dobrze, by cokolwiek jeść.